Ryszard Mierzejewski

offline

Ryszard Mierzejewski

poeta, tłumacz i krytyk literacki, wolny ptak

Wypowiedzi

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Autoportret w lustrze wiersza
    24.11.2009, 18:47

    Alda Merini*

    * * *


    Urodziłam się w Mediolanie 21 marca
    w deszczowy piątek o piątej rano.
    Babcia miała co do mnie fatalne
    przeczucia bo byłam potwornie brzydka.
    Ale kiedy miałam szesnaście lat, moja babcia
    musiała zmienić zdanie. Po cudownym dzieciństwie,
    pełnym dziwnych projekcji Maryi Dziewicy
    i równoczesnych objawień różnych Świętych
    (zaświadcza o tym Pasolini kiedy mówi o Świętych
    Świętokradcach) zostałam wielką grzesznicą,
    Magdaleną o wyglądzie
    Orfeusza. Oddana nauce i miłości,
    powierzyłam moje talenty wielu osobom
    i zrobiłam z nich wielkich ludzi - Manganelli,
    Schwarz, Quasimodo itd. -
    Oszalała od bezbrzeżnej rozwiązłości,
    zostałam pomniejszona w szpitalu w Affori,
    gdzie w końcu otrzymałam stygmaty.
    Kiedy już miałam stygmaty, wydawcy wyssali mi
    krew, ponieważ byłym pacjentom zawsze osusza się żyły.
    Obecnie umieram.

    tłum. z włoskiego Jarosław Mikołajewski

    *notka o autorce, inne jej wiersze i linki
    na stronie W języku Dantego
    Ten post został edytowany przez Autora dnia 08.02.14 o godzinie 03:08



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Portret (super) męski
    24.11.2009, 18:25

    Alda Merini*

    Tytan


    Tytan, mężczyzna, który samotnie
    podąża długimi ścieżkami wojny
    bez patosu i krzyku.
    Człowiek, który umiera
    w płomieniach absurdalnych znaków
    od tajemnych kalkomanii.
    Człowiek, który płacze,
    ponieważ ukradł ci kiedyś
    kałamarz.

    tłum. Jarosław Mikołajewski

    *notka o autorce, inne jej wiersze i linki
    na stronie W języku Dantego
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 25.11.09 o godzinie 10:53



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Poetycka garderoba, czyli łaszki, fatałaszki, buty, paski...
    24.11.2009, 18:19

    Alda Merini

    Sandały


    Zapomniałeś zabrać sandały miłości
    twoje sandały pożądania
    pod moim łóżkiem znalazł je
    mój portier
    omijając noc w nocny czas
    znalazł twoje sandały;
    przyjdź kochany po swoje sandały
    sandały z drzewa sandałowca
    sandały z biblijnego drzewa
    walnij nimi w głowę
    Pana który rozłupał nam serce.

    tłum. Jarosław Mikołajewski

    w wersji oryginalnej pt. „I sandali”
    na stronie W języku Dantego
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 25.11.09 o godzinie 10:43



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie W głąb siebie... („Szaleństwo i geniusz”)
    24.11.2009, 17:54

    Alda Merini

    Ziemia Święta


    Poznałam Jerycho,
    ja również miałam swoją Palestynę,
    ściany domu wariatów
    były murami Jerycha,
    a woda z zainfekowanej kałuży
    wszystkich nas ochrzciła.
    Tam, w środku, wszyscy byliśmy Żydami
    a Faryzeusze stali ponad nami,
    był tam także Mesjasz
    zagubiony w tłumie:
    wariat, który wykrzykiwał w niebo
    całą swoją miłość do Boga.

    My wszyscy, stado ascetów
    byliśmy jak ptaki
    choć niekiedy wplątani
    w mroczną sieć,
    chodziliśmy na msze
    msze naszego Pana
    i Chrystusa Zbawiciela.

    Umyci i pogrzebani,
    pachnieliśmy kadzidłem.
    A potem, gdy kochaliśmy,
    poddawali nas elektrowstrząsom,
    mówili, że wariat
    nie może nikogo kochać.

    Lecz pewnego dnia ja także
    podniosłam się z grobu
    ja także jak Chrystus
    zmartwychwstałam,
    nie wstąpiłam do nieba
    lecz zstąpiłam do piekieł
    skąd znów przyglądam się zdumiona
    murom antycznego Jerycha.

    tłum. Magdalena Kamińska

    w wersji oryginalnej pt. „La Terra Santa”
    na stronie W języku Dantego


    Panna M.

    Więc proszę powiedzieć mi prawdę
    czy sąd odbył się naprawdę
    czy też ja i pani śniłyśmy go sobie?
    czy też ja i pani wymyśliłyśmy go sobie?
    Co miałyśmy innym do powiedzenia
    jacy słuchali nas prokuratorzy
    więc czy toga tam była naprawdę
    czy naprawdę były tam dzieci
    czy tylko jedna kurtka dla czworga?

    tłum. Jarosław MikołajewskiRyszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 25.11.09 o godzinie 10:44



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Motyw dłoni i rąk
    24.11.2009, 17:51

    Alda Merini*

    Moje odciski palców


    Moje odciski palców,
    wzięte w domu wariatów
    prześladowały moje dłonie
    jak agonia, wspinająca się po żyle życia,
    te potępione odciski palców
    zostały zapisane w niebie
    i – och – wirują razem
    z gwiazdami Wielkiej Niedźwiedzicy.

    tłum. Magdalena Kamińska

    *notka o autorce, inne jej wiersze i linki
    na stronie W języku Dantego
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 25.11.09 o godzinie 10:52



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Kobiecy portret
    24.11.2009, 17:47

    Alda Merini*

    Jestem sobie kobietą


    dla Salvatore Quasimodo

    jestem sobie kobietą, która rozpacza
    która w żadnym miejscu nigdy nie zazna spokoju,
    którą pogardzają ludzie, na którą przechodnie
    patrzą z pogardą i złością;
    jestem duszą powieszoną na krzyżu
    zdeptaną, wyśmianą, oplutą:
    pozostały mi już tylko oczy
    które wznoszę ku niebu krzycząc do Ciebie:
    zabierz z mojego łona wszelkie westchnienie!

    Pierri, kiedy umrę

    Pierri, kiedy umrę
    pamiętaj, że byłam na tyle zuchwała by Cię kochać
    i na tyle bystra aby zdać sobie z tego sprawę
    i że byłam podporządkowana słowu
    nie mniej niż niewolnik swojemu panu,
    i że myłam wytrwale twe stopy
    błagalnymi łzami.

    tłum. Magdalena Kamińska

    *notka o autorce, inne jej wiersze i linki
    na stronie W języku Dantego
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 25.11.09 o godzinie 10:51



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Być poetą...
    24.11.2009, 17:41

    Alda Merini

    Poeci pracują nocą


    Poeci pracują nocą
    kiedy czas ich nie pogania,
    kiedy milknie hałas tłumu
    i kończy się lincz godzin.

    Poeci pracują w ciemności
    jak nocne sokoły albo
    słodkośpiewne słowiki.
    I LĘKAJĄ SIĘ OBRAŻAĆ BOGA.

    Ale poeci, w swojej ciszy,
    robią więcej hałasu
    niż złocisty nieboskłon gwiazd.

    tłum. Magdalena Kamińska

    w wersji oryginalnej pt. „Poeti lavorano di notte”
    na stronie W języku Dantego


    * * *

    Niech będzie cisza na ziemi
    wokół poety który umiera w rozpaczy
    wolny od przebaczenia.
    Bo któż przebaczy poecie
    że patrzył na gwiazdy
    że wierzył w trwałą miłość
    jak w zaczarowane zamczysko?
    Kto wybaczy poecie
    że po latach palących klęsk
    wyszedł z użycia
    chociaż w zmysłach
    pozostał zwycięzcą?

    tłum. z włoskiego Jarosław MikołajewskiTen post został edytowany przez Autora dnia 07.03.14 o godzinie 00:35



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Schyłek miłości...
    24.11.2009, 17:05

    Alda Merini*

    * * *


    I dlatego do ciebie nie zadzwonię
    ani nie będę potrzebować twoich pulsujących żył,
    ból osusza wszystko
    ból jest ślubną obrączką
    poślubia cię w słodyczy
    i okrutnym wstydzie
    ja dziś poślubiłam ból,
    oddzieliłam się od ciebie.

    tłum. Magdalena Kamińska

    *notka o autorce, inne jej wiersze i linki
    na stronie W języku Dantego
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 25.11.09 o godzinie 10:50



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Syn - minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku
    24.11.2009, 14:46

    A. M. Klein*

    Portret poety jako pejzaż

    I


    Żaden autor wstępniaków, w żałobie po byle bartlecie,
    jego nie opłakuje, odstawionego na półkę Lycidasa.
    Żadna aktorka nie roni po nim łzy glicerynowej.
    W radiowym serwisie o jego odejściu ani słowa.
    A co do policji, żadnego zapisu. Jak widać, nikomu
    nie brak go na tyle, by anonimowo
    lub pod własnym nazwiskiem złożył doniesienie.

    Możliwe, że jest martwy, i nie został odkryty.
    Możliwe, że można by go gdzieś odszukać
    w jakiejś wąskiej wnęce, jak trupa w kryminalnej historii,
    stojącego, z wytrzeszczonymi oczami, gotowego upaść.
    Lecz również to, że żyje, nie może zostać wykluczone,
    że stracił pamięć albo oszalał lub chowa się ze wstydu
    lub nie do poznania przez miłość został odmieniony.

    Tylko tego jesteśmy pewni, ze zniknął z naszego
    rzeczywistego społeczeństwa; po prostu się nie liczy,
    poza szarańczą newralgicznej statystyki –
    czyjś głos w głosowaniu, być może anonimowa oblega
    w sondażu Gallupa, jakiś przecinek w rządowej tabeli –
    lecz nie budzi już uczuć, daleki od znaczenia –
    pośród krzyczącej tłuszczy czyjeś tam westchnienie.

    O, ten który odwinął naszą kulturę ze swojego zwoju –
    na ustach książąt cytat, ryk okrąglejszy na rostrze –
    ten, który uczynił wyrażalnym pod jednym imieniem
    niebo, a pod innym kręgów powietrza siedem,
    jest, jeżeli w ogóle jest, jakąś liczbą, iksem,
    panem Smithem w księdze hotelowej –
    incognito, zagubiony, puste miejsce wpisów.

    II

    Naprawdę nie jest martwy, tylko ignorowany –
    jak zwierciadlane soczewki zapomniane na czole,
    błyszczące winą ich nie dostrzeganego świata.
    Naprawdę żyje wśród swych bliźnich, choć gotowi
    uznać go za równego gościa, myślą, że jest dziwakiem,
    któremu można wybaczyć, a więc sprawa z głowy.

    Sam ma swoje nastroje, jak każdy poeta.
    Przygnębiony do nadiru, myśli, że wszystko stracone,
    widzi siebie jako potwora, wybryk natury, relikt,
    poroniony płód matki, cień wielkiego pradziada,
    i przeklina pięcioraczki swych zmysłów, ich nauczycieli,
    w których, jak nie powinien, cała swą ufność pokładał.

    Potem przypomina sobie, jak podróżował po ciele:
    Oto tors czasownika, piękna twarz rzeczownika,
    i wszystkie słowa posiłkowe, takie kształtne i ciepłe!
    To była pierwsza miłość, poznał to na własną rękę!
    Drogie członki przysłówków, karnacja przymiotnika,
    dołki i uskoki koniugacji!

    A potem przypomina sobie, jak go to wszystko zmieniło,
    wpływając na zawsze na blask i wzrost jego istnienia,
    jak nagle uzmysłowił sobie powietrze niby drżącą cynfolię,
    różne patenty natury, wstrząs spóźnionego widzenia,
    samotność wyzierającą z oczu tłumów;
    liczby całkowite myśli; pierwiastki sześcienne uczucia.

    W ten sposób sięga zenitu i czasem znów ma nadzieję,
    więc widzi siebie jako postać, z rola wyćwiczoną;
    oto hrabia Monte Christo, który przychodzi się zemścić,
    nieświadomy spadkobierca z papierami, dusza wskrzeszona;
    lub budzący się po chloroformie książę pośród kwiatów;
    lub – znów jak przekłuty balon – więzień na przepustce.

    III

    Jest sam, ale jeszcze nie zupełnie sam.
    Pinezki na mapie w kolorze podobnym do jego,
    każde miasto ma jedną, czasem więcej niż jedną;
    tutaj, proszę, strażnicy, w muzeach college’ów;
    a tam w biurach, z opaskami w odcieniu zieleni,
    i tamci, odbębniający katalog obchodu w bibliotekach –

    wszędzie tylko na posyłki, zawsze cienie cienia.
    I zawsze dla swoich ego – ich przestarzała sztuka.
    Dlatego utraciwszy węgielnicę w uchu
    nie znają ani góry ani dołu, mylą część
    z całością, zwijają się w przecinek,
    mówią o technice, z oczu robią dwukropek; prawdę –

    taki jest ból rozczarowania – przeinaczają
    w coś pokrętnego i cerebralnego.
    Jakże się boja policzka płaskiego banału!
    Ofiary Pawłowa, ślinią się na dzwonek,
    a półmisek pusty.
    Spójrz, dwadzieścia jeden kamieni
    włożyli sobie w zegarki: godziny nie znają!

    Niektórzy – patagońscy w swym własnym mniemaniu
    i tęskniący za słowem, które by zwielokrotniało,
    wstępują do partii, noszą znaczki, mają do przekazania
    coś jakiemuś audytorium, i uwagę konwencji elektorów.
    Na kolanach brzuchomówców, na własność posiadają
    z wyniańczonej bystrości farbę i deskę do malowania.

    Niektórzy idą w mistykę, niektórzy w szaleństwo.
    Jeden patrzy w lustro od świtu do nocy,
    jakby nie mógł sam siebie poznać; inny zaś wabi
    anioły – bo nie ma obawy, że dostanie kosza;
    a trzeci jest sam, obrzydł mu seks i w uniesieniu
    gryzmoli sobie symbole wypukłe i wklęsłe.

    O schizoidalne samotności! O niewiniątka
    zastygające nad sobą! Którzy żyją dla siebie samych
    lub jeden dla drugiego, lecz dla nikogo więcej;
    pożądają uczucia, prywatnej i publicznej miłości,
    są przyjacielscy, a potem kłócą się i doszukują
    w życiu innych sekretnych perwersji.

    IV

    On podejrzewa, że coś się stało, jakieś prawo
    wydano, zaprowadzili koszmar. W odstawkę
    poszedł, nagle ma specjalną fryzurę, ubranie,
    jak w rezerwacie. To introwertyk. W ogóle
    nic z tego nie rozumie; smutny domysł
    ściska go skurczem i pada zakrzepem na serce.

    Myśli, że jakiś szalbierz, zbadawszy jego biografię,
    jego nastroje i gesty, teraz postanowił przedstawić
    w drżących pustkach jego usprawiedliwienia lekarskie.
    W peruce wawrzynu, ten drugi, z twarzą podrobioną
    poklepuje główki jego dzieci i tryka mu żonę,
    i jest u siebie, w bamboszach, siedząc w jego domu.

    I zastanawia się, kim jest ta zuchwała sylwetka
    kogoś, kto gada do jego telefonu i otwiera mu pocztę.
    Czy to lokalna gruba ryba, która dla zabawy
    udaje poetę, ten kapitalny epik od stali?
    Mówca robiący pauzę? Czy też człowiek
    na dancingu dmuchający w błysk blachy?

    A może rogi przyprawił mu trubadur
    któremu powiodło się w celuloidzie?
    Profesor odrymowujący atomy? Albo
    chemik, co wypłynął na śmieci? Przeklęta, samozwańcza pycha,
    bo to zawsze ten czy tamten, zawsze inny,
    który jedzie sobie tam, gdzie on nie jedzie.

    V

    S ł a w a, ta adrenalina, być kimś, o kim się mówi;
    być czasownikiem, być przedstawianym jako Ten;
    z aprobatą uśmiechać się z błyszczącego papieru, zmieniać
    kaprysy w anegdoty; kiwać głową do świata; widzieć
    swoje nazwisko jako piosenkę graną na festynach;
    być zapominanym nie bez wstydu; być –
    być.

    To ma swój urok, ale to nie to;
    i nie gadająca z drzewa małpia mimesis
    przodków, ani ta zbabiała radość...
    to raczej kompletne niepowodzenie
    wyrywa go ze snu, nie ubranego, śpiącego
    tak że wchodzi na dachy i parapety okien, kpi
    z otchłani grawitacji.

    VI

    Dlatego rozsiewa złudzenia. Oto jest, popatrz,
    n-tym Adamem zapisującym księgę inwentarzową
    zielonego świata, lecz nie wypowiedzianą, on opiewa
    kwitnące kreacje światła na łące, nazywa
    sylaby futra, gwiezdne przydechy, pyłki kwiatowe,
    których słodka zmowa na wieki rozbrzmiewa.
    Albowiem sławić

    ten świat – dla niego, samotnika – to tyle
    co oddychać. Dopóki jej nie wysłowiono, żadna część
    nie istniała. Fragment po ekscytującym fragmencie –
    powietrze dla jego płuc i krew pod ciśnieniem dla serca,
    on oddycha i pulsuje nimi, aż utworzą
    nie świata, lecz jego ciała mapę!

    A teraz w wyobraźni osiągnął
    inną planetę, żeby jednym spojrzeniem
    kamery lepiej ogarnąć ziemię,
    jej bezdroża, cały jej bezkres i każde drgnienie
    natchnione, jej całkowity zakres – i to,
    to chciałby zapisać w jakiejś książce!

    Znaleźć nowe zastosowanie dla zdeklasowanego rzemiosła
    archaicznego jak wytwarzanie strzał; zrobić coś na nowo;
    powiedzieć słowo, co stanie się szóstym zmysłem,
    być może z konieczności i nie wprost powołać
    do życia nowe formy, nowe wiary, anonimowo –
    o, jakoś spłacić te codzienne kradzieże płuc!

    To nie są byle jakie ambicje. To już jest coś
    po prostu się nimi pobawić. Tymczasem
    ze swej pozycji zera robi bogaty wieniec,
    ze swej anonimowości jakąś aureolę,
    i żyje samotnie, i w swej tajemnicy
    błyszczy jak fosfor. Na dnie morza.

    tłum. Bohdan Zadura


    Obrazek
    *A. M. (Abraham Mojżesz) Klein (1909-1972) – poeta i pisarz kanadyjski, żydowskiego pochodzenia, autor tomów wierszy: „Hath Not a Jew..” (1940) ,
    “Poems” (1944), “The Hitleriad” (1944) i “The Rocking Chair and Other Poems”
    (1948), uznanych za jedne z najbardziej znaczących osiągnięć w XX-wiecznej
    poezji kanadyjskiej. Napisał też powieść „The Second Scroll” (1951), po czym
    zaprzestał działalności literackiej. W 1952 r. próbował popełnić samobójstwo,
    co było wynikiem jego długoletniej depresji i innych zaburzeń psychicznych.
    Po hospitalizacji powrócił do swego wyuczonego zawodu prawnika, był też
    aktywny politycznie jako członek gminy żydowskiej, uprawiał publicystykę,
    bezskutecznie kandydował do kanadyjskiego parlamentu. Ostatnie lata życia
    spędził w samotności i zapomnieniu.Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 24.11.09 o godzinie 18:35



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Schyłek miłości...
    24.11.2009, 08:31

    Ulla Hahn*

    Wreszcie wyemancypowana


    Gdy odszedłeś
    byłam zadowolona
    że wreszcie będę sama.

    Piłam moje piwo
    tylko w knajpach
    z kobietami które
    były zadowolone
    że w końcu są same.

    Nieraz gdy ktoś jak ty
    przysiada się do nas
    oplata mu jedna z nas
    swoje włosy wokół jego głowy
    rzuca swoje serce na jego pierś
    zdziera sobie jedna z nas
    skórę z ciała.

    Zawsze uśmiecha się do nas
    płaci za piwo
    i odchodzi.

    tłum. Jan Koprowski

    *notka o autorce i inne jej wiersze
    w temacie A może w języku Goethego?
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 24.11.09 o godzinie 08:51



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Wspomnienia
    24.11.2009, 08:04

    Małgorzata K.:
    "Tamte chwile"

    Wyrywam kartki z kalendarza pamięci
    pojedyncze dni,chwile wielkiego zachwytu
    nad pięknem wspaniałych katedr rozświetlonych witrażami

    gra słońca w fontannach perlistej wody
    rozbawione dzieci wolne w swej nięskrępowanej prostocie
    trzeba odnależć wewnętrzną prawdę serca i odetchnąć pełną piersią

    nie grać,nie udawać,ale kochać przez cierpienie
    dojść do żródła...Boże,zawierzam krok po kroku
    bojąc się,że upadnę,że stracę równowagę

    A przecież doskonała Miłość usuwa wszelki lęk
    więc czegóż się bać?Chcę iść do przodu,w sercu niosąc wspomnienia
    i zbudować z połamanych okruchów lepszą przyszłość.

    Małgosiu, moim zdaniem, ten wiersz przeciążony jest ozdobnikami, które niczego nie wnoszą do jego treści, a odwracają tylko uwagę od głównego przesłania. Zwroty typu "kalendarz pamięci" czy "perlista woda" trącą dzisiaj myszką i to z literatury niezbyt wysokich lotów, a "piękno wspaniałych katedr", to już tzw. masło maślane.
    Nie wchodząc tutaj głębiej w treść Twojego wiersza, spróbowałem go tylko odchudzić z tych zbędnych ornamentów. Nie wiem, czy Ci się to spodoba, bo z reguły autorzy bronią swoich utworów jak lwica potomstwa i nie życzą sobie, aby ktokolwiek w nich gmerał? Ale to już Twój problem, ja napisałbym go tak:

    Tamte chwile

    Wyrywam kartki z pamięci
    dni chwile zachwytu nad pięknem
    katedr rozświetlonych witrażami

    Słońce gra w perlistych
    fontannach dzieci bawią się
    w nieskrępowanej prostocie
    odnaleźć prawdę
    odetchnąć pełną piersią

    Nie grać nie udawać
    kochać w cierpieniu iść
    do źródła
    nie obawiając się utraty
    równowagi

    Miłość usuwa wszelki lęk
    nie bój się idź do przodu
    zachowaj w sercu wspomnienia
    i buduj przyszłość
    z połamanych okruchówRyszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 24.11.09 o godzinie 08:11



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Poezja anglojęzyczna
    23.11.2009, 09:30


    Obrazek
    Lorna Crozier (ur. 1948) – poetka kanadyjska, urodziła się w Swift Current (Saskatchewan), na terenach dawnej prerii, obecnie zamienionej na tereny rolnicze,
    co znajduje odzwierciedlenie w jej twórczości, traktującej w dużej mierze o związkach człowieka z przyrodą i dużych otwartych przestrzeniach jako metaforze otwartego, ulegającego metamorfozom umysłu człowieka. Po studiach przez kilka lat uczyła creative writing w Saskatchewan Summer School of Arts. Obecnie mieszka ze swoim partnerem, poetą Patrickiem Lane w Saanichton, British Columbia i wykłada na University of Victoria. Debiutowała w 1976 roku pod pseudonimem Lorna Uher tomem wierszy ”Inside is the Sky”, pod tym samym pseudonimem wydała jeszcze dwa tomy poezji: „Crow's Black Joy” (1979) i „Humans and Other Beasts” (1980). Następne publikowała już pod własnym nazwiskiem: „No Longer Two People” (1981 – we współautorstwie z Patrickiem Lane), „The Weather” (1983), „The Garden Going on Without Us” (1985), “Angels of Flesh, Angels of Silence”- (1988), “Inventing the Hawk” (1992 – nagrody: Governor General's Award for poetry i Pat Lowther Award), “Everything Arrives at the Light” (1995 – nagroda Pat Lowther Award , “A Saving Grace: Collected Poems” (1996), “What the Living Won't Let Go” (1999), “Apocrypha of Light” (2002), “ Bones in their Wings: Ghazals” (2003), “Whetstone” (2005), “The Blue Hour of the Day: Selected Poems” (2007). Polskie przekłady jej wierszy, autorstwa Jacka Podsiadły, publikowane były w “Literaturze na Świecie” nr 4-5/1998.

    Z tomu „The Garden Going on Without Us”, 1985


    Obrazek


    In Moonlight
     
    Something moves
    just beyond the mind's
    clumsy fingers.
     
    It has to do with seeds.
    The earth's insomnia.
    The garden going on
    without us
     
    needing no one
    to watch it
     
    not even the moon.

    The Child Who Walks Backwards

    My next-door neighbour tells me
    her child runs into things.
    Cupboard corners and doorknobs
    have pounded their shapes
    into his face. She says
    he is bothered by dreams,
    rises in sleep from his bed
    to steal through the halls
    and plummet like a wounded bird
    down the flight of stairs.

    This child who climbed my maple
    with the sureness of a cat,
    trips in his room, cracks
    his skull on the bedpost,
    smacks his cheeks on the floor.
    When I ask about the burns
    on the back of his knee,
    his mother tells me
    he walks backwards
    into fireplace grates
    or sits and stares at flames
    while sparks burn stars in his skin.

    Other children write their names
    on the casts that hold
    his small bones.
    His mother tells me
    he runs into things,
    walks backwards,
    breaks his leg
    while she lies
    sleeping.

    przekład Jacka Podsiadły pt. „Dziecko
    które chodzi tyłem” w temacie Kalectwo


    Z tomu „Everything Arrives at the Light”, 1995


    Obrazek


    Fear of Snakes  
     
    The snake can separate itself
    from its shadow, move on ribbons of light,
    taste the air, the morning and the evening,
    the darkness at the heart of things. I remember
    when my fear of snakes left for good,
    it fell behind me like an old skin. In Swift Current
    the boys found a huge snake and chased me
    down the alleys, Larry Moen carrying it like a green torch,
    the others yelling, Drop it down her back, my terror
    of it sliding in the runnell of my spine (Larry,
    the one who touched the inside of my legs on the swing,
    an older boy we knew we shouldn't get close to
    with our little dresses, our soft skin), my brother
    saying Let her go, and I crouched behind the caraganas,
    watched Larry nail the snake to a telephone pole.
    It twisted on twin points of light, unable to crawl
    out of its pain, its mouth opening, the red
    tongue tasting its own terror, I loved it then,
    that snake. The boys standing there with their stupid hands
    dangling from their wrists, the beautiful green
    mouth opening, a terrible dark O
    no one could hear.

    Z tomu „Apocrypha of Light”, 2002


    Obrazek


    What the Snake Brings to the World
     
    Without the snake
    there'd be no letter S.
    No forked tongue and toil,
    no pain and sin. No wonder
    the snake's without shoulders.
    What could bear such a weight!
     
    The snake's responsible for everything
    that slides and hisses, that moves
    without feet or legs. The wind, for example.
    The sea in its long sweeps to shore and out again.
     
    The snake has done some good, then.
    Even sin to the ordinary man
    brings its pleasures. And without
    the letter S traced belly-wise
    outside the gates of Eden
    we'd have to live
    with the singular of everything:
    sparrow, leg, breath,
    mercy, Truth.

    Lesson in Perspective
     
    The cat creates world
    with a paw's touch, with a stroke of whiskers,
    intricate parallels like a lesson in perspective
    where no lines meet.
     
    The colours are those a cat can see,
    the many greys and sepias of shade,
    the sun's glossolalia on blades of grass
    quivering in the slightest breeze.
     
    After warbler and nuthatch,
    after thrush, chickadee, and finch,
    the cat makes mouse, bumblebee, and spider,
    then the dragonfly that beats
    on the rilled roof of his mouth,
    a word with wings.
     
    The cat makes words with fangs, too,
    with hooves, fins, and tusks.
    At dusk he says a word that moves
    so lightly across the mind
    it must be a small, nectar-sipping moth,
    feet of such delicate design
    it walks on petals and leaves no bruise.

    Z tomu „Whetstone”, 2005


    Obrazek


    Sand From the Gobi Desert

    Sand from the Gobi Desert blows across Saskatchewan,
    becomes the irritation in an eye. So say the scientists who
    separate the smallest pollen from its wings of grit,
    identify the origin and name. You have to wonder where
    the dust from these fields ends up: Zimbabwe, Fiji,
    on the row of shoes outside a mosque in Istanbul,
    on the green rise of a belly in the Jade Museum in Angkor Wat?
    And what of our breath, grey hair freed from a comb, the torn
    threads of shadows?
    Just now the salt from a woman's tears settles finely its invisible kiss
    on my upper lip. She's been crying in Paris on the street that means
    Middle of the Day though it's night there, and she doesn't want
    the day to come.
    Would it comfort her to know another, halfway round the world,
    can taste her grief?
    Another would send her, if she could, the rare flakes of snow
    falling here before the sunrise, snow that bare4ly fleeces the brown
    back of what's
    too dry to be a field of wheat, and winter's almost passed. Snow
    on her lashes.
    What of apple blossoms, my father's ashes, small scraps of sadness
    that slip out of reach? Is it comforting to know the wind
    never travels empty? A sparrow in the Alhambra's arabesques
    rides the laughter spilling from our kitchen, the smell of garlic
    makes the dust delicious where and where it falls.

    What Comes After

    I am my own big dog.
    Walk, and I'm at the door,
    eat, and I take what I offer,
    lie down, and I curl on the floor,
    my heavy head between my paws.

    I don't need anything but this,
    I don't think of what comes after.

    I sing the way a dog sings,
    I weep the way a dog weeps.
    Every night at my feet
    I am a big sack of sleep
    stinking of me.

    It is Night

    Wind turns back the sheets of the field.
    What needs to sleep, sleeps there.
    What needs to rest.

    The door has fallen from the moon.
    It floats in the slough, all knob and hinges.

    Now the moon's so open
    anything could walk right through.

    Only the fox is travelling.
    One minute he's a cat, the next a coyote.

    Enough light to see by
    yet my mouth lies in darkness.
    What needs to sleep, sleeps there.
    What needs to rest.

    Outside my mind, the wind is reckoning.
    Always there is something
    to figure out.

    Inne wiersze Lorny Crozier w tematach:
    Schyłek miłości/Metamorfozy, W świecie wróżb, zaklęć i sił tajemnych, Nauczyciele -
    – w szkole i w życiu
    , W harmonii z przyrodą, Czynności i zajęcia, poza pisaniem wierszy, Kalendarz poetycki na cały rok
    Ten post został edytowany przez Autora dnia 11.06.13 o godzinie 10:20



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Czynności i zajęcia, poza pisaniem wierszy
    23.11.2009, 08:06

    Lorna Crozier*

    Łowiąc w powietrzu


    To co chce złowić zmienia się
    jak światło zmienia się na wodzie.
    Sieja, szczupak, śledź.
    Jest w jego umyśle przestrzeń
    gdzie one umierają, śliski od łusek pomost
    gdzie ich oczy przemieniają się w szlam.

    Jego żyłka jest niewidzialna.
    Zapomniał już jaka przynęta
    bez końca pogrąża się w wodzie.
    Mogłaby by być pierzasta, prążkowana
    lub srebrna jak owal, który błyska
    przy najmniejszym ruchu nadgarstka.

    Gdyby mógł wyssać swe oko na haczyku
    i wracać je do oczodołu kiedy zwija żyłkę,
    robiłby tak. Gdyby mógł użyć serca jako żywca
    a potem wziąć je z ryby we wnętrzu ryby.

    Jest coś, czego nigdy nie złapał.
    Coś, co każe mu tkwić tam
    Co wieczór, zarzucać, zarzucać
    I zwijać.

    Za każdym razem gdy łowi jest kimś innym.
    Inna jest woda, niebo, sposób
    W jaki mewa wisi w powietrzu lub nie.
    Tym, co zaraz złowi będzie piskorz,
    cienki i złoty, rosnący by zapełnić pustkę
    w jeziorze, jakiego dotąd nie widział –
    bez drogi tam lub z powrotem.

    tłum. Jacek Podsiadło

    *notka o autorce, inne jej wiersze i linki
    w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 23.11.09 o godzinie 09:50



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie W harmonii z przyrodą
    23.11.2009, 07:54

    Lorna Crozier*

    Spełnienie


    Wiatr rozpoczął kamuflaż.
    Przesiał między zębami miał gleby
    i rozdmuchał po jej ciele.
    Wmiótł nasiona w jej pory
    lecz sezon minął –
    nie czas na zasiewy.

    Kiedy śnieg wygładził ziemię
    legła cicho pod całunem,
    lecz wiosną mogła poczuć
    słońce żółcące śnieg
    w iskrzących się szmerach
    i wątłe źdźbła trawy trysnęły
    z jej skóry.

    Latem
    jej włosy wylewały się z ust
    krokusa.
    Jej paznokcie wyostrzyły się w kolce
    Ostu.
    Jej oczami były niebo i woda.
    Dosyć zimna dosyć ciszy
    Była ruchem byłą prerią.

    z tomu „Canadian Poetry Now”, 1984

    tłum. Jacek Podsiadło

    *notka o autorce, inne jej w oryginale wiersze i linki
    do polskich przekładów w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 04.11.11 o godzinie 08:51



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Nauczyciele - w szkole i w życiu
    23.11.2009, 07:40

    Lorna Crozier*

    Indygo


    Trzy dźwięki u stóp góry:
    strumień na kamieniach,
    klekot krosien,
    śmiech młodszej kobiety.

    Ma sześćdziesiąt pięć lat
    i wciąż terminuje.
    Mogą minąć lata
    nim otrzyma imię od nauczycielki.
    Lub może to być jutro.
    Jej nauczycielka ma lat dziewięćdziesiąt.
    Jej ręce znają każdą rzecz,
    poruszają się z chyżością
    strzyżyków.

    Na zewnątrz chaty wiatr
    znalazł formę do wzięcia.
    Huśta na sznurze
    długie pasma świetlistej
    bawełny. Wieczór osiada
    w dolinie jak gołąb,
    krosna umilkły. Jedna z kobiet
    bełta barwnik w drewnianej kadzi.
    Druga niesie tkaninę do górskiego strumienia.

    Z każdym dniem ta stara rośnie
    w oczach młodszej.
    Wielu rzeczy trzeba się nauczyć
    i wielu rzeczy trzeba nauczyć
    tutaj
    gdzie jest wszystko:

    góra,
    spływający z niej kamień,
    dwie kobiety w centrum,
    cały błękit świata
    spływające przez ich żyły
    w tkaninę
    dla tych, co żyją w miastach
    a których nie pragną widzieć.

    z tomu „The Weather”, 1983

    tłum. Jacek Podsiadło

    *notka o autorce, inne jej w oryginale wiersze i linki
    do polskich przekładów w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 04.11.11 o godzinie 09:13



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie W świecie wróżb, zaklęć i sił tajemnych
    22.11.2009, 23:16

    Lorna Crozier*

    Kobieta z Zachodniego wybrzeża


    Ta piękność kobieta
    nosząca długie kwieciste spódnice
    które lgną do jej nóg
    jakby wiatr był wodą
    mówi mi że tego co nazywam szałwią
    nie ma.

    To czarcie ziele
    od lat sieje się
    w swoim ogródku.


    Jest ekspertem. Wyczytała
    w książkach wszystkie nazwy
    i używa ziół w swoich
    czarach. W skorowidzu
    zapisuje fazy księżyca,
    kwadry i terminy siewu.

    Całe życie mieszkałam
    na prerii srebrną zieleń
    szałwii wcierałam sobie
    w skórę kruszone liście
    we włosy kładłam je
    na powiekach ukochanego.
    Ciekawa jestem jak
    ona nazwie wiatr.

    z tomu „Canadian Poetry Now”, 1984

    tłum. z angielskiego Jacek Podsiadło

    *notka o autorce, inne jej w oryginale wiersze i linki
    do polskich przekładów w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ten post został edytowany przez Autora dnia 30.11.13 o godzinie 05:18



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Kalectwo
    22.11.2009, 23:08

    Lorna Crozier

    Dziecko które chodzi tyłem


    Sąsiadka mówi mi
    że jej synek wpada na sprzęty.
    Rogi kredensu i gałki od drzwi
    są poodbijane
    na jego buzi. Mówi mi,
    że męczą go koszmary,
    we śnie wstaje z łóżka
    by przemknąć przez korytarz
    i jak trafiony ptak
    spada z półpiętra po schodach.

    Ten dzieciak który właził na mój klon
    pewnie jak kot, we własnym pokoju
    potyka się, rozbija
    głowę o oparcie łóżka,
    wali twarzą o podłogę.
    Gdy pytam o oparzenia,
    jakie ma z tyłu na wysokości kolan,
    jego matka wyjaśnia,
    że podchodzi tyłem
    aż do rusztu kominka
    lub siada i gapi się w płomienie
    a iskry wypalają mu gwiazdy na skórze.

    Inne dzieci składają podpisy
    na gipsowych opatrunkach utrzymujących
    jego drobne kości.
    Jego matka mówi,
    że wpada na sprzęty,
    chodzi tyłem,
    łamie nogi
    kiedy ona
    śpi.

    z tomu „The Garden Going on Without”, 1985

    tłum. Jacek Podsiadło

    w wersji oryginalnej pt. "The Child Who Walks Backwards"
    w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 04.11.11 o godzinie 11:23



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Schyłek miłości...
    22.11.2009, 22:55

    Lorna Crozier*

    Pogoda


    Chcę brodzić w skroplonym skwarze,
    tonąć w blasku
    w którym wszystko jest możliwe:
    czarne ptaki mienią się tęczowo,
    zięby migocą jak świece
    od zieleni po zieleń
    Chcę w ciebie wierzyć.
    Chcę twoich rąk by przyniosły słońce do naszego łóżka.

    Zamiast tego chłód wlecze się za nami
    Jak stare zło którego nie możemy odwrócić.
    „Chryste, jest lato”, mówimy
    myśląc że słowo
    sprawi, że się stanie.

    Nawet nasza wiara w pory roku
    jest źle ulokowana. Ręka posuwa się
    za ołówkiem szkicującym świat
    i zamazuje wszystko

    tłum. Jacek Podsiadło

    *notka o autorce, inne jej wiersze i linki
    w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 23.11.09 o godzinie 09:45



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Sierściuchy
    22.11.2009, 17:27

    Przyjaciel człowieka

    Niedziela miasto pełnia dnia
    na środku ruchliwej ulicy
    leży mały pies
    kundelek podnosi pomału
    łeb patrzy bezradnie na
    przejeżdżające obok samochody
    spacerujących ludzi
    nie może jednak wstać
    pewnie jakiś pirat drogowy
    potrącił go
    inni piraci zmotoryzowani
    i piesi bardziej
    łaskawi omijają go
    obojętnie mija kwadrans
    potem drugi
    i trzeci
    pies leży wciąż
    w tym samym miejscu
    nikt nie próbuje
    pomóc
    choćby zabrać go
    z niebezpiecznej jezdni

    nagle podnosi się
    o własnych siłach powoli
    schodzi z jezdni
    cha cha cha
    był w ukrytej kamerze
    to nic że
    na jedną łapę kuleje

    Wiersz jest też w temacie ObojętnośćRyszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 23.10.11 o godzinie 11:23



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Metamorfozy
    22.11.2009, 12:24

    Lorna Crozier*

    Morgain Le Fay


    Wytopię lód
    z twojej brody i oczu
    kiedy cię wpuszczę do łóżka
    lecz od razu opowiem ci
    o innych kochankach
    jak doprowadzali mnie do dreszczy
    głaskaniem pleców
    jak wychwalali moje piersi
    językami

    Kiedy poczujesz się bezpieczny
    i zaśniesz
    wyssę ci magię
    spomiędzy nóg
    opieczętuję twe powieki
    wygładzonymi przez wodę kamieniami
    Choć będziesz krzyczał
    nikt nie usłyszy
    Musisz leżeć i czekać

    Czasem zjawię się
    w zmienionej formie
    kruka skubiącego dziobem
    twoje brwi
    albo zwinnego białego ogara
    liżącego rowek twojego tyłka
    Być może będę wężem
    którego musisz pocałować
    nim skręci się na powrót w kobietę

    Z rzadka sprawię ci radość
    Kręgi od rzuconych przeze mnie kamieni
    będą się rozchodzić
    długo po tym jak dam ci odejść

    z tomu „Canadian Poetry Now”, 1984

    tłum. z angielskiego Jacek Podsiadło

    *notka o autorce, inne jej w oryginale wiersze i linki
    do polskich przekładów w temacie Poezja anglojęzyczna

    Wiersz jest też w temacie Schyłek miłości...
    Ten post został edytowany przez Autora dnia 09.04.14 o godzinie 04:09



    Zgłoś | Cytuj

Wyślij zaproszenie do