Ryszard Mierzejewski

offline

Ryszard Mierzejewski

poeta, tłumacz i krytyk literacki, wolny ptak

Wypowiedzi

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Poetyckie studium przedmiotu
    17.11.2009, 12:05

    Hugh MacDiarmid*

    Doskonałość

    Na zachodnim wybrzeżu South Uist
    (Los muertos abren los ojos a los que viven)

    Znalazłem czaszkę gołębia na wydmach.
    Kość była nieskazitelnie biała, sucha i kredowa,
    Ale doskonała,
    Bez śladu pęknięć czy rys.

    A w tyle dzioba wyrastały
    Dwie kopuły jak pęcherzyki z cienkiej kości,
    Niemal przezroczyste, w miejscu, gdzie kiedyś był mózg,
    Który ustalał kąt nachylenia skrzydeł.

    tłum. Jerzy Jarniewicz

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki
    w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 17.11.09 o godzinie 21:23



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Muzea i galerie
    17.11.2009, 11:53

    Hugh MacDiarmid

    Dobrze powieszeni


    Będziesz, moja droga,
    Jedną ze świętych postaci El Greca,
    Gibką, falującą,
    I uduchowioną na niebiesko,
    A ja – postacią z Ribery
    O czarnej, pomarszczonej twarzy,
    Oszalałej z bólu.
    I będziemy wisieć
    Na przeciwległych ścianach
    Małej prywatnej galerii
    Spasionego finansisty
    Na wieki
    Wieków.

    tłum. Jerzy Jarniewicz

    w wersji oryginalnej pt. "Well Hung"
    w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 17.11.09 o godzinie 21:20



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Nauka i technika w poezji
    17.11.2009, 11:37

    Hugh MacDiarmid*

    Poezja i nauka

    Nauka to rachunek różniczkowy umysłu,
    Sztuka to rachunek całkowy; osobno mogą być
    Piękne, ale wielkie – tylko wtedy, gdy są razem.


    Sir Ronald Ross

    Niezwykła wartość wiedzy naukowej
    Mało kto rozumie – człowiek
    Który jest botanikiem, nie potrafi pojąć,
    Że wiedza specjalistyczna może pogłębić
    Estetyczną satysfakcję z oglądania kwiatów!
    Częściowo dlatego, że aby rozpoznać roślinę,
    Musisz przyjrzeć się dokładniej
    Niż zazwyczaj, a wtedy
    Zobaczysz subtelne kolory, proporcje i kształty,
    Zbyt małe, żeby je normalnie zauważyć.
    Co więcej – wydaje się, że wiedza botanika
    O wszystkich aspektach struktury roślin
    (Podobnie jak wiedza rzeźbiarza o budowie kości i mięśni),
    Wiedza o układzie korzeni rozwidlających się pod ziemią,
    O wyrastaniu łodyg,
    O ukrytych w przylistkach pąkach i
    Rozkładzie żyłek na liściu,
    Wzbogaca i nadaje trójwymiarowości
    Temu, co już wiemy o ich skomplikowanym pięknie.

    Dlatego też moim celem jest poezja faktów. Nawet
    Najgłębsze powinowactwo wszystkich żywych organizmów
    Staje się jasne, jeśli wiemy o krążeniu związków chemicznych.
    Bez choćby podstaw chemii człowiek pozostanie
    Oniemiałym z wrażenia dzikusem,
    Który przygląda się decydującym o życiu reakcjom.
    Te piękne zależności,
    Które ukazuje nam tylko biochemia,
    Zastąpią oszałamiające poczucie cudu
    Czymś bardziej cudownym,
    Kiedy może być zrozumiana, przynajmniej częściowo.
    Takie zrozumienie rodzi się
    W laiku, kiedy czyta on
    O biochemii gruczołów,
    O ich związkach z chorobami takimi jak wole
    I wpływie, jaki mają na wzrost, seks i reprodukcję.
    Zaczyna co nieco rozumieć
    Z subtelności i piękna działania
    Enzymów, wirusów bakteriofagów,
    Tych substancji na granicy
    Świata żywego i nieożywionego.

    Zrozumie, dlaczego biochemik
    Może zastanawiać się nad możliwością
    Syntezy życia i nie bać się,
    Że gada głupstwa lub bluźni.
    Zrozumie, że przeciwnie,
    Odkrywa on coraz więcej,
    Bo szuka nieskończonego
    „Nawet nasze najgłębsze emocje
    Mogą zależeć od obecności
    Pochodnych fenantrenu!”

    tłum. Jerzy Jarniewicz

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki
    w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 17.11.09 o godzinie 21:22



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Poezja kolei żelaznych
    16.11.2009, 15:31

    Kolejka sowiogórska

    Szli obok siebie na wyciągnięcie ramion
    trzymając się za ręce stawiali powoli
    bose stopy po stalowych szynach
    balansowali ciałem aby nie spaść
    ustanawiali rekordy 100 200 435 kroków
    po szynach machali rękami jak
    ptaki skrzydłami które chcą się wzbić
    w powietrze
    gwizd lokomotywy w oddali mobilizował
    do następnego zadania
    daj monety pospiesz się bo już nadjeżdża
    kładli dwa srebrne krążki na szynach
    po chwili przejeżdżający pociąg
    spłaszczał je
    do grubości kartki ze szkolnego zeszytu
    i mknął dalej w stronę zielonych
    garbów gór
    zostawiając za sobą ogromny szary obłok
    wypływający z sapiącej lokomotywy

    Kolejka sowiogórska
    przez osiemdziesiąt lat łączyła miasteczka
    i wioski u podnóża prastarych malowniczych
    gór biegła wzdłuż pachnących lasów
    przebijała ostre granie
    była tak naturalna jak cała przyroda wokół
    a jednak nieubłagany czas zabrał ją
    bezpowrotnie
    zezwalając tylko na pojedyncze kursy
    w odległych wspomnieniach


    Obrazek
    Ten post został edytowany przez Autora dnia 22.05.13 o godzinie 04:31



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie W świecie wróżb, zaklęć i sił tajemnych
    16.11.2009, 12:04

    Richard Wilbur*

    Jasnowidz


                                          Lui parla.
                                          Dla Charles’a i Euli


    Pewne rzeczy naprawdę giną. Ot, kapelusz
    Słomkowy położony na chwilę na oknie,
    Gdy trzy młode kobiety – jedna z nich w żałobie –
    Rozmawiają w wykuszu. Wiatr go lekko trąca,
    Podrywa, zsuwa na brzeg – i już koziołkuje
    W rozległy widok, który dałby się opisać
    Może tak: poszarpana skarpa spada w dół
    Przez migotanie miki w mech sosen, wśród których
    Tu i ówdzie przebija krótkim błyskiem światła
    Na pół widoczna rzeka. Słomkowy kapelusz
    Leci w swobodnych skrętach i ukłonach
    Przez ten czy inny wijący się prześwit,
    Nikt go nie zauważa, nawet pan czy ja.
    Tak czasem klucz francuski niby z katapulty
    Zleci z trzęsącej ciężarówki prosto
    W kanał zarosły krzakami; lub książka,
    Gdy czytający zasnął, gubiąc się w intrydze,
    Z leżaka na pokładzie zsuwa się, poddając
    Niepiśmiennemu morzu zaskoczone kartki.

    Umknąć ze świadomości, jak robią te rzeczy,
    To jedna sprawa, inna tkwić w zamknięciu,
    W kryjówce marzeń lub w kamiennym lochu
    Czyjejś głowy.

    Odkryto, kiedy byłem mały,
    Że potrafię odnaleźć zagubiony przedmiot.
    Stałem przy łóżku dziewczynki lub u wątłych kolan
    Starca, którego twarz ginęła w cieniu.
    Kiedy zgubiłeś to? – pytali ludzie.
    Kiedy ostatni raz widziałeś? – Głosy.
    Które pytały i odpowiadały,
    Brzmiały wołaniem ptaków, kiedy liście bledną
    Na wyścigi i czarny mrok powoli spływa.
    Umysł to nie krajobraz, lecz gdyby nim był,
    Wówczas znalazłby się nim toczony księżyc,
    Kołujący za lasem, poprzez który sięgasz,
    Łamiąc w splątanych gąszczach jego cienkie szprychy.
    Bywały tam mroczności, ścieżki kierujące
    W stronę wyschłych strumieni, szalej, co zaprasza
    Przez pełne blasku przesieki w bezpodstawny cień;
    A przecież w odurzeniu upartym trafiałeś
    Z miejsca za zrujnowane kopce, niech zdeptany
    I wpół zatarte strzałki wskazujące
    Miejsce, gdzie zaraz za zakrętem strachu
    Lśniła zguba.

    Lub niech pan sobie wyobrazi dworzec –
    Długie wagony stają wzdłuż peronu,
    Szyby zaparowały tak, że nic nie widzą
    Ani ci w środku, ani ci z zewnątrz.
    W tłumie – niech pan wybaczy me upodobanie –
    Młoda kobieta stoi wśród walizek,
    Wie, że pan, nieznajomy, ma ją stąd odebrać.
    Zatrzymuje wzrok na kimś, cofa go, odwraca
    Znów głowę w drugą stronę, waha się spłoszona.
    Podobnie jest z rzeczami, co się zapodziały,
    Jak mówi porzekadło: zgubiony klucz wisi
    Splątany nićmi w czymś, co się wydaje
    Utkanym z mroku koszyczkiem na nici,
    Zaledwie przebłyskuje. Albo fotografia
    Włożona w starą księgę, odwraca skrwawiony
    I niepamiętny profil, by twój wzrok zatrzymać,
    A przecież miga przez skupiona myśl.
    Co można zatrzymać w pamięci? Nie można
    Najdrobniejszej podłostki, świństwa, upokorzeń,
    Strachu, co każe zaciskać powieki,
    Drgnienia szczęścia, z którego poczęła się rozpacz.
    Nic nie można zapomnieć, bowiem mnie nie wolno
    Zapominać.

    A stamtąd było niedaleko
    Tu – do tego stolika w kąciku kawiarni,
    Gdzie długowłosy, siwy, z proroczym spojrzeniem
    Siedzę i piję na koszt klienteli.
    Przychodzą tutaj dzień i noc, tak dużo ludzi:
    Smutne kobiety z tej dzielnicy, w czerni,
    Jak do spowiedzi; krótkowzroczni, drobni
    Urzędnicy, co sądzą, że Byk wciąż przeżuwa
    Ich los; przybyli z Mediolanu ludzie
    Interesu, by z magiem rozstrzygnąć, czy kupić,
    Czy sprzedać takie albo inne akcje;
    Moi kumple-pijacy; idący za modą
    Drwiący ludek, żarłocznie łatwowierny,
    Sceptycy, wciąż gotowi dowieść mi oszustwa
    Ze strachu, ze maleńki cud nie wyjaśniony
    Zrobi szczelinę w świecie i całe zastępy
    Michała Archanioła zlecą się z trzepotem.

    Daję im papier, ołówek, zapalam
    Papierosa, odwracam się, jak to pan widział.
    Piszą swoje pytania, składają; i kładę
    Dłoń na ich rękach, wstępując w szaleństwo,
    Wznoszę oczy do nieba, puszczam dym przez nozdrza,
    Jak w delfickich oparach zwieszam głowę, potem
    Drżącymi, wiedzionymi przez ducha palcami
    Układam przepowiednię. Wszystko to, rzecz jasna,
    Mydlenie oczu, bo w dziewięciu przypadkach na dziesięć
    Słowa, jakie spływają z cudzych myśli, zaraz
    Jawią się na powierzchni moich, rozwijają
    Jak papierowe kwiaty w zbiorniku na wodę.
    A w dziesiątym przypadku odrobinę bujam.

    To pana razi? Lecz tego, co robię,
    Nie da się robić wcale, jak uważa większość.
    Gdy mi się nie udaje, jestem szarlatanem
    Nawet dla tych, których niegdyś zadziwiałem –
    Podczas gdy krawiec, choć mi źle płaszcz skroi,
    Nadal jest krawcem. Mówię panu o tym,
    Bo pan wie, że posiadam ten dar, ciężar daru.
    Czy używam do tego umysłu, czy nie,
    Świat ciągle mnie przywłaszcza sobie; i mój szósty
    Nie znający spoczynku zmysł to tani pokój
    Ciemny od gniewu bezsenności, w którym
    Ściany drżą od pomruków, skarg, wody spuszczanej
    Obok przez ludzki rodzaj.

    Lecz cóż ja mogę powiedzieć?
    Ja nie mam odpowiedzi. Uspokój obawy –
    Gryzmolę kiedy trzeba. – Twoja ukochana
    Jest ci wierna, a żona nic nie podejrzewa.
    Nikt cię nie widział wtedy pod drzewem figowym.
    Jednak bądź ostrożniejszy. Kiedy czas nadejdzie,
    Spodziewaj się awansu. Widzę jakiś list
    Od kogoś, kto daleko umiera, bogaty.
    Ktoś tajemnie cię wielbi. Jeśli w twym mniemaniu
    Zyskasz na tym, to odważ się podjąć ryzyko.
    Co do napadów płaczu, to na pewno miną.


    Nie robi im różnicy, że to jawne łgarstwo
    Luz zwyczajne wykręty. Ich to zadowala,
    Że nic nie mówią, a są wysłuchani.
    Nie zasługują na więcej, gdybym nawet więcej
    Mógł dać im, tchnącym tylko małym niepokojem
    I samolubną nadzieją. Wiara, sprawiedliwość,
    Dzielność, te uważane za rzadkość przymioty,
    Zatwierdzone w marmurze stawianych pomników,
    Z pewnością są istotnie rzadkie, gdzie się dręczy
    W odosobnieniu serce, a ja nasłuchuję.
    Czasem się zastanawiam, czy to moja wina,
    Że to, co ich zżera, nie znajduje we mnie
    Oddźwięku, czy to wada wewnętrznego słuchu?
    Sądzi pan, że istnieje gdzieś uważny Umysł,
    Który nas ścierpi, jest nie pogwałcony,
    Który otwiera serca, który widzi
    Ciężki upadek wróbla i w najgorszym
    Ujadaniu odnajdzie odmianę słodyczy?
    Bardzo chciałbym to wiedzieć.

    Tymczasem ratunku
    Szukam w cierpkim nałogu mej pożądliwości,
    Choć jak przyłbica zwęża me widzenie;
    Piję wytrwale, aż umysł się staje
    Zasłoną opuszczoną niemal po parapet,
    Tęsknię do tego miejsca obok wróbla,
    Gdzie klucz zarył się w muł, gdzie słomkowy kapelusz
    Zawisł w gąszczu konarów, gdzie zatonęła książka.
    Och, zgadł pan moje myśli. Może jeszcze jeden...
    Pół? Mezzo-litro. Grazie, professore.

    tłum. Ludmiła Marjańska

    *notka o autorze, inne jego wiersze w wersji oryginalnej i linki
    do polskich przekładów w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 27.03.13 o godzinie 03:14



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Poezja anglojęzyczna
    15.11.2009, 11:49


    Obrazek

    Howard Nemerov (1920-1991) – poeta amerykański. Urodził się w Nowym Jorku,
    w 1941 roku uzyskał tytuł licencjata w zakresie literatury angielskiej na Uniwersytecie Harvarda. W czasie II wojny światowej był pilotem w kanadyjskich i amerykańskich siłach powietrznych. Służbę wojskową zakończył w stopniu podporucznika. Po wojnie kontynuował studia na kilku uczelniach: Hamilton College, Bennington College, Brandeis University i Washington University w Saint Louis. Opublikował tomy poezji: “The Image of the Law” (1947), “The Salt Garden” (1955), “Mirrors and Windows” (1958),“The Blue Swallows” (1967), “Sentences” (1980), “War Stories: Poems about Long Ago and Now (1987). Otrzymał wiele prestiżowych nagród literackich, m. in. Nationak Book Award, Pulitze Prize for Poetry i Bollingen Prize. Dwa razy (w latach 1963-64 oraz 1988-90) pełnił honorową funkcję poety laureata do Biblioteki Kongresu ( Poet Laureate Consultant in Poetry do Library of Congress). Polskie przekłady jego wierszy ukazały się w antologiach: Wśród amerykańskich poetów. Wybór i przekład Tadeusz Rybowski. Ossolineum, Wrocław 1972 i Czesław Miłosz: Wypisy z ksiąg użytecznych. Wydawnictwo Znak, Kraków 1994.


    Learning the Trees

    Before you can learn the trees, you have to learn
    The language of the trees. That's done indoors,
    Out of a book, which now you think of it
    Is one of the transformations of a tree.

    The words themselves are a delight to learn,
    You might be in a foreign land of terms
    Like samara, capsule, drupe, legume and pome,
    Where bark is papery, plated, warty or smooth.

    But best of all are the words that shape the leaves –
    Orbicular, cordate, cleft and reniform –
    And their venation – palmate and parallel –
    And tips – acute, truncate, auriculate.

    Sufficiently provided, you may now
    Go forth to the forests and the shady streets
    To see how the chaos of experience
    Answers to catalogue and category.

    Confusedly. The leaves of a single tree
    May differ among themselves more than they do
    From other species, so you have to find,
    All blandly says the book, "an average leaf."

    Example, the catalpa in the book
    Sprays out its leaves in whorls of three
    Around the stem; the one in front of you
    But rarely does, or somewhat, or almost;

    Maybe it's not catalpa? Dreadful doubt.
    It may be weeks before you see an elm
    Fanlike in form, a spruce that pyramids,
    A sweetgum spiring up in steeple shape.

    Still, pedetemtim as Lucretious says,
    Little by little, you do start to learn;
    And learn as well, maybe, what language does
    And how it does it, cutting across the world

    Not always at the joints, competing with
    Experience while cooperating with
    Experience, and keeping an obstinate
    Intransigence, uncanny, of its own.

    Think finally about the secret will
    Pretending obedience to Nature, but
    Invidiously distinguishing everywhere,
    Dividing up the world to conquer it.

    And think also how funny knowledge is:
    You may succeed in learning many trees
    And calling off their names as you go by,
    But their comprehensive silence stays the same.

    Seven Macabre Songs

    dedicated to Louis Calabro

    1. A dream

    The ground swayed like a sea,
    Uneasily, where the dead fought free
    Of my preserved desires. In one bed
    Godhead and maidenhead
    Wrestled out of necessity.
    I slept, but restlessly,
    Lusting for what I dreamt I saw
    Under the deserts of the law.

    2

    The officer wore the thin smile
    Over his dental plate.

    The nurse had carrot hair,
    But I saw black at the roots.

    The doctor’s eye frightned me,
    And it was made of glass.

    The priest had fair hair as he knelt.
    I saw the seam and smelt the glue.

    My death bugged from my eyes
    At recognizing theirs.

    3. From the last dream of a dying woman aged eighty
    (see: Ella Freeman Sharpe, Dream Analysis)

    I did not want to suffer again
    Or ever feel pain.
    Last night I dreamed that I could see
    My sicknesses in me
    Gathered together, each the rose.
    And I saw that all those
    Roses were planted and grew again
    Out of my pain.

    4

    Under the pie crust,
    Behind the attic door,
    Inside the camera or
    The cathode tube, I must –
    (Inside the frigidaire,
    Uder the manhole cover
    Where rupsteak and lover
    Run out of air) – it is there
    I must – (under the rug,
    Behind the arras, dug
    Into the basementfloor) –
    Though there may be no more
    Than dust ,
    I must.

    5. Bluebeard’s wife

    My husband Bluebeard has a blue beard.
    I have heard this story before. It is night
    In the palace, and the Minotaur,
    Our janitor, is smoking in the cellar,
    Sitting alone among turds and bones and dottle.
    To him, enter the naked Athenian youths and maidens.

    Now moms and dads are shrunken into sleep,
    And Bluebeard’s beard curtains the tiny room
    Where I have always been forbidden to go
    (Husband, I come!), why, it is now and never
    That I may beard him and unlock the door
    Where the Anhenian adolescents fell,
    And find his soul, maybe, and crack it like an egg.

    6

    It is forbidden to go further.
    Darkness stands in the wall
    Spattered with blood.

    These are the Gates of Hercules.
    You shall not pass again
    Those giant knees,

    Not to the open Atlantic water,
    Not to the blessed Mount.
    No son or daughter dares

    Stand with unbabandaged eyes
    Before the bloodied black seawall,
    Before the opening seas.

    7

    My death with a nail in his foot
    Came dragging at the ground.
    He carried a long tooth for a cane,
    He carried his eye cast down.

    The sunlight pierced his body trough
    With shafts of shadow; hung
    Under the shadows of his breast
    A perching sparrow sang.

    My crippled death for my sake bears
    (While life is, life is long)
    Both tooth and nail, and for my heart
    The sweetly beating song.

    przekład Tadeusza Rybowskiego pt. „Siedem makabrycznych pieśni”
    w temacie Zaśpiewam ci pieśń


    A Day on the Big Branch

    Still half drunk, after a night at cards,
    with the grey dawn taking us unaware
    among our guilty kings and queens, we drove
    far North in the morning, winners, losers,
    to a stream in the high hills, to climb up to a place
    one of us knew, with some vague view
    of cutting losses or consolidating gains
    by the old standard appeal to the wilderness,
    the desert, the empty places of our exile,
    bringing only the biblical bread and cheese
    and cigarettes got from a grocer’s on the way,
    expecting to drink only the clear cold water
    among the stones, and remember, or forget.
    Though no one said anything about atonement,
    there was still some purgatorial idea
    in all those aching heads and ageing hearts
    as we climbed the giant stair of the stream,
    reaching the place around noon.

    It was as promised, a wonder, with granite walls
    enclosing ledges, long and flat, of limestone,
    or, rolling, of lava; within the ledges
    the water, fast and still, pouring its yellow light,
    and green, over the tilted slabs of the floor,
    blackened at shady corners, falling in a foam
    of crystal to a calm where the waterlight
    dappled the ledges as they leaned
    against the sun; big blue dragonflies hovered
    and darted and dipped a wing, hovered again
    against the low wind moving over the stream,
    and shook the flakes of light from their clear wings.
    This surely was it, was what we had come for,
    was nature, though it looked like art with its
    grey fortress walls and laminated benches
    as in the waiting room of some petrified station.
    But we believed; and what it was we believed
    made of the place a paradise
    for ruined poker players, win or lose,
    who stripped naked and bathed and dried out on the rocks
    like gasping trout (the water they drank
    making them drunk again), lit cigarettes and lay back
    waiting for nature to say the last word
    —as though the stones were Memnon stones,
    which, caught in a certain light, would sing.

    The silence (and even the noise of the waters
    was silence) grew pregnant; that is the phrase,
    grew pregnant; but nothing else did.
    The mountains brought forth not a mouse, and the rocks,
    unlike the ones you would expect to find
    on the slopes of Purgatory or near Helicon,
    mollified by muses and with a little give to ’em,
    were modern American rocks, and hard as rocks.
    Our easy bones groaned, our flesh baked
    on one side and shuddered on the other; and each man
    thought bitterly about primitive simplicity
    and decadence, and how he had been ruined
    by civilization and forced by circumstances
    to drink and smoke and sit up all night
    inspecting those perfectly arbitrary cards
    until he was broken-winded as a trout on a rock
    and had no use for the doctrines of Jean Jacques
    Rousseau, and could no longer afford
    a savagery whether noble or not; some
    would never batter that battered copy of Walden
    again.

    But all the same,
    the water, the sunlight, and the wind
    did something; even the dragonflies
    did something to the minds full of telephone
    numbers and flushes, to the flesh
    sweating bourbon on one side and freezing on the other.
    And the rocks, the old and tumbling boulders
    which formed the giant stair of the stream,
    induced (again) some purgatorial ideas
    concerning humility, concerning patience
    and enduring what had to be endured,
    winning and losing and breaking even;
    ideas of weathering in whatever weather,
    being eroded, or broken, or ground down into pebbles
    by the stream’s necessitous and grave currents.
    But to these ideas did any purgatory
    respond? Only this one: that in a world
    where even the Memnon stones were carved in soap
    one might at any rate wash with the soap.

    After a time we talked about the War,
    about what we had done in the War, and how near
    some of us had been to being drowned, and burned,
    and shot, and how many people we knew
    who had been drowned, or burned, or shot;
    and would it have been better to have died
    in the War, the peaceful old War, where we were young?
    But the mineral peace, or paralysis, of those
    great stones, the moving stillness of the waters,
    entered our speech; the ribs and blood
    of the earth, from which all fables grow,
    established poetry and truth in us,
    so that at last one said, “I shall play cards
    until the day I die,” and another said,
    “in bourbon whisky are all the vitamins
    and minerals needed to sustain man’s life,”
    and still another, “I shall live on smoke
    until my spirit has been cured of flesh.”

    Climbing downstream again, on the way home
    to the lives we had left empty for a day,
    we noticed, as not before, how of three bridges
    not one had held the stream, which in its floods
    had twisted the girders, splintered the boards, hurled
    boulder on boulder, and had broken into rubble,
    smashed practically back to nature,
    the massive masonry of span after span
    with its indifferent rage; this was a sight
    that sobered us considerably, and kept us quiet
    both during the long drive home and after,
    till it was time to deal the cards.

    przekład Tadeusz Rybowskiego pt. „Dzień na wielkiej gałęzi”
    w temacie Metamorfozy


    The Makers

    Who can remember back to the first poets,
    The greatest ones, greater even than Orpheus?
    No one has remembered that far back
    Or now considers, among the artifacts,
    And bones and cantilevered inference
    The past is made of, those first and greatest poets,
    So lofty and disdainful of renown
    They left us not a name to know them by.

    They were the ones that in whatever tongue
    Worded the world, that were the first to say
    Star, water, stone, that said the visible
    And made it bring invisibles to view
    In wind and time and change, and in the mind
    Itself that minded the hitherto idiot world
    And spoke the speechless world and sang the towers
    Of the city into the astonished sky.

    They were the first great listeners, attuned
    To interval, relationship, and scale,
    The first to say above, beneath, beyond,
    Conjurors with love, death, sleep, with bread and wine,
    Who having uttered vanished from the world
    Leaving no memory but the marvelous
    Magical elements, the breathing shapes
    And stops of breath we build our Babels of.


    “The Makers” – czyta Hillary Clinton

    Inne wiersze Howarda Nemerova w tematach:
    Poezja kolei żelaznych, Wojna, Fantomy wyobraźniRyszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 30.03.11 o godzinie 11:48



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Co się poetom śni ...?
    15.11.2009, 08:56

    Inny wymiar

    Była młoda
    bardzo młoda ciało jej kipiało
    pożądaniem
    wszedł w nią natychmiast jakby
    w tym momencie
    właśnie to
    było najważniejsze jakby
    mogło wypełnić
    całą pustą przestrzeń nadziei
    oczekiwań i marzeń
    posłuszeństwo
    uległość jej ciała tylko to
    potwierdzały
    nie myślał o niczym i o nikim
    nawet o niej bo jej
    nie znał
    nie wiedział kim jest
    jak ma na imię
    czy jest inteligentna dobra
    wyrozumiała
    czy potrafi czule i głęboko
    kochać
    czy chce tylko pierdolić się
    na okrągło obojętnie
    z kim gdzie i w jakich konfiguracjach
    mentalna przeszłość
    ciążąca
    i nieznane jutro wyparowały
    jak pot na
    pomarszczonym ciele starca
    pozostała tylko ta
    wszechogarniająca cielesność jeden
    zmysłowy akt
    ale jakże przyjemny

    metaliczny miarowy puls przebijał się
    do świadomości
    zegar na wieży kościoła odmierzał rytm
    w innym wymiarze



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Trochę o duszy
    15.11.2009, 08:24

    Laura Riding*

    Niedziela


    Niebo duszę zbadało i z tyłu odkryło
    W duszy dziury, więcej duszy z tyłu,
    Chmury organizujące pozór myśli.

    „Droga Siostro!” wołało,
    „Raz mnie tylko pocałuj!”
    Łagodny skandal
    Dwoje jak jedno ogarnął,
    Szepcząc: „To jest raj”.

    „No, nie”, mówiły populacje
    Z łóżka przesiadając się w kapcie,
    Dziś niedziela!”

    z tomu „Collected Poems”, 1938

    tłum. z angielskiego Julia Fiedorczuk

    *notka o autorce, inne jej wiersze w wersji oryginalnej i linki
    do polskich przekładów w temacie Poezja anglojęzyczna

    Wiersz jest też w temacie Wiersze na każdy dzień tygodnia
    Ten post został edytowany przez Autora dnia 14.05.14 o godzinie 03:58



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Wiersze na każdy dzień tygodnia
    15.11.2009, 08:23

    Laura Riding*

    Niedziela


    Niebo duszę zbadało i z tyłu odkryło
    W duszy dziury, więcej duszy z tyłu,
    Chmury organizujące pozór myśli.

    „Droga Siostro!” wołało,
    „Raz mnie tylko pocałuj!”
    Łagodny skandal
    Dwoje jak jedno ogarnął,
    Szepcząc: „To jest raj”.

    „No, nie”, mówiły populacje
    Z łóżka przesiadając się w kapcie,
    Dziś niedziela!”

    z tomu „Collected Poems”, 1938

    tłum. z angielskiego Julia Fiedorczuk

    *notka o autorce, inne jej wiersze w wersji oryginalnej i linki
    do polskich przekładów w temacie Poezja anglojęzyczna

    Wiersz jest też w temacie Trochę o duszy
    Ten post został edytowany przez Autora dnia 06.04.14 o godzinie 07:19



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Śmierć
    14.11.2009, 22:12

    Małgorzata K.:
    "O śmierci"

    Śmierć jest oddechem wieczności,rozciągniętej wokół nas
    na podobieństwo muślinowej zasłony osłaniającej
    łoże z baldachimem.
    /.../

    Mnie ten wiersz przypomina w poetyce utwory Emily Dickinson, bardzo subtelne
    i przejmujące, ale miejscami może zbyt dosłowne i dlatego mogące dzisiaj kogoś
    razić swoją trywialnością. Mówiąc najkrócej, takiej poetyki już się dzisiaj nie uprawia.
    Ale czy sztuka powinna zawsze nadążać za modą? Może właśnie jej siła tkwi w tym,
    że często modom tym jest przekorna, a wiersze Emily Dickinson czy innych autorów sprzed kilku pokoleń nadal zachwycają i skłaniają do refleksji? Mnie osobiście nie razi połączenie klepsydry z piaskiem, chociaż to oczywiste. Bardziej razi mnie użyte słowo "turlająca się", które proponuję zamienić na "tocząca się". I co by tu nie powiedzieć, wiersz jest bardzo oryginalny, zwłaszcza na tle współczesnej twórczości. Pozdrawiam - RyszardRyszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 14.11.09 o godzinie 22:15



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Metamorfozy
    14.11.2009, 21:26

    Howard Nemerov

    Dzień na wielkiej gałęzi


    Na wpół jeszcze pijani, po nocy spędzonej nad kartami,
    zaskoczeni przez świt nad królami i damami pełnymi winy,
    jechaliśmy ku północy, rankiem, zwycięscy i pokonani,
    ku strumieniowi w wysokich górach, by wspiąć się
    ku miejscu, które jeden z nas znał, aby jakoś
    zrekompensować sobie straty i utrwalić stan posiadania
    poprzez stary odwieczny powrót do stanu dzikości,
    pustyni, pustego miejsca naszego wygnania,
    przynosząc z sobą tylko biblijny chleb i ser,
    i papierosy, kupione gdzieś w sklepie po drodze.
    Spodziewaliśmy się czystej, zimnej wody wśród kamieni,
    która pomoże nam zapomnieć lub zapamiętać.
    A chociaż nikt z nas nie wypowiedział nawet słowa o odkupieniu,
    snuły się jakieś myśli o czyśćcu
    w tych wszystkich obolałych głowach i starzejących się sercach,
    gdy wspinaliśmy się po gigantycznych schodach strumienia,
    docierając na miejsce koło południa.

    Było tak, jak nam obiecano, cudownie: granitowe ściany
    obramowywały półki skalne, długie i płaskie, z wapienia
    lub płynnej lawy; z tych półek
    woda, szybka i cicha, wylewała swe żółte i zielone światło,
    płynąc ponad zwalonymi blokami podłoża, spadała w pianie
    kryształu w ciszę, gdzie świetlisty nurt
    cętkował rafy spoczywające w słońcu; wielkie
    niebieskie ważki szybowały i wirowały wkoło,
    i znów wracały w niskim wietrze nad strumieniem,
    strząsając płatki światła ze swych jasnych skrzydeł.
    To było naprawdę to, czego oczekiwaliśmy.
    To była natura, chociaż tak bardzo przypominała obraz
    ze swoimi fortecznymi murami i gładkimi ławami
    jak w jakiejś poczekalni skamieniałej stacji kolejowej.
    Myśmy jednak wierzyli naturze i ten fakt
    uczynił z tego miejsca raj
    dla zrujnowanych pokerzystów, wygranych i przegranych.
    Nadzy, kąpaliśmy się w wodzie i leżeliśmy na skałach
    jak dyszące pstrągi (woda, jaką piły,
    czyniła je pijanymi ponownie), paliliśmy papierosy
    i czekaliśmy, aż Natura powie swoje ostatnie słowo
    - jak gdyby te kamienie były kamieniami Memnona,
    i umiały – przy właściwym świetle – śpiewać.

    Cisza (a nawet hałas wody był ciszą)
    nabrzmiewała; tak, ten właśnie zwrot to oddaje,
    nabrzmiewała, lecz nic się nie stało.
    Góra nawet nie zrodziła myszy, a skały
    zupełnie niepodobne do skał, których mogłeś się spodziewać
    na zboczach czyśćca lub w pobliżu Helikonu
    - złagodniałe od śpiewu muz, mało odporne -
    były skałami współczesnej Ameryki, twardymi jak skała.
    Nasze kruche kości trzeszczały, a ciała nasze,
    spieczone z jednej strony, dygotały z drugiej.
    Każdy z nas rozmyślał z goryczą o prymitywnej prostocie
    i dekadencji, o tym, jak zniszczyła go cywilizacja
    i jak zmuszały go okoliczności
    do palenia, picia i całonocnego siedzenia
    - do wpatrywania się w te doskonale arbitralne karty,
    dopóki nie przypominał pstrąga rzuconego ze skały.
    Na nic mu były doktryny Jean Jasques Rousseau
    i nie mógł sobie pozwolić na życie w dzikości
    szlachetne lub nie; niektórzy z nas już nigdy
    by nie tknęli wystrzępionego egzemplarza „Waldena”.

    A jednak
    woda, światło słoneczne i wiatr
    coś sprawiły: nawet te ważki
    coś uczyniły w tych mózgach, pełnych numerów
    telefonicznych i napięć; w tych ciałach, które
    teraz wypacały z jednej strony whisky, a z drugiej marzły.
    A skały, stare i zmurszałe głazy,
    które tworzyły gigantyczne schody strumyka,
    prowokowały (znów) do myśli o czyśćcu,
    myśli o pokorze, cierpliwości i konieczności
    znoszenia tego, co znosić trzeba
    - myśli o wygrywaniu, przegrywaniu i remisie.
    Myśli o znoszeniu różnej pogody,
    o erozji, rozproszeniu lub wręcz starciu
    na drobny pył przez przytłaczające i
    nieuchronne prądy wodne.
    Czy myślom tym odpowiadał jakiś
    czyściec? Tylko sen: że w świecie,
    w którym nawet kamienie Memnona rzeźbione były w mydle,
    należałoby się tym mydłem przynajmniej myć.

    Po jakimś czasie zaczęliśmy mówić o wojnie,
    o tym, co w czasie wojny zdziałaliśmy i jak blisko
    niektórzy z nas byli utonięcia lub spalenia lub
    rozstrzelania i o tym, jak wielu ludzi, których znaliśmy,
    utonęło, zostało spalonych lub rozstrzelanych,
    a także o tym, czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy zginęli
    w wojnie, starej dobrej wojnie, kiedy jeszcze byliśmy młodzi.
    Ale mineralny spokój czy paraliż tych
    wielkich kamieni, wzruszająca cisza wody
    wtargnęła do naszych rozmów; kości i krew
    ziemi, w której wyrastają wszelkie podania,
    ustaliły w nas poezję i prawdę, tak że w końcu
    jeden z nas powiedział: „będę grał w karty
    do śmierci”, a inny rzekł:
    „w whisky są wszystkie witaminy
    i minerały konieczne do podtrzymania życia”,
    a jeszcze jeden dodał: „będę palił dotąd,
    aż duch opuści me ciało”.

    Wędrując w dół strumienia, w drodze do domu
    - do egzystencji, porzuconej na jeden dzień,
    zauważyliśmy, jak nigdy przedtem, jak z trzech mostów
    żaden nie był w stanie ujarzmić strumienia, którego fale
    powykrzywiały dźwigary, strzaskały belki i rzucając
    głaz za głazem, rozbiły na miazgę i
    doprowadziły do stanu naturalnego
    masywną konstrukcję przęsło za przęsłem,
    bijąc w nie z obojętną wściekłością; był to widok,
    który ogromnie nas otrzeźwił. Milczeliśmy
    podczas długiej jazdy do domu i później,
    do chwili, kiedy znów rozdaliśmy karty.

    tłum. Jan Rybowski

    w wersji oryginalnej pt. "A Day on the Big Branch"
    w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 15.11.09 o godzinie 12:04



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Zaśpiewam ci pieśń
    14.11.2009, 13:29

    Howard Nemerov

    Siedem makabrycznych pieśni


    dedykuję Louisowi Calabro

    1. Sen

    Ziemia falowała jak morze
    Z wysiłkiem Zmarli usiłowali
    wyzwolić się z mych pragnień W jednym łóżku
    bóg i dziewica
    szamotali się bezsensownie
    Spałem lecz niespokojnie
    pożądając tego o czym śniłem i widziałem
    pod pustynią prawa

    2

    Policjant uśmiechał się nikle
    miał sztuczną szczękę

    Pielęgniarka miała włosy koloru marchwi
    Przy skórze widać było czerń

    Oko doktora przerażało mnie
    było zrobione ze szkła

    Ksiądz miał jasne włosy gdy klęczał
    Widziałem przedziałek i czułem woń brylantyny

    Śmierć wyzierała mi oczu
    gdy ich rozpoznawałem

    3. Z ostatniego snu umierającej osiemdziesięcioletniej kobiety
    (por. Ella Freeman Sharpe, Dream Analysis)

    Nie chciałem już cierpieć dłużej
    ani odczuwać bólu
    Ubiegłej nocy śniło mi się że mogłam
    widzieć moje choroby w sobie
    jak wzbierały we mnie każda z nich była jak róża
    Widziałam jak te wszystkie róże
    zostały posadzone i znów wyrastały
    z mojego bólu

    4

    Pod skórką chleba
    Za drzwiami na poddaszu
    Wewnątrz aparatu fotograficznego
    lub tuby katody
    Muszę –
    (W lodówce
    pod przykrywką wlotu
    gdzie rumsztyk i kochanek
    duszą się z braku powietrza) Tam
    muszę – (pod dywanem
    za arrasem zakopany
    pod podłogą piwnicy)
    Chociaż nie ma tam nic
    poza prochem
    - Muszę

    5. Żona Sinobrodego

    Mój mąż Sinobrody ma niebieską brodę
    Słyszałam tę historię już kiedyś Jest noc
    w pałacu a Minotaur
    nasz stróż pali papierosa w piwnicy
    siedząc samotnie wśród łajna kości i niedopałków
    Przychodzą doń nadzy chłopcy ateńscy i dziewice
    Mamusie i tatusiowie kurczą się we śnie
    a broda Sinobrodego zasłania mały pokój
    do którego nigdy nie pozwolono mi wchodzić
    (Mężu już idę) Jedyna okazja
    by złapać go za brodę i otworzyć drzwi
    za którymi leżą ateńscy młodzieńcy,
    by znaleźć jego duszę jeśli ją posiada
    i rozbić ją jak jajko

    6

    Nie wolno iść dalej
    Ciemność stoi ścianą
    zbryzganą krwią

    Oto i wrota Herkulesa
    Nie przejdziesz znowu
    między tymi ogromnymi kolanami

    Na otwarcie wody Atlantyku
    do błogosławionej góry
    Żaden syn ni córka nie ośmielą się

    Stanąć z nie zasłoniętymi oczami
    przed zakrwawioną czarną ścianą morza
    przed otwierającymi się wodami

    7

    Moja śmierć z gwoździem w stopie
    przyszła wlokąc się po ziemi
    Zamiast laski miała długi ząb
    i spuszczone oczy

    Promień słońca przeszył jej ciało na wylot
    smugą cienia Wisząc
    w cieniu piersi
    śpiewał przycupnięty wróbel

    Moja chroma śmierć dla mnie nosi
    (gdy żyjemy życie jest długie)
    ten ząb i gwóźdź a dla mego serca
    słodko pulsującą pieśń

    tłum. Tadeusz Rybowski

    w wersji oryginalnej pt. "Seven Macabre Songs"
    w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 15.11.09 o godzinie 12:02



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Wojna
    14.11.2009, 12:25

    Howard Nemerov*

    Zmiana sytuacji


    Mówią, że wojna się skończyła. Ale nadal
    z kurków cieknie woda krwawa, a mój ulubiony kot
    wymiotuje robakami, które szybko uciekają. Może
    opuszczą dom. Robaki te są białe, nakrapiane
    kropelkami krwi kota.

    Może i wojna się skończyła. Znam kogoś,
    kto przechowuje przyjemną pamiątkę z wojny, niebieskie
    źrenice żołnierza, który poległ. Znalazł
    je gdzieś. Twarde jak kreda, niebieskie jak płytka do pisania.
    Grzechocze nimi w kieszeni w czasie rozmowy.

    Teraz mamy karaluchy w domu,
    upijają się lekko DDT,
    są szybkie, ruchliwe, zwinne. Można je utopić,
    ale trzeba je trzymać pod wodą przez dłuższy czas.
    Mówią, że odmiana meksykańska nawet potrafi latać.

    Koniec wojny. Przyjąłem go ze spokojem.
    Usiłowałem zmyć brud z włosów i spod paznokci.
    Włożyłem czystą, białą bieliznę
    i położyłem się spać.
    Słyszałem, jak kurz osypywał się ze ścian.

    tłum. Tadeusz Rybowski

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki
    w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 15.11.09 o godzinie 12:06



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Poezja kolei żelaznych
    14.11.2009, 11:51

    Howard Nemerov*

    W drodze na Święta


    Nasz pociąg czekał przez godzinę w Troi
    zmieniano mu lokomotywę Znaki świetlne okna
    Kwiaty migały gwałtownie Oczy starające się nie płakać
    Ośnieżone kamienie ciemny kwadrat stacji i miasto
    odpływające w dal przygnębiały mnie
    gdy jechałem do domu na Święta
    Kiedy byłem chłopcem fascynowała mnie
    tajemnica torów kolejowych
    widziana z zewnątrz Ponad wodą wzdłuż brzegu
    toczyły się żelazne koła
    cały dzień dudniąc Znikały długie pociągi
    w tunelu pod Mundy Hill
    Godzinami obserwowałem w zimowym zmierzchu
    oświecone wagony sypialne jak pięły się w górę
    by zniknąć w ciemnej czeluści (marzyłem
    że ujrzę kiedyś nagą kobietę ale to nie nastąpiło)
    Czarna lokomotywa jadąca w przeciwnym kierunku
    wyrzucała dym w górę z czarnego otworu
    Uwolniony dym unosił się
    w cichym powietrzu i wisiał tam biały i trwały
    jak galopujący marmur Gwizd lokomotywy
    wypowiadał mękę pokonywanej przestrzeni
    Nigdy tam nie pojadę
    Wszystkie miasta były Trojami
    Żelazny koń przerywający się przez mur niósł
    skarby Priama i Heleny O Grecy
    Worek świętego Mikołaja był głęboki i czarny
    wewnątrz Zadymiony i bez otworu jak spirala
    czarna plama za Orionem tam gdzie czas
    i przestrzeń krzyżują się Miasto neonów płonie
    i Chrystus rodzi się znowu Gwiazdy spadają z kół pociągu
    Koła te opukuje teraz młotkiem
    człowiek pod moim oknem Dym jego oddechu
    unosi się za szybą i zaciemnia mrozem
    widok Troi jednej ze stacji na drodze
    która jest wszystkimi miastami wszystkimi neonami
    gwiazdami planetami meteorami i znakami świetlnymi
    Pociąg wolno rusza Jedzie przez ulicę Między wysokimi
    Murami Przez podwórka czynszowych kamienic
    gdzie dzieci patrzą jak jadę do domu na Święta

    Jutro wieczorem przystroimy choinkę
    kulami światła gwiazdami słodkim śniegiem
    i łańcuchami lodu Będziemy śpiewali stare kolędy
    pod choinką jak w czasach dzieciństwa
    A rodzice pod drzewkiem umieszczą różne dobre rzeczy
    Skarby Priama i Heleny
    Tak wiele przedmiotów których nie zdążysz użyć
    Te wszystkie krawaty łańcuszki do zegarków
    Koszule nocne pióra
    Widome znaki tego że się Pan narodził
    Co w najciemniejszej godzinie roku
    zapala planety wiecznie zielonymi drzewkami
    na których ma wkrótce sam zawisnąć
    O Greku niosący dary
    W miarę jak pociąg przyspiesza i Troja rozpływa się
    wśród sennych ruder i nie zabudowanych placów
    i hałd ośnieżonego węgla widzę twój uśmiech
    odbity na szybie gwałtownie ruszającego pociągu
    Trwały na poruszającym się ekranie

    tłum. Tadeusz Rybowski

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki
    w temacie Poezja anglojęzyczna
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 15.11.09 o godzinie 12:05



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie A mnie jest szkoda słomianych strzech
    13.11.2009, 22:17

    Antonio Machado*

    Listopad 1913


    O rok więcej. Siewca w polu
    sypie ziarno w bruzd ziemi.
    Dwa powolne woły orzą
    i obłoki popielate
    cień rzucają na dolinę,
    na uprawne gleby bure,
    na oliwki szare. Dalej
    rzeka zmętniała. Cazorla
    pod śniegiem. Nad Maginą
    burza. Azmatin w czapei
    chmur. I w słońcu ku Grenadzie,
    słoneczne głazy gór.

    tłum. Artur Międzyrzecki

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki
    w temacie Poezja iberyjska i iberoamerykańska



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Wspomnienia
    13.11.2009, 22:06

    Antonio Machado*

    Wspomnienie dzieciństwa


    Zimowe i zamglone
    godziny. Chłopcy senni
    uczą się. O monotonie
    deszczu zza szyb okiennych!

    To klasa. Na kartonie
    Kaina wyobrażono
    w ucieczce – i po zgonie
    Abla z plamą czerwoną.

    Mdłym głosem podniesionym
    grzmi nauczyciel nad nami,
    staruszek z książką w dłoni,
    kościsty i źle ubrany.

    Chór uczniów śpiewa lekcję
    I z wielu dobiega stron:
    Mil veces ciento, cien mil,
    Mil veces mil, un millón.

    Zimowe i zamglone
    godziny. Chłopcy senni
    uczą się. O monotonie
    deszczu zza szyb okiennych!

    tłum. Artur Międzyrzecki

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki
    w temacie Poezja iberyjska i iberoamerykańska



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Co się poetom śni ...?
    13.11.2009, 21:49

    Antonio Machado*

    Na samym progu snu...


    Na samym progu snu zawołano do mnie.
    Był to drogi głos, głos wielbiony.

    - Powiedz: pójdziesz ze mną by ujrzeć duszę?...
    Czułe tchnienie przewiało mi serce.

    - Z tobą zawsze... I podążyłem w śnie
    pustym i długim korytarzem
    czując dotknięcie nieskalanej sukni
    i łagodne drżenie sprzyjającej mi dłoni.

    tłum. Artur Międzyrzecki

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki
    w temacie Poezja iberyjska i iberoamerykańska



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Przemoc w majestacie prawa
    13.11.2009, 21:33

    Antonio Machado*

    Przestępca


    Oskarżony jest bladym młodzieńcem
    Z oczami błyszczącymi surowo
    kłócą się jego rysy dziecięce
    i pobożna łagodność postawy.

    Dało mu seminarium ciemne
    skromny sposób bycia i nawyk
    spoglądania w brewiarz lub na ziemię

    Marii ofiarowany,
    matce grzeszników ubogich,
    był już przed pierwszymi święceniami,
    gdy w Burgos zdał egzamin z teologii.

    Popełnił wielką zbrodnię. Przesycony
    świeckimi i boskimi tekstami,
    pewnego dnia uznał za stracony
    czas nad łacińskimi korektami.

    Zauroczył się piękną dziewczyną;
    Miłość mu do głowy uderzyła
    Jak mieniące się złotem wino,
    I natura dzika w nim odżyła.

    Śnili mu się rodzice – gospodarze
    średnio zamożni – przy ognisku
    ujrzał ich ogorzałe twarze
    w purpurowym płomieni rozbłysku.

    Pragnął schedy. O, orzechy i wiśnie
    ciemnistego sadu w zieleni,
    o, kłosy zboża złociste,
    którymi się spichlerz wypełni!

    Wspomniał siekierę, która w domu starym
    wisiała lśniąca i wyostrzona,
    siekierę, co dębowe konary
    rozcinała na równe bierwiona.

    ......................................................................

    Przed oskarżonym sędziowie w zniszczonych
    togach swych żałobniczych,
    i szpaler czarnych brwi zasępionych
    i plebejskich twarzy: ławnicy.

    Peroruje adwokat obrony,
    ręką w pulpit uderza w niezgodzie,
    pisarz piórem po papierze wodzi,
    prokurator słucha niewzruszony
    i gdy oracja dzwoni złotousta,
    akta wertuje strona po stronie
    albo palcami szkło przejrzyste muska
    okularów w oprawie złoconej.

    Woźny mówi: „nie ma litości nad nim”.
    Młody kruk na swą nadzieję jest zdany.
    Lud pragnie stryczka i nieubłagany
    sąd sposobi wyrok swój przykładny.

    tłum. Artur Międzyrzecki

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki
    w temacie Poezja iberyjska i iberoamerykańska
    Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 13.11.09 o godzinie 21:34



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Dziecko jest chodzącym cudem, jedynym, wyjątkowym i...
    13.11.2009, 20:46

    Antonio Machado*

    Śmierć rannego dziecka


    Noc. gorączka. Zlatują się majaki
    ku owiniętej bandażami głowie
    rannego dziecka. Mamo, żółte ptaki!
    Mamo, motyle czarne i różowe!

    - Śpij , synku. – I ściska mu piąstkę matka
    obok łóżka. Ach, kwiatów z ognia grzędy!
    Kto was zmrozi, kwiaty o krwawych płatkach!
    Roznosi się w sypialni woń lawendy,

    księżyc przystanął nad ciemnością domów,
    bielą na wieżach zabłysnął i cyną,
    szum samolotu słychać z nieboskłonu.

    - Czy zasnąłeś? Kwiecie mej krwi! Dziecino!
    Zabrzęczały głośniej szyby balkonu,
    O, zimno, zimno, zimno, zimno, zimno!

    tłum. Artur Międzyrzecki

    *notka o autorze, inne jego wiersze i linki
    w temacie Poezja iberyjska i iberoamerykańska



    Zgłoś | Cytuj

  • Ryszard Mierzejewski
    Wpis na grupie Ludzie wiersze piszą... w temacie Magia kina
    13.11.2009, 15:52

    Seans kinowy

    Stare kino nieczynne od lat
    symbol nieuchronnych przemian
    kiedyś chluba
    miasteczka miejsce rytualnych
    spacerów
    całych rodzin po niedzielnej mszy
    schadzek zakochanych
    spotkań dojrzewającej młodzieży
    ucieczki samotnych

    Pełna wyśnionych marzeń
    i uroku latarnia
    czarnoksiężnika zapalana
    za niewielką opłatą
    dla wszystkich po równo aby
    choć przez chwilę mogli
    popatrzeć na
    inny świat oderwać się od ziemi
    poszybować za
    swoimi skrywanymi marzeniami

    Uwięzione
    w niszczejącym budynku senne
    fantomy przykute
    łańcuchem czasu do krzeseł
    na pustej widowni
    oglądają przez ścianę od wewnątrz
    najnowszy film
    o życiu uśpionego miasteczka


    Obrazek
    Kino "Słońce" w Pieszycach, nieczynne od 20 lat, fot. Ryszard MierzejewskiTen post został edytowany przez Autora dnia 20.06.13 o godzinie 05:48



    Zgłoś | Cytuj

Wyślij zaproszenie do