Wypowiedzi
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy ABY POMÓC W 48 GODZIN
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy Przedstawiciel Handlowy
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy Przedstawiciel Handlowy
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy Przedstawiciel Handlowy
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy ABY POMÓC W 48 GODZIN
-
Mariusz Perlak:
że pomidory nie, to nie. Można oczywiście zaryzykować i zaufać kandydatowi, że jego branża niczym się nie różni - i później dopytać się klienta, czy takiego kandydata nie chciałby spotkać. Jednak sa klienci, którzy mówią ma być z tej branży i koniec, a często ma być z firmy konkurencyjnej. Patrz wyżej...
Rozumiem. To wypada powiedzieć kandydatowi, że nie pochodzi z firmy, z której szukają pracowników, a nie wciskać komuś ciemnotę, że branża się różni tak niesamowicie (w sumie to są podkategorię branży "elektrycznej", więc nawet mowa o branżach to dowcip, ale niech będzie, słowo "branża" jest bardziej profesjonalnie).
Ja akurat piję do sytuacji gdy pewna agencja HR dość chamsko zachowała się dając feedback (o który męczyłem bite dwa tygodnie po 3-ciej aplikacji)
feedback po wysłaniu aplikacji? wybacz, ale jaką informacje zwrtoną można dać na przesłaną aplikację - poza tym, że profil zawodowy kandydata nie odpowiada wymaganiom klienta?
No choćby to - "poszukujemy osób z firm konkurencyjnych do firmy naszego klienta" i ja bym nie miał absolutnie żadnych pretensji. Natomiast wciskanie mi kitu, jakobym nie mógł znać tej branży "bo nie i już", to poziom dość mizerny, nieprawdaż?
więc, czemu nie zgłosiłeś się bezpośrednio do źródła? Skoro znałeś tych ludzi, to z pewnością mogłeś dowiedzieć się o szczegółach w samej firmie - po co ci była agencja do tego?
Oczywiście, na co dostałem odpowiedź od nich - "outsource'ujemy". Więc uderzałem dalej do tejże agencji.
Dla mnie jako kandydata - jawiłem się jako dość ciekawy potencjalny pracownik.
i tu pojawia się właściwy problem - bo dla drugiej strony tak nie było. Możliwe, że dla samej firmy i owszem byłbyś ciekawym kandydatem, ale dlaczego miałaby ona zapłacić agencji za znalezienie osoby spoza branży, skoro umawiali się za poszukiwania w tej konkretnej.
A może nie umawiali się? Skąd kandydat ma to wiedzieć? Często ogłoszenie jest, a zatrudnia się kogoś innego, kto się pojawił. Czy jeśli zjawi się ktoś ciekawy to skreślamy go, ponieważ nie jest wysokim brunetem, lub nie jest przedstawicielem rasy aryjskiej? A zwykła kultura powinna nakazać choćby kandydatowi odpowiedzieć gdy kilka razy o to prosi i to całkiem grzecznie.
Problem rozmowiązałby się, gdybyś udał się do firmy (którą przecież znałeś, i ludzi, i kontakty...) i zaaplikował bezośrednio, ewentuanie porozmawiał z osobami w tej firmie na ten temat.
Dzwoniłem i rozmawiałem - outsourcing, potwierdzili, że rekrutuje dla nich ta agencja i żebym się skontaktował z tą właśnie agencją, bo taką mają umowę z nią. To duża korporacja i temat zlany był tzw. "sikiem prostym gotyckim". Z ich prezesem w golfa nie grałem, żeby tak pracę sobie tam załatwić. Rozmawiałem z kilkoma ludźmi (na podobnym stanowisku na obszarze północnej Polski w tej firmie) i wiem, że oni nie pochodzili z firm konkurencyjnych - tylko z hurtowni elektrotechnicznych. I teraz inne hurtownie obsługiwali. Ja to JUŻ robiłem w poprzedniej firmie.
Na ogłoszenie odpowiadałem kilka razy, bo pół roku było non stop publikowane.
no i w końcu zadzowniłeś i się dowiedziałeś, że cię nie zaproszą. Łaski bez, po co się na siłę wpraszać?
Wiesz, z takim podejściem "nie wpraszać się" to wiele osób wysyła CV na każde pojawiające się ogłoszenie i nigdy się nie stara dowiedzieć co z jego aplikacją się dzieje. Ja na pierwszą aplikację tam poświęciłem ze dwie godziny, na kolejne mniej, ale łącznie powiedzmy ze 3-4 godziny mojego życia zużyłem. Można oczekiwać chociaż jednego krótkiego maila, sztampowego "niestety, poszukujemy kogoś innego, dziękujemy za złożenie aplikacji".
zbieżności usłyszałem "ale ja się nie znam i dla mnie to jest inna branża". Już mi wtedy nerwy puściły i odpowiedziałem, że "Wypadałoby się dowiedzieć trochę o branży, skoro przez pół roku nie umie Pani znaleźć osoby na to stanowisko" i się pożegnałem.
No i sobie poużywałes na Pani z agencji, która później spokojnie zajeła się swoją pracą, a ciebie to dalej męczy.
Biorąc pod uwagę moją rozmowę z tą Panią, to raczej ja bym mógł powiedzieć, że to ona poużywała sobie na mnie.
Ja rozumiem, że niektórzy są tak tępi, że ich notesy mają szerokość jednego cala i nie dadzą rady przejść do pokrewnej branży.
Inni tępi, ja OK. Witek, co to za poglądy? Trzeba szanować drugich...ale rozumiem, emocje wciąz trzymają :)
Emocje to miałem dawno temu :) Teraz to powoduje u mnie tylko uśmiech politowania.
Zauważ, że kariera w jednej branży, ba! jednej firmie! to taki relikt przeszłości, czasów komuny, gdy ktoś zaczynał pracę w jednej firmie i kończył w niej. Było pełno takich ludzi. Teraz jest inaczej, wielu ludzi po prostu chce odmiany, często firmy zmieniają kadrę co jakiś czas. A HR mam wrażenie działa dalej wedle zasady, iż jeden człowiek = jedna branża/produkt/usługa. A najlepiej to jedna firma.
Są od tego wyjątki. Agencja HR która mnie znalazła do obecnej firmy sama z siebie mnie zarekomendowała klientowi, na podstawie aplikacji którą wysłałem może z pół roku wcześniej, na kompletnie inne stanowisko (sprzedaż w br. informatycznej). Biorąc pod uwagę zakres obowiązków to w przypadku wielu HR'ów w opisie stanowiska stałoby:
- co najmniej 5 lat doświadczenia w sprzedaży łożysk
- co najmniej 3 lata doświadczenia w sprzedaży zagranicznej
- znajomość co najmniej 4 języków obcych
- wykształcenie wyższe związane ze stanowiskiem
Żadnego z tych punktów nie spełniałem, a jednak... Gdyby jeszcze było tak, że płaca jest niska to można by zrozumieć, że "szukano kogokolwiek", ale tak też nie jest.
Ja sądzę, że umysł mam otwarty i potrafię się odnaleźć wszędzie.
Jeszcze na poczatku pisałeś, że mało kto ogarnia wszystkie branże - dlaczego Ty miałbyś być wyjątkowy?
Ja nie mówię, że ogarniam, ja mówię, że potrafię ogarnąć. To jest spora różnica.
Właśnie to po raz wtóry udowadniam. Dlatego nie lubię być przez nikogo wsadzany do worka "bezmózgie debile" w taki sposób.
W całej historii nie powiedziałeś, że Pani z agencji nazwała cię "bezmózgim debilem" :) czy ktoś kiedyśnazwał cię "bezmózgim debilem" - nie sądzę ... więc czemu tak się czujesz?
Nie powiedziałem, ale użyła czegoś podobnego. Uogólniła, że "wszyscy co do mnie dzwonią to bezmózgie debile", czy jakoś tak... Trafiłeś z pierwszą myślą :) Może było bezmózdzy idioci, albo sami idioci? Nie pamiętam i jest to mało ważne. W każdym bądź razie znam trochę ludzi, którzy gdy mają zrobić coś "nowego" to mają niesamowity problem to zrobić - i o nich to mówiłem. W poprzedniej firmie choćby, gdy kazałem jednej osobie napisać jakieś "ładne pismo z przeprosinami za brak realizacji zamówienia" to usłyszałem, że "nie wiem jak to napisać". I nie, nie chodziło o to, że nie wie jak worda odpalić, po prostu nie umiała pisma sklecić. Bo nigdy tego nie robiła. Nie była to jakoś szczególnie głupia osoba, po prostu - "nie robiła", więc "nie wie jak".
Teraz wskoczyłem do nowej branży i czuję się jak ryba w wodzie, poznaję nowe rzeczy, nowe możliwości rozwoju, po prostu na razie bajka.
Czyli wszystko ułożyło się po twojej myśli - masz super pracę i na co ci było to spotkanie w agencji.
Wtedy pracy nie miałem, a oferta była wrzucana przez cały mój okres wypowiedzenia, a później bezrobocia, dodatkowo mnie irytując, bo tak naprawdę chcąc być "dalej w branży" to było tak naprawdę JEDYNE ogłoszenie, do tego wręcz się zdawało szyte na miarę. I jak w przypadku wielu ogłoszeń mogłem zrozumieć, że "nie ma Pan doświadczenia w branży", tak usłyszeć to tutaj to był jakiś dowcip :)
Paragraf 22 - proces rekrutacyjny wybierający osoby, które często po prostu mają dość branży, ale się jej trzymają, bo tylko tam pracę mogą znaleźć, gdyż tak się rekrutuje pracowników. Idealnie.
jeżeli osoba ma dość swojej branży, to nikt jej nie zmusi do podjęcia pracy w tej samej branży,
Chwilka, instynuujesz, że jeśli ktoś ma dość pracy to przestanie pracować? A za co się utrzyma? Jeszcze nie ma tak w tym kraju, że po paru latach pracy można iść na emeryturę... :)
Co z tego, że ma dosyć, jeśli jedyną inną pracę jest w stanie dostać w tej branży do której trafił kiedyś tam? Po prostu będzie pracować mało efektywnie, mało wydajnie...
pozdrowiska :)
ale zasypało dziś :)
-
Mariusz Perlak:
to już jest nadinterpretacja kandydata - jeżeli w ogłoszeniu napisano w branży X, to takich kandydatów się oczekuje - choćby nawet branza Y była ta sama. Zakładamy, że osoba pisząca ogłoszenie wiedziała czego chce - a z wszelkiego "co autor miał na myśli" wychodzą właśnie kwiatki o których pisaly koleżanki.
Ale zakładasz, że rekrutujący zna obie branże idealnie. A tak często nie jest, bo nie da się ogarnąć tajników wszystkich branż. Gdyby przenieść taki sposób selekcji na warzywniaki, to osoba która sprzedawała wcześniej ogórki - nie może sprzedawać pomidorów, ponieważ nie ma doświadczenia w branży... Powiedz szczerze, ten od ogórków się nie nadaje pomidorów?
Ja akurat piję do sytuacji gdy pewna agencja HR dość chamsko zachowała się dając feedback (o który męczyłem bite dwa tygodnie po 3-ciej aplikacji). Sytuacja prosta - ja z firmy z branży elektrotechnicznej, producent, źródła światła też robił, nawet można by powiedzieć, że jeden z głównych profili produkcji. Poszukiwany był osobnik o moim doświadczeniu do firmy-producenta z branży oświetleniowej. Wręcz szło się domyśleć o którego chodzi z ogłoszenia. Znałem całkiem dobrze, uczestniczyłem w wielu ich szkoleniach i ludzi z tej firmy znałem, jak również miałem sporą ilość kontaktów i wiedzę z tej branży, bo sprzedaż idzie prawie tymi samymi kanałami. Dla mnie jako kandydata - jawiłem się jako dość ciekawy potencjalny pracownik. Na ogłoszenie odpowiadałem kilka razy, bo pół roku było non stop publikowane. Rozumiem, gdybym odpadł, bo znaleziono kogoś innego na to miejsce. Ale tak się nie stało, szukano i skreślano jak leci. W końcu się dowiedziałem "To ogłoszenie nie jest dla Pana, bo jest Pan z innej branży", a gdy wytłumaczyłem (po raz kolejny, bo w każdym liście motywacyjnym pisałem to samo, choć innymi słowami - ale po co czytać, wystarczy skończyć na pierwszej pozycji "firma" w CV) na czym polegają zbieżności usłyszałem "ale ja się nie znam i dla mnie to jest inna branża". Już mi wtedy nerwy puściły i odpowiedziałem, że "Wypadałoby się dowiedzieć trochę o branży, skoro przez pół roku nie umie Pani znaleźć osoby na to stanowisko" i się pożegnałem.
Ja rozumiem, że niektórzy są tak tępi, że ich notesy mają szerokość jednego cala i nie dadzą rady przejść do pokrewnej branży. Ja sądzę, że umysł mam otwarty i potrafię się odnaleźć wszędzie. Właśnie to po raz wtóry udowadniam. Dlatego nie lubię być przez nikogo wsadzany do worka "bezmózgie debile" w taki sposób.
Teraz wskoczyłem do nowej branży i czuję się jak ryba w wodzie, poznaję nowe rzeczy, nowe możliwości rozwoju, po prostu na razie bajka. Oczywiście, w przyszłości rekrutujący będą myśleć, że "nigdzie indziej nie mógł pracy znaleźć", lub "nie wie czego chce, nie ma swojej branży, my takich osób nie chcemy". Paragraf 22 - proces rekrutacyjny wybierający osoby, które często po prostu mają dość branży, ale się jej trzymają, bo tylko tam pracę mogą znaleźć, gdyż tak się rekrutuje pracowników. Idealnie.
-
Edyta Albrecht:
...znaczy robiłech chyba kiedyś, ale mi ze stoczni nie wydali...czy jakoś tak. Nie pamiętom.
Yyyy... Na stoczni robił i godo po śluńsku? Na Kaszuba to nie brzmiało :P Raczej brzmiało na "Pana Heńka", który pospawa wszystko, certyfikat nieważny, ale w całym mieście nie ma takiego drugiego magika ;)
Co do spełniania wszystkich wymogów formalnych, to przykładowo - wymagane doświadczenie 3 lata w branży X, a jest tylko 2 lata i 11 miesięcy? :) Albo poszukiwany ktoś do producenta branży A, która ma w 80% zbieżny rynek dystrybucji z producentem branży B (80% to te same firmy są odbiorcami dla A i B, a branże są jak mówiłem - pokrewne), to jeśli wymóg jest doświadczenia "w branży", to osoba z branży B może aplikować, czy nie?
Dla kandydata, który zna rynek taki dobór formalny jest dziwny, bo zna produkty innych branż, zna rynek, wie o co chodzi i nic tylko pracować, a dla rekrutującego to różnica niesłychana... :)
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy ABY POMÓC W 48 GODZIN
-
Z mojej przygody w tym roku wynika, że lepiej, aby pracownika pracodawca zwolnił, niż aby zwolnił się sam - jak ja :) Przynajmniej taką opinię usłyszałem od jednego HRowca podczas rozmowy kwalifikacyjnej.
Co fakt to fakt, osoba bez pracy uznawana jest za gorszą, bo z jakiegoś powodu nie pracuje. Zawsze można coś negatywnego podłożyć w myślach. Pachnie paragrafem 22 - dobrzy pracownicy z dobrych firm rzadko odchodzą, a wszyscy ich chcą. Dobrzy pracownicy którzy z jakiegoś powodu zostają bez pracy - są omijani, ot tak, na wszelki wypadek :)
-
piotr michalczuk:
witaj,
co do zasady daję. często gęsto odsyłam cv z print screen, gdzie są spacje wypunktowane.
Mialem tez pare mail'i z info, ze osoba to slyszy pierwszy raz i zwroci uwagę.
tak jak pisałem jest to dla mnie ważna kwestia. i masz rację - na początku zajmuje czas, potem jest to nawyk.
To duży plus dla Ciebie, bo feedback często wręcz trzeba wymuszać.
Jasne, że zajmuje czas, i jeśli to jest nawyk to też ten czas zabiera. Kwestia jest inna - czy ktoś odpowiada "hurtowo", czy też odpowiada na mniejszą ilość ogłoszeń, ceniąc jakość nad ilość.
Niestety odnoszę wrażenie, że w przypadku osób, które naprawdę muszą jakąś pracę znaleźć, zależy im bardzo i może są zdolne - zaczynają iść na "masówkę". Sam taki etap przechodziłem. Nie oszukujmy się, nie każdy jest purpurową krową i gdy na małe ilości aplikacji nie ma odpowiedzi - idzie się w hurt. Wtedy skreślanie kogoś za takie błędy jest moim zdaniem strzałem we własną stopę. Narzekanie na brak ludzi na rynku pracy, przy bezrobociu wyższym niż 5% jest podejrzane (5% Eurostatu lub np. 8% GUSu).
a tak na marginesie puknięcie 2 razy entera daje taki sam efekt na Twoim komputerze i może na paru innych, które uzywają tej samej wersji office'a.
Jesli ktos otworzy go np. w openoffice lub jeszcze gdzies - efekt będzie inny.
Dlatego ja z definicji wysyłam PDF, chyba, że wyraźnie zaznaczono, że ma być DOC. Wraz z klauzulą, że przepraszam za rozjazd, bo DOC wygenerowany u mnie rozjeżdża się prawie zawsze, czym by nie otworzyć. A u mnie prikrasno.
a jeśli Ty masz teraz pracę w której to nie ma znaczenia - spoko. być może jednak, głupio Ci będzie jak kiedyś zobaczysz u swojego klienta, partnera czy jeszcze gdzieś swój dokument pokreślony w miejscach gdzie nie chce Ci się edytować.
No i ktoś będzie miał opinię o Twojej pracy wyrobioną - przynajmniej o jednym z jej aspektów.
Jeśli ktoś wytyka w dokumentach takie błędy, to poniekąd można uznać, że cała reszta, przekaz, ortografia, stylistyka są poprawne, bo do tego nie było uwag.
Fakt, ja edytuję dokumenty "jak bozia przykazała", jak pisałeś - nawyk, przynajmniej przy ważnych dokumentach. Chyba, że robię błędy, o których istnieniu nikt mi jeszcze nie powiedział. Nie mniej jednak jestem w stanie zrozumieć taki tok edycji, bo sam go stosowałem, gdy tworzyłem dokument, który nie wychodził ode mnie w formie elektronicznej tylko wydruku, albo jeśli wychodził to był mało ważny. Zawsze wolałem treść od formy i za takie błędy nie skreślałbym nikogo.
-
piotr michalczuk:
zgadzam się z Twoją oceną Urszula.
doki jakie do nas obecnie przychodzą (bo mamy parę rekrutacji) to bryndza, bryndza, bryndza - często nawet mega bryndza.
zwlaszcza na pozycje asystenckie (ps. nie musi byc 25 lat... bo niby czemu?)
cv, w którym na podglądzie widać, nadużywanie spacji itd., itd., itd.
bryndza powiadam!
Oczywiście dajesz im feedback, że robią błędnie? ;) Czy też nieświadomie dalej źle czynią? Bo ja też nieświadomie tak robiłem dość długo, a później świadomie bo szczerze, bawienie się w prawoklik, akapit, klik, klik, klik, klik, klik trochę trwa (właśnie sprawdziłem, u mnie 12 sekund, z czego połowa to czekanie na reakcje Worda), a puknięcie dwa razy entera daje identyczny wizualnie efekt. Jeśli mowa o ludziach wysyłających więcej niż parę CV na tydzień - to wcale się nie dziwię, że starają się przyśpieszyć pisanie, bo im życie zeszłoby na pisanie CV, biorąc pod uwagę statystykę rekrutacyjną...
Ten wymóg trochę daje do myślenia. A co by było, gdybyś skreślał wszystkie doc'e, przyjmując tylko aplikacje pisane w LaTeX? :))Witold Wilk edytował(a) ten post dnia 30.07.09 o godzinie 17:54
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy ABY POMÓC W 48 GODZIN
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy ABY POMÓC W 48 GODZIN
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy ABY POMÓC W 48 GODZIN
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy ABY POMÓC W 48 GODZIN
-
Krzysztof S.:
Wróć, wróć, wróć, wróóóóóóóóóć.
Teraz to padłem na kolana.
Mieszkanie, samochód i wczasy klasyfikować jako marzenia?
To rozumiem, że jedzenie wrzucamy jako dobro luksusowe?
Kwestia co jadasz. Jak się opychasz importowanymi serami pleśniowymi to jest to dobro luksusowe, w porównaniu do http://www.joemonster.org/art/11516/Kanapka_studencka :P
Moim zdaniem przy zarobkach poniżej 5kPLN nie ma mowy o wczasach, nowym aucie, itp. Przynajmniej nie u mnie. U mnie minimum zarobku oscyluje około 2-3kPLN i są to same rachunki, opłaty, koszta życia. Ubrania nawet się w to nie wliczają. I nie ma mowy o spełnieniu marzeń pt. wakacje 2 tygodniowe za granicą. Nie ma mowy o nowszym aucie, czy też odłożeniu pieniędzy na czarną godzinę. Pozostaje to w sferze marzeń. 2-3kPLN to 3-5kPLN brutto, czyli są to płace powyżej średniej krajowej... A powyżej 2/3 co większość ludzi w tym kraju zarabia. Czyli technicznie nie powinno się na tak przyzwoite warunki narzekać...
Niedawno zgodziłem się na 2,5kPLN w jednej firmie, zobaczymy czy premie u nich są dobre i czy po próbnym coś się uda wynegocjować podstawy więcej. Dojazd to około 1kPLN na miesiąc. Zawsze to mniejsza strata niż większa strata nie posiadając pracy. Dobrze wiem, że jeśli powiedziałbym więcej to dalszych rozmów by nie było. Paragraf 22.
-
Angelika Śniegocka:
Wioletta Dec:
Jeśli nie możesz przyjąć, na przykład, 10 ofert z powodu za niskiego - Twoim zdaniem - wynagrodzenia, to znaczy że masz złe postrzeganie wartości swojej pracy na rynku.
Absolutna bzdura. To, że otrzymałam ofertę pracy zupełnie o niczym nie świadczy - ważne jest otrzymanie pracy na warunkach, które jestem w stanie zaakcpetować. Ofert mogę mieć mnóstwo i co z tego, jeśli żadnej nie mogę przyjąć?
Albo rynek ma złe postrzeganie jej wartości, co przecież jest możliwe.
Wiele razy słyszałem, o typie osoby poszukiwanej na rynku pracy - świeżo po studiach z kilkoma (3-4) latami doświadczenia zawodowego. Stałem się taką osobą i już wiem dlaczego jest tak poszukiwana... Bo pracodawcy zakładają, że taka osoba będzie skłonna pracować za takie same pieniądze jak osoby bez doświadczenia... Taka osoba jest tak poszukiwana, bo ma doświadczenie i być może zgodzi się na pracę za małe pieniądze, licząc na "rozwój". A jak nie to trudno, szuka się dalej ;)
Co o tym sądzisz, postawieniu znaku równości pomiędzy osobą bez doświadczenia, a osobą z doświadczeniem, tylko dlatego, że studia właśnie skończyła? Ewidentnie jak dla mnie - złe wycena ze strony pracodawców.
Przez analogię można powiedzieć tutaj o dyskryminacji zarobkowej kobiet ze względu na płeć, a nie zdolności i doświadczenie... Kto się myli? Kobiety, czy pracodawcy? :)
pozdrawiam :)
WWWitold Wilk edytował(a) ten post dnia 28.07.09 o godzinie 17:02
-
Angelika Śniegocka:
I dalej uważam, że jest to kwestia motywacji – Tobie nie zależy na tej pracy tak bardzo jak komuś, kto przyjmie tą ofertę.
Widzisz, zależało mi bardzo, bo dość ciekawie sama firma wyglądała, inna branża, nowi ludzie, nowe możliwości. Jak dla mnie sama bajka. Szkoda, że tak trudno przemówić większości HRowców do rozumu, ale tam akurat się udało. Do czasu rozmowy o pieniądzach.
Technicznie nie odpowiadam na żadne ogłoszenie, które mnie wyraźnie skreśla, albo mi nie pasuje pod jakimś względem. Z ogłoszeń z całego tygodnia wybieram parę. Czasami nie ma nic. Czasami 4... Dlatego też, gdy idę na rozmowę, wiem, że mi zależy i jestem zainteresowany. O ile druga strona nie spali się podczas rozmowy to jestem chętny do rozpoczęcia pracy.
Dziwią mnie tylko zarobki. Za dużo firm szuka desperatów, którzy przyjmą wszystkie warunki które im się da. Potem jest dosyć dziwna reakcja na moje słowa, że ktoś sobie raczy żartować :)
tej firmie, które wpisze potem do życiorysu, albo nazwa stanowiska, która będzie dla niego przepustką do dalszej kariery….
Biorąc pod uwagę moje doświadczenia, mogę śmiało założyć, że nie zawsze nazwa stanowiska jest takową przepustką... Kwestia obowiązków również. Wręcz jestem ofiarą własnego rozwoju w tej firmie, gdybym zajmował się tylko tym co teoretycznie miałem - to problemu bym nie miał :) Paragraf 22...
Na postrzeganie wynagrodzenia za pracę składają się bowiem różne elementy, nie tylko dochód na koncie. I zawsze jest to postrzeganie subiektywne.
Dlatego też ja dobrze wiedziałem ile zarabiam w poprzedniej firmie, bo żadnych benefitów nie miałem. I nie potrzebuję. Wolę żywą gotówkę do ręki, wtedy mamy dość prostą sytuację. A, że niektórzy wolą inaczej? Cóż...
A co do mieszkania, samochodu i wczasów w Hiszpanii – cóż, oczywiście każdy tego chce.
nie każdy :) Ja mam trochę innych marzeń... :)
Ale gdyby pracodawcy spełniali te marzenia wszystkim po równo – w myśl zasady, że wszyscy mamy takie marzenia, więc wszystkim nam się to należy - to ochroniarz, księgowa, dyrektor marketingu i prezes zarabialiby tyle samo. A to już zakrawa o utopię.
You're missing the point. Każdy ma różne marzenia, a przysłowiowe mieszkanie, samochód, wczasy - to jest szerokie uogólnienie. Prezes może chcieć wybudować sobie willę w renomowanej okolicy i potrzebuje na to w sumie 5mln zł. Księgowa chciałaby mieć własne mieszkanie, a ochroniarz chcę się budować.
To nie oczekiwany przez nas standard życia, ale rynek decyduje o wartości danej usługi – w tym wypadku pracy – na rynku.
Nie, gdyby nie nasze potrzeby i oczekiwany przez nas standard życia, to wartość naszych usług na rynku pracy dążyłaby do zera, lub wręcz była ujemna :)
Ergo, strona podaży reguluje poziom cen, na równi ze stroną popytu.
Może nawet niekoniecznie. W wypadku rynku pracy strona popytu prawie ciągle goni podaż, która dyktuje ceny na coraz wyższych poziomach. Innymi słowy, dzięki temu, że nie chcemy zarabiać "tyle ile pracodawcy chcieliby dać", a tyle ile "chcemy zarabiać, aby realizować marzenia i się utrzymywać" - idziemy do przodu.
-
Aby mieć możliwość przeczytania tego posta musisz być członkiem grupy ABY POMÓC W 48 GODZIN