Ryszard Mierzejewski

offline

Ryszard Mierzejewski

poeta i tłumacz, wolny ptak

Wypowiedzi

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Wiersze na każdy dzień tygodnia
    25.10.2009, 08:58

    Adrian Sollberger

    Liza jak lotny piasek


    Kiedy w niedzielę po dzielnicy
    Idzie Liza w kwiecistej spódnicy,
    Faceci niesłychani u jej stóp
    Padają (z pięter jedenastu).

    krwawiąc, gdy nas opuszczasz,
    a serca miesiączkują,
    nasze domy stają w ogniu,
    a dzieci palą się dobrze.

    tłum. z niemieckiego Andrzej KopackiTen post został edytowany przez Autora dnia 06.04.14 o godzinie 07:15



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Mosty w poezji
    24.10.2009, 15:37

    Jakob van Hoddis*

    Nad Lietzensee


    Dla mojego przyjaciela Georga Heyma

    Most z czerwonego piaskowca hyca
    W kurzawę po drugiej stronie czarniawej sadzawki.
    Latarnie. Zbłąkany blask księżyca
    Ząbczasto rzeźbi krzak, falę, gnuśne graty, ławki.

    Do nas jednak dobrzmiewa wieczorny wrzask miasta.
    Jeszcze czuję rozkosze wielu ulic,
    Kiedy w kole fortuny głucho bębni piasta.
    Lecz ty stoisz przede mną senny, jakbyś w mgłę się wtulił.

    Ciężką rękę podajesz mi wrogo,
    Mocne czoło gniew nowy bałamuci cieniem.
    I kiedym dawno już odbiegł swoją drogą,
    Kroki wciąż mi mąciło twe senne marzenie.

    1911

    tłum. Andrzej Kopacki
    w wersji oryginalnej w temacie A może w języku Goethego?



    Obrazek
    Jezioro miejskie Lietzensee w Berlinie, w głębi most z czerwonego piaskowcaRyszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 09.01.10 o godzinie 13:34



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Miasto
    24.10.2009, 14:38

    Georg Heym

    Berlin I


    Tam, gdzie tkwiliśmy, linia krawężnika
    Biała od pyłu. I widok w tej rynnie:
    Tłum, bezlik ludzi, co jak rzeka płynie,
    Miasto wieczorne w tle się z niebem styka.

    Bryczki przez ciżbę pruły jak po szynie,
    Flagi z bibułek miały, na patykach.
    Klaksony, dymy, automobil pykał.
    Omnibus z ludźmi na dachu, w kabinie.

    W morze z kamienia. wzdłuż zachodniej ściany
    Widzieliśmy przy ulicy jak tren
    Bezlistny szpaler, koron filigrany.

    Czerwona kula gdzieś hen.
    Promienie, w nich zaś mroku szarabany.
    Na wszystkie głowy spłynął świetlisty sen.

    1910

    tłum. Andrzej Kopacki

    w wersji oryginalnej w temacie A może w języku Goethego



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie A może w języku Goethego?
    24.10.2009, 12:28


    Obrazek
    Klabund (Alfred Henschke 1890-1928) – urodził się w Krossen an der Oder (dzisiejsze Krosno Odrzańskie) jako syn tamtejszego aptekarza. Uczył się
    w gimnazjum krośnieńskim, potem we Frankfurcie nad Odrą, Monachium, Berlinie
    i Lozannie. Początkowo studiował chemię i farmację, ale szybko porzucił je dla studiów nad literaturą, teatrem i filozofią. Ponieważ swoimi młodzieńczymi wierszami naraził się prokuraturze, dla uniknięcia przykrych konsekwencji, przyjął pseudonim literacki „Klabund”, od nazwiska przyjaciela ojca. Później tłumaczył je też jako skrót od dwóch słów „Klabauterman”i „Vagabund”. W wieku 16 lat zachorował na gruźlicę, z tego powodu często wyjeżdżał na leczenie do Szwajcarii. Podczas jednego z pobytów
    w szwajcarskim sanatorium poznał Brunhilde Heberle, z którą ożenił się w 1918 roku. Brunhilde zmarła jeszcze tego roku, po przedwczesnym porodzie. Cztery miesiące potem zmarło ich dziecko. W 1923 roku Alfred Henschke ożenił się po raz drugi
    z niemiecką aktorką Carolą Neher. W maju 1928 roku podczas pobytu we Włoszech zachorował na zapalenie płuc, przewieziony na leczenie do Davos, zmarł w niespełna trzy miesiące później.
    Mimo, iż żył zaledwie 38 lat pozostawił po sobie bogaty dorobek literacki: 18 tomów poezji, tyle samo prozy (powieści i opowiadań) oraz 5 dramatów scenicznych. Przetłumaczył też na niemiecki z angielskich i francuskich przekładów wiele utworów poetyckich z Dalekiego Wschodu (chińskich, japońskich i perskich), a także kilka wierszy Adama Mickiewicza.
    Pisał głównie liryki i wiersze o tematyce społeczno-politycznej. W tych ostatnich przeszedł znamienną ewolucję: od afirmujących wojnę wczesnych wierszy młodzieńczych do radykalnie pacyfistycznych i krytycznych wobec ideologii narodowo- socjalistycznej. Ważniejsze tomy wierszy: „Morgenrot! Klabund! Die Tage dämmern!“ (1913), „Soldatenlieder“ (1914), „Kleines Bilderbuch vom Kriege“ (1914), „Irene oder die Gesinnung. Ein Gesang“ (1917), „Der himmlische Vagant“ (1919), „Dreiklang“, (1919), „Die Sonette auf Irene“ (1920), „Der Neger“ (1920), „Ode an Zeesen“ (1926), "Die Harfenjule“ (1927).

    Im Spiegel

    Ich sehe in den Spiegel.
    Was für ein unverschämter Blick mustert mich?
    Jetzt zieht er sich schon in sich selbst zurück -
    Pardon: ich habe mich fixiert.
    Ich will mir nicht zu nahe treten.

    Meine Freunde kann ich mir an den Fingern einer Hand abzählen.
    Für meine Feinde brauch ich schon eine Rechenmaschine.
    Was bedeuten diese tiefen Furchen auf meiner Stirn?
    Ich werde Kresse und Vergißmeinnicht drein säen.

    Im Berliner botanischen Garten, sah ich einen Negerschädel,
    Aus dem eine Orchidee sproß.
    So vornehm wollen wir's gar nicht machen.
    Bei uns genügt auch ein schlichtes deutsches Feldgewächs.

    Wir wollen durch die Blume zu den Überlebenden sprechen,
    Wie wir so oft zu den nunmehr verwesten sprachen.
    Also, meine liebe Leibfüchsin:
    Du kommst mir deine Blume - Prost! Blume!

    Ich stehe nicht mehr ganz fest auf den Füßen.
    Der Spiegel zittert.
    Seine Oberfläche kräuselt sich, weil ich lache.
    Da ist der Mond - er tritt aus dem Spiegel in feuriger Rüstung
    Und legt seine weiße kühle Hand auf meine fieberheiße Stirn.

    Einsamkeit im nächtlichen Hotel

    Auf dem Korridor
    Hüpft der rote Mohr,
    Welcher einer Dame Schokolade bringt.
    Meine Einsamkeit
    Ist Zerrissenheit
    Bergs, aus dem ein Giessbach springt.

    Ach, es lockt mich fast,
    Mensch zu sein: ich tast
    Ueberm Bette nach dem Lichtsignal.
    Ruf die Kleine ich -
    Weine ich
    Und verfliesse in des Bettes Tal.

    Im Hotelgemach,
    Als ich stöhnend lag,
    Hat ein Löwe meine Brust beschwert -
    Niemand war mir gut.
    Nur mein weicher Hut
    Hat sich brüderlich mir zugekehrt.

    Ohne Körper er
    Schwebte leicht daher
    Neigte sich und sass mir auf dem Haupt.
    Er behütete,
    Als man wütete,
    Meinen Schlaf, den er dem Tod geraubt.

    Melancholie

    Schau, den Finger in der Nase,
    Oder an der Stirn,
    Zeitigt manche fette Phrase
    Das geölte Hirn.

    Warum liebt der die Erotik?
    Jener die Zigarrn?
    Der die Aeropilotik?
    Der den Kaiserschmarrn?

    Warum geht's uns meistens dreckig?
    Weshalb schreib ich dies Gedicht?
    Warum ist das Zebra fleckig
    Und Mariechen nicht?

    Dennoch ahnt man irgendwie
    Gottes Qualverwandschaft,
    Trifft man unerwartet sie
    Draußen in der Landschaft.

    O wenn mein Mund an deinem Munde brennt

    (E. S. zu eigen)

    O wenn mein Mund an deinem Munde brennt,
    Firmamente erblühen feurig am Firmament!
    Sonne hat sich in aber Sonnen gespalten,
    Wo ein Büsser in dürre Kniee sank, Millionen Chöre
    singend die betenden Hände falten.
    Mond rollt mit vielen Monden an goldner Kette.
    Mädchen, o tanzte ich erst in deinem hüpfenden Bette!
    Mein Atem weht wie Beduinenwind um deiner Brüste rosiges Gezelt.
    Mein Auge ist kleiner Gott, dein Leib ist die grosse Welt.
    Alle meine wilden Willen wurden zu Kindern, die spielen möchten
    Und die sich gerne Veilchenblüten in ihre maibraunen Haare flöchten.
    Der ich über das Gebirge hinschreite mit Macht:
    Felsensturz nicht fürchte und nicht Lawine und nicht
    des Dunkels dunkle Nacht -
    Ich zittre, dass mein Körper klirrend wie Kettenpanzer bebt,
    Meine Füsse trommeln, Nebel grau an meinen Schläfen klebt:
    Hebst du wie Schmetterlingsflügel den leichten Blick!
    Ach wie fern ist noch nächste Nähe dem weitesten Glück!

    przekład Jerzego Litwiniuka pt. „Gdy na twych ustach moje płomienieją usta”
    w temacie Pocałunki


    Früher Morgen in der Friedrichstraße

    Die ersten Wagen mit den Zeitungsballen
    Fahren am Bahnhof Friedrichstraße vor.
    Alle Häuser hängen in violettem Flor.
    O wilde Welt! Lass mich ins Dunkel fallen!

    Die Mädchen flattern heimwärts: böse Eulen.
    Aus Cafés äugen Lampen, gelb verstört.
    Ein holder Walzer wird nicht mehr gehört,
    Weil schon die Dampfer und Fabriken heulen.

    Da braust der erste Stadtbahnzug ins Loch
    Der Bahnhofshalle ... Hinter Dächertraufen
    Schirrt Phaëton den jungen Tag ins Joch
    Und lässt die goldnen Rosse laufen.

    Die Strahlenpeitsche klatscht um unser Ohr.
    Des Gottes Blick erglüht uns im Genicke ...
    Empor zu dir! Empor!
    Sonne rollt über die Weidendammer Brücke ..

    1912

    przekład Andrzeja Kopackiego pt. „Friedrichstraße wczesnym rankiem”
    w tematach: Wiersze na różne pory dnia i Poezja kolei żelaznych


    Ode an Crossen

    Oft
    Gedenk ich deiner
    Kleine Stadt am blauen
    Rauhen Oderstrom,
    Nebelhaft in Tau und Au gebettet
    An der Grenze Schlesiens und der Mark,
    Wo der Bober in die Oder,
    Wo die Zeit
    Mündet in die Ewigkeit -
    Denk ich deiner, wenn ein Mond am Himmel
    Mir wie dir erglänzt
    Und mir am Lid die
    Goldne Träne eines Steines hängt.
    Ach
    Da ich jung war
    Wie voll Träumens
    Falterübertaumelt
    Engerlingdurchwühlt
    War die Erde!
    Wie erschien
    So Sonnentag wie Regentag
    Gesegnet
    Und von zweien Göttern
    Vater Mutter.
    Ward die wilde Welt so mild regiert.
    Stand am Weg vorm Warenhause ein hölzern Hündchen,
    Bellt es freudig, wenn ich kam, und maulte,
    Daß es mir nicht folgen durft.
    Große Männer auch in schweren Tressen,
    Hehre Helden, die von Haus zu Haus
    Das Geheimnis ihrer Sendung trugen,
    Neigten freundlich oft den mähnigen Kopf,
    Schenkten dem Erschauernden
    Bunte Marken fremder Palmenländer
    Und mich grüßte hold Liberia,
    Senkte selbst Korea die Standarten.
    Grell
    Gewaltig
    Führte Phöbus stets von Urbeginn die Zeiten
    Führte mir die schnobenden die wütig stolzen
    Sonnenrösser übern Heidehibbel hell hinauf.
    An den Oderhügeln reifte Wein mit kleinen
    Roten zottigen Trauben
    Aus den Dörfern
    Scholl Gebell Geboll der Hunde
    Und es meldete ein Dorf dem andern
    So den Wanderer weiter
    Der durch Sand und Kiefern
    Immerdar ins ewige Zion zog.
    Hör ich nicht an meines Bodenzimmers Fenster
    Fern den Regen klopfen, wie ein guter
    Freund um Einlaß bittet? Ja ich biete
    Regensturm dir stürmisch meine offne
    Heiße Brust, daß du die wilde
    Lust des Lebens
    Süß mir kühlst!
    immer waren Blitz und Donner schon dem Kinde
    Seine liebsten Freunde.
    Auf dem sorglich durch ein gläsern Dach vor Unbill
    Regens oder Sonnenstich geschätzten
    Weinumsponnenen Balkon
    Sitzt in seinem weißen Leinenkittel
    Seinem weißen Haar
    Gütiger weiser Mann
    Mein Vater
    Hat die goldne Brille abgelegt, damit er
    Besser so das Crossner Tagblatt lese,
    Neben ihm die zarte zärtliche, die lächelnde
    Mutter hegt im Schoße einen Korb
    Und emsig
    Steint sie Zwetschgen oder Kirschen aus.
    Hoch im Himmel
    Schwirrt ein Häher,
    Der den Regenbogen dort im Westen
    Wie ein grauer Blitz durchzuckt.
    Vom Marienkirchturm
    Fällt ein Schwarm von Nachtigallen
    Mit den Abendglocken
    In die Dämmerung.
    Dir auch dir
    Wanderer zwischen tausend Städten
    Herzen
    Seen
    War auch einmal Heimat
    Wird
    Heimat wieder sein, wenn
    Dumpf die Schollen kollern auf den Sarg, der deinen
    Kleinen kindlich kümmerlichen
    Leib der Erde wiedergibt, die ihn gebar
    An der Grenze Schlesiens und der Mark,
    Wo der Bober in die Oder,
    Wo die Zeit
    Mündet in die Ewigkeit –

    przekład Kazimiery Kaźmierczak pt. „Oda do Krosna”
    w temacie Wspomnienia
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 23.02.10 o godzinie 18:10



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Poezja kolei żelaznych
    24.10.2009, 12:24

    Klabund

    Friedrichstraße wczesnym rankiem


    Na dworzec właśnie dowieziono prasę;
    Wozy z pakami, pełne po sam dach.
    Żałobny fiolet spowił każdy gmach.
    Niech mnie pochłonie mrok – na Friedrichstraße!

    Panny sadzą do domów: rącze hieny.
    Żółci się po kafejkach mętny blask.
    Słodki walc głuchnie, bo go zdusił wrzask,
    Szloch parowców i fabryk, jęk syreny.

    I chlupnął pierwszy pociąg w czarny cień
    Dworcowej hali... Za okapem, z brzegu
    Już Faeton zaprzęga młody dzień,
    Złote rumaki sposobi do biegu.Friedrichstraße

    Trzasnął nas w ucho bicz, promienny splot.
    Spojrzenie Boga pali prosto w grdykę...
    Ech, w lot ku tobie! W lot!
    Toczy się słońce nad Weidendammer Brücke...

    1912

    tłum. Andrzej Kopacki

    w wersji oryginalnej pt. „Früher Morgen in der Friedrichstraße“
    w temacie A może w języku Goethego?


    Obrazek
    Berlin, dworzec kolejowy przy Friedrichstraße, ok. 1912

    wiersz jest też w temacie Wiersze na różne pory dnia
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 16.01.10 o godzinie 13:57



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Wiersze na różne pory dnia
    24.10.2009, 12:23

    Klabund

    Friedrichstraße wczesnym rankiem


    Na dworzec właśnie dowieziono prasę;
    Wozy z pakami, pełne po sam dach.
    Żałobny fiolet spowił każdy gmach.
    Niech mnie pochłonie mrok – na Friedrichstraße!

    Panny sadzą do domów: rącze hieny.
    Żółci się po kafejkach mętny blask.
    Słodki walc głuchnie, bo go zdusił wrzask,
    Szloch parowców i fabryk, jęk syreny.

    I chlupnął pierwszy pociąg w czarny cień
    Dworcowej hali... Za okapem, z brzegu
    Już Faeton zaprzęga młody dzień,
    Złote rumaki sposobi do biegu.

    Trzasnął nas w ucho bicz, promienny splot.
    Spojrzenie Boga pali prosto w grdykę...
    Ech, w lot ku tobie! W lot!
    Toczy się słońce nad Weidendammer Brücke...

    1912

    tłum. z niemieckiego Andrzej Kopacki


    Obrazek

    Berlin, Friedrichstraße, ok. 1912

    wiersz jest też w temacie Poezja kolei żelaznych

    w wersji oryginalnej pt. „Früher Morgen in der Friedrichstraße“
    w temacie A może w języku Goethego?
    Ten post został edytowany przez Autora dnia 30.04.14 o godzinie 04:38



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Wspomnienia
    24.10.2009, 12:21

    Klabund

    Oda do Krosna


    Często wspominam cię
    Małe miasteczko nad błękitną,
    Wartką Odrą,
    Wśród łąk pokrytych rosą,
    Otulone mgłą,
    Na granicy Śląska i Marchii,
    Tam, gdzie Bóbr do Odry
    A czas do wieczności wpływa.
    Myślę o tobie gdy księżyc na niebie
    Świeci i tobie i mnie
    I jak złota gwiazda
    Zwisa z mej powieki łza.
    Ach! Tam byłem młody!
    Myśli me okrążały świat
    Jak roje motyli,
    A ziemię drążyły jakoby pędraki.
    Jak błogosławione były
    Słoneczne, czy deszczowe dni
    I jak łagodnie rządziły
    Tym dzikim światem
    Dwa moje bóstwa - ojciec i matka.
    Przed domem towarowym
    Tuż przy drodze
    Stał drewniany piesek.
    Poszczekiwał na mnie wesoło
    W mojej wyobraźni
    I skomlał, że nie może za mną podążać.
    Wielcy panowie w bogatych szamerunkach,
    Wspaniali bohaterowie,
    Chodzili od domu do domu,
    Przynosząc swoje tajemnicze wieści.
    Często schylali ku mnie
    Przyjaźnie swe grzywiaste głowy,
    Darując drżącemu z przejęcia
    Kolorowe, zagraniczne znaczki.
    Pozdrawiała mnie uroczo Liberia
    I nawet Korea pochylała swe sztandary.
    Od zarania dziejów jaskrawo,
    Przemożnie kierował Febus tym
    Światem i zsyłał z góry
    Swoje dumne, parskające słoneczne
    Rumaki na ziemskie połacie.
    Na odrzańskich wzgórzach
    Dojrzewały winogrona o czerwonych,
    Małych, kosmatych jagodach.
    Z pobliskich wsi rozlega się
    Szczekanie psów.
    Tak wioska wiosce zapowiada
    Przybycie wędrowca,
    Który poprzez piaski i sośninę
    Zdąża nieustannie
    Do wiecznego Syjonu.
    Czyżbym słyszał z daleka,
    Jak deszcz stuka w moje okno na poddaszu, Prosząc bym
    Wpuścił go jak przyjaciela ?
    Tak, otwieram ci zawierucho
    Moją gorącą pierś, byś schłodziła
    W niej mą dziką żądzę życia.
    Już od dziecka błyskawice
    I pioruny były dla mnie
    Najdroższymi przyjaciółmi.
    Na oplecionym dzikim winem balkonie
    Chronionym przed słońcem i deszczem
    Szklanym daszkiem,
    Siedzi w swym białym, lnianym kitlu
    Siwowłosy, dobrotliwy,
    Mądry człowiek - mój ojciec.
    Odłożył swoje w złoto oprawione
    Okulary, aby lepiej czytać
    Swój Dziennik Krośnieński.
    Obok niego delikatna, uśmiechnięta
    Matka z koszykiem na kolanach
    Pracowicie usuwa pestki
    Z wiśni lub śliwek.
    Wysoko na niebie
    Krąży sójka i jak szara błyskawica
    Przecina zygzakiem tęczę na zachodzie.
    Dźwięki wieczornych dzwonów
    Z wieży Maryjnego Kościoła
    Płoszą chmarę słowików,
    Które ulatują w mrok.
    Tobie, także tobie tułaczu,
    Który poznałeś tysiąc miast,
    Serc,
    I mórz,
    Była ta ziemia ojczyzną
    I będzie nią znowu,
    Kiedy grudy ziemi załomocą głucho
    O twą trumnę, oddając ziemi
    Twe mizerne, dziecinnie
    Zmalałe ciało,
    Ziemi, która cię zrodziła,
    Na granicy Śląska i Marchii,
    Gdzie Bóbr do Odry,
    A czas do wieczności wpływa.

    tłum. Kazimiera Kaźmierczak

    w wersji oryginalnej pt. „Ode an Crossen“
    w temacie A może w języku Goethego?



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Pocałunki
    24.10.2009, 12:19

    Klabund

    Gdy na twych ustach moje płomienieją usta


    (przypisane E. S.)

    Gdy na twych ustach moje płomienieją usta,
    Firmament o firmament krwią i ogniem chlusta!
    Słońce w słońc powtórzeniach obiega niebiosy,
    Gdzie czołem bił pokutnik, dłonie w modłach składa chór milionogłosy.
    Księżyc z wielą księżyców sprzągł się w złoty łańcuch,
    Jak łóżko twe, dziewczyno, ze mną zabiegało w tańcu!
    Jak beduiński wiatr me tchnienie różowy namiot piersi twych owiało,
    Oko me małym bożkiem jest, a wielkim światem twoje ciało.
    Wszystkie najdziksze chęci me są niczym dzieci rade psotom,
    Co w jej brązowych włosów maj fiołki wplatałyby z ochota.
    Otom ja który przekraczam góry z mocą
    I przepaściami się nie przerażę ani lawiną, ani od mroku czarniejszą nocą —
    Drżę i me ciało z chrzęstem podzwania niby kolczuga,
    Nogi me bębnią, mój sen obleka klejem szaruga:
    Wznosisz spojrzenie ku mnie lekkie jak skrzydło motyla!
    Od najdalszego szczęścia — jakże odległa najbliższej bliskości chwila!

    tłum. Jerzy Litwiniuk

    w wersji oryginalnej pt. „O wenn mein Mund an deinem Munde brennt“
    w temacie A może w języku Goethego?



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Nierząd i prostytucja
    22.10.2009, 10:46

    Adrian Sollberger

    Matylda teraz tańsza


    na moim czole Matylda siada do stołu, wyjmuje oko i gra nim jak kością, przegrywa: swoją obwisłą pierś i usta teraz tańsze, drobne hiszpańskie stopy, mówi: Bóg jest miłością, czekamy na kolanach, z nosem w prochu, a los bierze nas od tyłu.

    tłum. Andrzej Kopacki



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Smutek, melancholia, nostalgia
    22.10.2009, 10:15

    Harry Mathews

    Smutne ptaki


    Złota jesień, dni
    Rozdają zmiksowane łaski
    Parnych popołudni, podjudzając
    Wpółzdechłe muchy przeciw oknom
    W zaciekach – mojemu jedynemu oknu,
    Przez które podpatruję ptaki Rzymu.

    Świetlista nędza października
    Zagęszcza smutek, który występuje
    Z brzegów pamięci – ona nigdy
    Nie mówiła o ptakach, teraz zaś
    Jerzyki, towarzyskie i lotne,
    Śmigające bezgłośnie wokół węgłów,

    Sugerują, że nadjeżdżający autobus
    Albo przygrywka ostrych obcasów
    Zwiastuje... Muchy rzeczywiste są,
    W jasności drżą moje uczucia
    Niczym kląskawki na błyszczących drutach
    (Pazurki obejmują obolały głos).

    Już nigdy nie odejdę od mojego okna.
    Telefon, odłączony, stoi sześć
    Stóp stąd. Jej głos
    Przepływał między paluszkami wilg
    I trznadli, stróżów obojętnych
    Morse’a i finalnych reafirmacji;

    I mimo drzwi zamkniętych, mimo ścian
    Dających odpór, jestem otwarty na oścież;
    Jesień, rozkwit glicynii;
    Samotność; penetracja; w głąb:
    Posępne pustynie i brutalne „Słysz!”
    Różnobarwnego bojownika.

    Co powoduje niewidzialnym palcem,
    który szturcha mnie w brzuch i osłabia
    Moją wolę? W jakże pamiętnym
    „Cierp... cierp...” (dzięcioł
    na kasztanowcu) pobrzmiewa
    szmatławy odzew nieprawdopodobieństwa.

    Pasywny nie potrafi śmiać się sam
    Ani myśleć, ani odróżniać zniczków
    Od motyli – ostatnie skrzydełka
    Tłuką się o szybę. Natężam słuch
    Na mroczne „fump” bąka
    Z oddalonych bagien, na „gro”,

    Pasywny, licząc, że to nawiedzenie
    Musi przepaść; oblężony przez apatię;
    Tymczasem blask szyby w zaciekach zaćmił
    To miasto ta,. Red Bull –
    Moje uczucia są raczej jak pliszki,
    Podrygi, nie ta zasępiona

    Daremność, mógłbyż nienaturalny półmrok
    Oblekać trwożne dziecinne doznania
    W tak ważką nudę i wywlekać
    Akurat to, co sprawia, że najsampierw
    Cierpię? Paralityczne dni,
    Gdy lelek warczy: przepadło.

    Wejdź proszę, synogarlico,
    Lecz nie waż się mi przeszkadzać
    Ani mnie zmuszać do tworzenia sobie
    I odbierania mizernego życia,
    Bo co miałaby „ona” rzec, zastawszy mnie
    Zgrzytającego jak horda orzechówek?

    Tych jej znów, z nagła zgromadzonych pięć
    Zmysłów jest tym, co czyni me więzienie
    Realnym. Nie chcę przenosić się na
    Zewnątrz. Nie chcę umierać.
    Bekas monotonnym „tike
    Tike” dyskretnie przypomina, że czas

    Leczy rany, ale mój czas nie leczy.
    Świt każdy mnie poktywa wyspeką nadziei,
    Potem odgłosy kroków i motorów cichną
    I nocą od strony urządzeń ściekowych
    Decrescendo derkacza restytuuje
    Moją śmieszną udrękę. Starałem się

    Odetchnąć, Lecz nie potrfię odetchnąć,

    Moja wiara cierpliwa jest jak nur,
    Co balansuje, zastygły w kamiennym
    Bezruchu, jakby strumień zgęstniał
    Albo zamarzł. Milczący przelot
    Traczy podszepnął mi:

    Goń!, lecz nie nogę gonić,
    Nie wszystko bowiem opuściła – jej
    Przypadła nieusuwalna pozostałość Dory
    Na jaśkach w rupieciarni. Snopy
    Były złote, lazurowoskrzydła sroka
    Narzekała w rozwidleniu sosny,

    W królestwie smutnym, na salonach
    Splendory wina i śpiewu
    Akumulują swe śmiertelne skarby;
    Pozwól mi tylko oglądać ich ciąg
    (Odległy szpaler nurogęsi)
    I rejestrować wizg sokoła.

    Muszę otworzyć okno, zerwać świeżą
    Mgiełkę złocistych pajęczyn,
    Wśród których błyska aluzyjnie ona,
    Której nigdy nie było, która nigdy
    Nie mogła ani być, ani spróbować
    Kruka do zwięzłych zaprzeczeń.

    tłum. Adam Wiedemann



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie W labiryncie życia i poezji
    22.10.2009, 10:04

    Tadeusz Żurawek*

    Labirynt

    Samotność uczy sedna rzeczy,
    bo sedno rzeczy to także samotność.


    J. Brodski

    W końcu będziesz musiał
    iść do tego domu
    gdzie samotność mieszka

    zmęczony wieczór
    szarpnie struną drzewa
    i nikt nie zawoła
    jak dobrze że przyszedłeś

    w tym domu będzie
    tylko jeden pokój
    jedno krzesło jeden stół
    a na nim pojedyncza
    jak śmierć filiżanka

    siądziesz odwracając wzrok
    od przeciwległej ściany
    gdzie smutny jak płacz
    niemowlęcia pająk tka
    owadożerną mandalę

    samotność wśliźnie się
    chyłkiem i sypnie sól na
    wszystkie twoje rany

    może lepiej
    mniej wiedzieć
    mniej widzieć
    nie szukać rozumienia
    żyć ot tak sobie
    jak lis lub nietoperz

    z tomiku "Labirynt", 2010

    *notka autorze, inne jego wiersze i linki w temacie
    Współczesna poezja polska – najmłodsze pokolenie

    Wiersz jest też w temacie Samotność
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 29.08.11 o godzinie 06:58



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Cyganie i ich kultura
    22.10.2009, 07:11

    Pieśń półcygańska

    Ona Cyganką była
    W jej żyłach śpiewał wiatr
    W piersiach tańczyły drzewa
    A w łonie płonął ogień

    Nie było słów cygańskich
    Polskich ani w innym języku
    Na opisanie jaka była
    Niewyobrażalnie piękna

    Kiedy ją zobaczył
    Poczuł w piersiach wiatr
    W ustach smak malin
    W dłoniach polny kwiat

    Wbrew woli swych rodzin
    Zakazom i uprzedzeniom
    Oddali się sobie na zawsze
    I odgrodzili od świata

    A gdy odszedł po latach
    Na długi samotny spacer
    Zapłakały suknie cygańskie
    Zapłakały lasy i łąki

    Potem znaleźli ją śpiącą
    I tylko fiolka po lekach
    A obok pusta butelka nuciły
    Nieprzerwanie tę pieśń

    Ona Cyganką była
    W jej żyłach śpiewał wiatr
    W piersiach tańczyły drzewa
    A w łonie płonął ogień

    22. 10. 2009

    wiersz jest też w temacie
    Samobójstwo w wierszach...
    Ten post został edytowany przez Autora dnia 28.09.13 o godzinie 00:45



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Samobójstwo w wierszach: ... Nie lepiej od razu się...
    22.10.2009, 07:09

    Pieśń półcygańska

    Ona Cyganką była
    W jej żyłach śpiewał wiatr
    W piersiach drzewa tańczyły
    A w łonie płonął ogień

    Nie było słów cygańskich
    Polskich ani w innym języku
    Na opisanie jaka była
    Niewyobrażalnie piękna

    Kiedy ją zobaczył
    Poczuł w piersiach wiatr
    W ustach smak malin
    W dłoniach polny kwiat

    Wbrew woli swych rodzin
    Zakazom i uprzedzeniom
    Oddali się sobie na zawsze
    I odgrodzili od świata

    A gdy odszedł po latach
    Na długi samotny spacer
    Zapłakały suknie cygańskie
    Zapłakały lasy i łąki

    Potem znaleźli ją śpiącą
    I tylko fiolka po lekach
    A obok pusta butelka nuciły
    Nieprzerwanie tę pieśń

    Ona Cyganką była
    W jej żyłach śpiewał wiatr
    W piersiach drzewa tańczyły
    A w łonie płonął ogień

    22. 10. 2009

    wiersz jest też w temacie Cyganie i ich kultura
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 31.01.13 o godzinie 06:16



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Miasto
    20.10.2009, 21:38

    Śmieciarka

    O świcie podjeżdża
    dyskretnie pod uśpione domy
    kryje w ciemności
    gabaryty mruga pomarańczowym
    okiem wyciąga długie łapy
    sprawnie chwyta
    blaszane kubły jeden po drugim
    przechyla je szybko
    do gardła jak kieliszki wódki
    potem bierze się za
    zakąskę
    stosy pustych kartonów makulatury
    jakieś stare łachy koce
    zużyte materace a na deser jeszcze
    wielki telewizor
    rocznik osiemdziesiąty wyprodukowany
    za wschodnią granicą
    ale najwięcej jest puszek i butelek
    po różnych
    słabszych i mocniejszych napojach
    widać jak bardzo jesteśmy
    spragnieni życia
    w barwach tęczy muzyki i śpiewu
    tonach posuwistych ruchach
    tańca
    zapomnieniu o długach i telefonach
    od windykatora słowem
    czystego jak źródło strumienia
    w górskim lesie

    Codziennie o świcie
    śmieciarka rozpoczyna nowe
    życie miasta
    sprząta brudy grzechy wymiata
    dusze jak kapłan
    rozgrzesza odjeżdża i znów wraca
    aby pomagać nam żyć
    w czystości



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Głosy i dźwięki, szepty i krzyki
    20.10.2009, 21:29

    Robert Bringhurst

    Przypowieść o głosach


    Za sercem
    kryje się muzyk głuchy,
    wybija nierówny
    rytm. Baczy
    na prędki ruch zwierząt
    przez wrzawę naszych głosów.

    Powietrze – to inna
    ziemia pełna kryjówek,
    zwierzęta wchodzą
    i wychodzą drzwiami
    naszych głosów. W głębi

    nurkują wodne ptaki.

    tłum. Krzysztof Korżyk

    wiersz jest też w temacie Przypowieść



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie W języku Baudelaire'a
    20.10.2009, 16:00


    Obrazek

    Raymond Queneau (1903-1976) – francuski poeta, powieściopisarz i eseista. Studiował psychologię i filozofię, był redaktorem znanego wydawnictwa Gallimard, członkiem Akademii Gouncourtów i dyrektorem Encyklopedii Plejady. Początkowo związany z surrealizmem,
    w 1960 roku założył z matematykiem Francois Le Lionnais eksperymentalną grupę literacką „OuLiPo” (skrót od franc. Ouvroir de Littérature Potentielle – Warsztat Literatury Potencjalnej), której celem było zastosowanie wzorów i praw matematyki, zwłaszcza teorii gier i kombinatoryki, do twórczości poetyckiej. Innym eksperymentem literackim Queneau było stworzenie maszyny do pisania sonetów, co przedstawił w książce „Cent Mille Milliards de Poèmes” (1961; wydanie polskie: Sto tysięcy miliardów wierszy. Tłum. Jan Gondowicz. Wyd. Ha!art., Kraków 2008).


    Poza wymienioną książką Queneau opublikował następujące tomy wierszy: „Chêne et chien” (1937), „Les Ziaux” (1943), „L'Instant fatal” (1946), „Petite cosmogonie portative” (1950), „Le Chien à la mandoline” (1965), „Courir les rues” (1967), „Battre la campagne (1968), „Fendre les flots” (1969), „Morale élémentaire” (1975).
    Pisał także teksty piosenek, powieści i eseje. Dla uczczenia pamięci poety w 1985 roku otworzono w Paryżu stację metra, na linii nr 5, imienia Raymonda Queneau.
    Jego twórczości poświęcono monograficzny numer „Literatury na Świecie” 6/2000.

    Pour un art poétique (fragm.)

    I

    Un poème c’est bien peu de chose
    à peine plus qu’un cyclone aux Antilles
    qu’un typhon dans la mer de Chine
    un tremblement de terre à Formose

    Une inondation du Yang Tse Kiang
    ça vous noie cent mille Chinois d’un seul coup
    vlan
    ça ne fait même pas le sujet d’un poème
    Bien peu de chose

    On s’amuse bien dans notre petit village
    on va bâtir une nouvelle école
    on va élire un nouveau maire et changer les jours de marché
    on était au centre du monde on se trouve maintenant
    près du fleuve océan qui ronge l’horizon

    Un poème c’est bien peu de chose.


    VII

    Quand les počtes s'ennuient alors il leur ar-
    Rive de prendre une plume et d'écrire un po-
    Čme on comprend dans ces conditions que ça bar-
    Be un peu quelquefois la poésie la po-
    Ésie.

    IX

    Ce soir,
    Si j’écrivais un poème
    pour la postérité ?

    fichtre
    la belle idée

    je me sens sûr de moi
    j’y vas
    et

    à
    la
    postérité
    j’y dis merde et remerde
    et reremerde

    drôlement feintée
    la postérité
    qui attendait son poème

    ah mais

    1948

    przekład Piotra Kracuckiego i Jerzego Lisowskiego
    pt. "Ze 'sztuki poetyckiej'" w temacie Czym jest wiersz?


    Si tu t'imagines

    si tu t'imagines
    si tu t'imagines
    fillette fillette
    si tu t'imagines
    xa va xa va xa
    va durer toujours
    la saison des za
    saison des za
    saison des amours
    ce que tu te goures
    fillette fillette
    ce que tu te goures

    si tu crois petite
    tu crois ah ah
    que ton teint de rose
    ta taille de guêpe
    tes mignons biceps
    tes ongles d'émail
    ta cuisse de nymphe
    et ton pied léger
    si tu crois petite
    xa va xa va xa
    va durer toujours
    ce que tu te goures
    fillette fillette
    ce que tu te goures

    les beaux jours s'en vont
    les beaux jours de fête
    soleils et planètes
    tournent tous en rond
    mais toi ma petite
    tu marches tout droit
    vers sque tu vois pas
    très sournois s'approchent
    la ride véloce
    la pesante graisse
    le menton triplé
    le muscle avachi
    allons cueille cueille
    les roses les roses
    roses de la vie
    et que leurs pétales
    soient la mer étale
    de tous les bonheurs
    allons cueille cueille
    si tu le fais pas
    ce que tu te goures
    fillette fillette
    ce que tu te goures

    przekład Józefa Waczkowa pt. „Jeśli sobie myślisz”
    w temacie Czas, zegary



    Si tu t'imagines – słowa Raymond Queneau,
    muzyka Joseph Kosma, śpiewa Juliette Gréco, 1949


    Inne wiersze Raymonda Queneau w tematach:
    O przemijaniu, Śmierć, Sonet, Motyw wieży, Trudne pytania, Palindromy, anagramy
    i inne zabawy słowem w poezji
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 19.01.11 o godzinie 16:55



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Czas , zegary....
    20.10.2009, 15:56

    Raymond Queneau

    Jeśli sobie myślisz


    Jeśli sobie myślisz
    jeśli sobie myślisz
    dziewczynko dziewczynko
    jeśli sobie myślisz
    że tak zawsze będzie
    kochasz z wzajemnością
    szczęście wiecznie trwa
    kochasz z wzajemnością
    nie raz i nie dwa
    no to jesteś w błędzie
    dziewczynko dziewczynko
    no to jesteś w błędzie

    Jeśli wierzysz mała
    że tak zawsze będzie
    dziś i za sto lat
    masz talię jak osa
    i cerę różaną
    lśniące paznokietki
    łydkę i kolano
    niczym u nimfetki
    jeśli wierzysz mała
    że tak zawsze będzie
    dziewczynko dziewczynko
    no to jesteś w błędzie

    minie czas uroczy
    dni radością tchnące
    planeta i słońce
    wciąż się w koło toczy
    lecz ty moja mała
    idziesz prosto ku
    sama nie wiesz czemu
    ku dobru czy złu
    lgną do ciebie zmarszczki
    słabną ci muskuły
    podbródków przybędzie
    tłuszcz pod skórą tkwi
    prędzej zbieraj zbieraj
    róże róże róże
    róże pięknych dni
    niech zamarłe morze
    każda z nich płatkami
    chwil szczęśliwych tnie
    prędzej zbieraj zbieraj
    nie chcesz no to nie
    no to jesteś w błędzie
    dziewczynko dziewczynko
    no to jesteś w błędzie

    tłum. Józef Waczków

    w wersji oryginalnej pt. „Si tu t'imagines”
    w temacie W języku Baudelaire’a
    wraz z clipem do piosenki w wykonaniu Juliette Gréco
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 21.05.10 o godzinie 08:31



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie O przemijaniu...
    20.10.2009, 15:53

    Raymond Queneau*

    Starzenie się


    Moja młodość minęła
    Moja młodość spłynęła
    Ocipiałem do cna
    Bom dojrzały dziewiczo
    a tu lata się liczą
    Mam ich czterdzieści dwa
    No i proszę siwieję
    brzuch mi rośnie tłuścieję
    kaszlę i idiocieję
    już już już
    Młodość to był mój żywioł
    Byłem wtedy szczęśliwy
    jak na słońcu jaszczurka
    Dawałem w wodę nurka
    Brązowiałem na brzegu
    patrzyłem na mojego
    jak do góry się pnie
    Lata się nie liczyły
    Każdy dzionek był miły
    a noc pieściła mnie
    Niebo mi niebieściało
    jaśniały jasnowłoski
    nawet śnieg grzał mi ciało
    w poświacie luny boskiej
    Miałem krawat z jeb-dwabiu
    łydkę nieokrzesaną
    i służyły mi dziarsko
    i stopy me i wzrok
    No tak tak lecz obecnie
    jest nieklawo i niecnie
    już ledwo ledwo zipię
    staczam się z łez padołu
    wręcz w requiescat in pace
    i do dołu na pysk
    ale na kształt wesołka
    co do widzów na piętrach
    śmiał się spadając w windzie
    i ja lecąc do dołka
    wołam choć kiedy indziej
    „jakoś leci jak zawsze
    oby było tak dalej
    obyśmy jeszcze trochę
    jeszcze trochej pomalej
    trochę dłużej spadali”
    tak więc pomimo lat
    zmarszczek kaszlu i tycia
    jakie mi pozostało
    rzecz tak by sprawę cała
    filozoficznie ująć
    starzeję się próbując
    cieszyć się każdym dniem
    Bez ognia i wybuchów
    bez rac i racuchów
    bez mięch i pełnej miski
    bez sody i bez whisky
    bez kina i bez jaj
    bez taksówek i ruchów
    piszę jakieś tam wiersze
    warte tych co przed laty
    układałem z zapałem
    jako dwudziestolatek
    podpisuję je zresztą
    tą samą liter grą
    q-u-e-n-e-a-u-r-a y-utracony-
    -mond

    tłum. Józef Waczków

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki w temacie W języku Baudelaire’a



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Śmierć
    20.10.2009, 15:51

    Raymond Queneau*

    Wyroczna godzina


    Kiedy w końcu wnikniemy do paszczy wykrzywionej
    w arcykrólestwie zmarłych

    niosąc pchły wszy kurzajki raki i skorpiony
    co garną się do zmarłych

    gdy z przyklapniętym nozdrzem wprost do piachu się stąpa
    by spotkać wszystkich zmarłych

    wiedząc już jak smakuje ta pogrzebowa pompa
    co moczy wszystkich zmarłych

    gdy tępym kłem zaczyna się kruszyć proch zgrzytliwie
    miałki proch z kości zmarłych

    z zatkanymi uszami z dziobem w piwie pienistym
    wodopoju dla zmarłych

    kiedy niemal w rozsypce do cna zwiędłe organy
    zgoła nie lgną do zmarłych

    i ze zgarbionym grzbietem kościec rozchwierutany
    to ta resztka po zmarłych

    wówczas śmiertelny amok chwyci nas w swoje szpony
    amok co niszczy zmarłych

    i w trumnie nas zaciągnie na cmentarz zapowietrzony
    przez narzekania zmarłych

    a gdy żywi wykrztuszą swoją zbożną litanię
    co jest pociechą zmarłych

    prosząc o suty spadek który po nas zostanie
    a nie dotyczy zmarłych

    i gdy wreszcie wnikniemy do paszczy wykrzywionej
    w arcykrólestwie zmarłych

    przyjdzie nam ostatecznie pogrzebowe lampiony
    zdmuchnąć jak życie zmarłych

    i błyskawicznie zamknąć elementarne pole
    co nas włącza do zmarłych

    i przyjdzie nam też spalić naszą ostatnią wolę
    w mrocznym płomieniu zmarłych

    i zrekapitulować niczym na akademii
    swoją wiedzę o zmarłych

    widzisz siebie chłopczyka uśmiechasz się na ziemi
    która okrywa zmarłych

    uśmiechasz się do dali co jasność nam rozpięła
    zapomniana przez zmarłych

    uśmiechasz się do lądów dręczonych przez ocean
    który pochłania zmarłych

    do ciebie się uśmiecha twój papa twoja matka
    teraz już z kraju zmarłych

    wujcio babcia kuzynek i kocica puchatka
    czy liczą się do zmarłych

    i dobry pies Arturek i Prosperek pudelek
    oj oj są w świecie zmarłych

    i twoi w tamtych czasach klawi nauczyciele
    dzisiaj już pośród zmarłych

    rzeźnik szewc i mleczarka nie dwoje ich nie czworo
    całe miasteczko zmarłych

    proszę potem dorastasz i na wojnę cię biorą
    gdzie się roi od zmarłych
    potem się kochasz żenisz no bo popadasz w ruję
    i płodzisz przyszłych zmarłych

    masz dobry zawód żyjesz sobie i prosperujesz
    wykorzystując zmarłych

    tłum. Józef Waczków

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki w temacie W języku Baudelaire’a



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Sonet
    20.10.2009, 15:45

    Raymond Queneau*

    Ćwiczenia stylistyczne
    (fragm.)

    Sonet**

    Kapelusz nieforemny, taśmą opleciony
    Wdziawszy, zdechlak o szyi ciut melancholicznej
    I chudej, cierpiąc od kolki gastrycznej,
    Śpieszy złapać autobus, zwykle przepełniony.

    Jeden uciekł, lecz w dali drugie „S” się znaczy;
    Platforma, owych pojazdów wdzięczna kariatyda,
    Dźwiga na krzepkiej piersi, co męską się wyda,
    Tłumek ćmiących cygara, występnych bogaczy.

    O, biedne żyrafiątko (vide pierwsza strofa!),
    Co pchasz się poprzez pomost grubiańsko, jak palant,
    Czyżby miała ci grozić straszna katastrofa,

    O ile nie zdobędziesz królestwa foteli
    I nie siądziesz? Czas płynie. Wkrótce pewien galant
    Rad ci się w kwestii guzika udzielać ośmieli.

    tłum. Jan Gondowicz

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki w temacie W języku Baudelaire’a
    **Inna część utworu w temacie Palindromy, anagramy i inne zabawy słowem w poezji
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 10.06.10 o godzinie 04:28



    Zgłoś | Cytuj

Wyślij zaproszenie do