Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: "Poeci przeklęci"

”Poeci przeklęci” (franc. „poètes maudits”) to termin wprowadzony do krytyki literackiej w XIX wieku przez wybitnego poetę Paula Verlaine’a. Tym mianem zwykło się określać twórców szczególnie niepokornych, zbuntowanych, skłóconych ze światem, którzy manifestowali swoją odrębność zarówno w swojej twórczości, jak i w stylu życia. Negowali przyjęte wzory zachowań i wartości, deptali świętości, epatowali otoczenie swoją odmiennością, byli często uzależnieni od alkoholu i narkotyków, wyzwoleni seksualnie, nieprzystosowani do otoczenia, zmagali się samotnie ze swoimi problemami, cierpieli na depresję, owładnięci manią samobójczą i często tak właśnie kończyli swoje życie. Za pierwowzór poety przeklętego przyjęło się uważać francuskiego poetę średniowiecza Francoisa Villona, a do jego kontynuatorów zalicza m. in. we Francji: Charlesa Baudelaire'a, Arthura Rimbauda, Paula Verlaine'a, Stéphane'a Mallarmégo, Comte'a de Lautréamonta, Maxa Jacoba; w Wielkiej Brytanii: Williama Blake'a, Johna Keatsa, Dylana Thomasa; w Stanach Zjednoczonych: Edgara Allana Poe, Charlesa Bukowskiego, Sylvię Plath, Annę Sexton, Jima Morrisona; w Rosji: Aleksandra Błoka, Sergiusza Jesienina, Marynę Cwietajewę; w Polsce: Stanisława Przybyszewskiego, Andrzeja Bursę, Mariana Ośniałowskiego, Edwarda Stachurę, Wincentego "Witka" Różańskiego, Andrzeja Babińskiego, Stanisława Grochowiaka, Ryszarda Milczewskiego-Brunę, Rafała Wojaczka.
Chciałbym jednak zacząć ten wątek od innego, prawie zupełnie zapomnianego polskiego poety, którego zarówno życie, jak i twórczość wpisują się niemal dokładnie w schemat „poety przeklętego”.



Obrazek
Kazimierz Ratoń (1942-1983) – urodził się w Sosnowcu, kiedy miał 9 lat jego ojciec zmarł na gruźlicę, fakt ten odbił się piętnem na całym życiu poety, którego więź z ojcem była szczególnie mocna, w odróżnieniu od uczuć do matki i siostry, których nie akceptował. To było głównym powodem wczesnego opuszczenia domu rodzinnego i samotności, z którą nie umiał sobie poradzić. Kiedy miał 11 lat zachorował na gruźlicę kości, życie jego zamieniło się
w koszmar zarówno z powodu fizycznego cierpienia, jak i poczucia osamotnienia oraz depresji, która z czasem doprowadziła do choroby psychicznej. Po ukończeniu szkoły podstawowej uczył się w Liceum Ogólnokształcącym w Żywcu, Technikum Materiałów Wiążących w Opolu i Technikum Włókienniczym w Bielsku. Gruźlica stopniowo atakowała jego ciało: staw kolanowy, w wyniku czego kulał do końca życia, potem płuca i pod koniec życia – mózg. Częste pobyty w szpitalach i sanatoriach oraz zmiany szkół potęgowały jego osamotnienie. Cierpienie próbował „leczyć” alkoholem, co doprowadziło tylko do uzależnienia, epilepsji i schizofrenii. Był owładnięty manią samobójstwa, o czym pisał często w swoich wierszach, podobnie jak o cierpieniu i śmierci. Nie popełnił jednak samobójstwa, zmarł śmiercią naturalną w wieku 41 lat, 7 stycznia 1983 roku, ale jego zwłoki odnaleziono dopiero po tygodniu. Pochowany został w Wólce Węglowej na koszt opieki społecznej.
W pierwszą rocznicę śmierci ukazał się numer monograficzny miesięcznika „Poezja” (nr 1/1984), poświęcony jego twórczości. Za życia wydał jedynie arkusz poetycki „Pieśni północne” (1973) i tomik „Gdziekolwiek pójdę” (1974) – wyróżniony w 1975 roku nagrodą Roberta Gravesa, przyznawaną przez polski PEN-Club. Po śmierci ukazały się: Pieśni ocalone. Wyd. Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 1992 i Poezje. Wyd. Oficyna 21, Warszawa 2002. Wybór jego wierszy jest też w monografii Jana Marxa: Legendarni i tragiczni. Eseje o polskich poetach przeklętych. Wyd. ALFA, Warszawa 1993.

Kazimierz Ratoń

* * *


Jestem ślepy jestem osaczony
przez istnienie i nieistnienie Boga
przez nienawiść i miłość do Boga
przez szyderstwo z Boga
przez litość dla człowieka
przez cierpienie człowieka

Jestem ślepy i osaczony
nie myślę o życiu
myślę o śmierci
nie myślę o rozkoszy
myślę o bólu
jestem przerażony
tym że istnieję
tym że istnieć nie będę
jeszcze czekam
jeszcze na coś czekam
czekam na miłość i nienawiść
czekam na ludzki szloch
świat objawia się w płaczu
świat objawia się w rozpaczy
tylko ona może mieć jeszcze znaczenie
gdy chroni nas przed obłędem
przygotowuje do spokoju w chwili agonii

Jestem ślepy i osaczony
leżę w ciemnej studni
czekając na płacz
na trwogę wszystkich rzeczy

Chory krajobraz

Chory krajobraz wznosi się obok ciebie
rozpuszczony w ślinie ropie i krwi
w wydzielinie z wielu ciał i rzeczy
złączonych cierpieniem i litością
złączonych do śmierci konwulsją trwogi

Paruje gorączka i płynie coraz wyżej
jest tylko noc tylko noc bez końca
w której nie słychać nawet twojego płaczu
tylko to pękanie zmęczonego ciała

z arkusza „Pieśni północne”, 1973

* * *

Gdzie są świadkowie mojego istnienia
Gdzie są sędziowie i kaci
Gdzie jest Bóg
Gdzie są ci którzy oglądają absurdalny taniec mego życia
Taniec zbłąkanego który stracił wiarę
Taniec mordercy spragnionego czystości
Taniec zadręczonego winą i litością
Taniec buntownika
Rzucającego wokół przekleństwa i rozgrzeszenia
Taniec błazna który uwielbił swoje błazeństwa
Uwielbił samobiczowanie i gwałt
Kiedy odebrano mu gniewna twarz Boga
Wepchniętego w studnię wypełnioną nadzieją i trwogą
By w niej poczuł jak cuchnie jego ciało
Jak cuchną wszystkie rzeczy i krwawią
Jak czernieje niebo po amputacji świtu
Jak rozprasza się myśl i uczucia
W studni podmywanej śmiertelnymi źródłami
Gdzie są świadkowie mojego istnienia
Gdzie są sędziowie i kaci
I gdzie jest Bóg

* * *

Zatrzymajcie mnie na drodze do śmierci
wznieście na niej zasieki z ognia i nieznanych betonów
obniżcie horyzont bym mógł ujrzeć jego krańce
zasłońcie radość słońca i niewinność traw
wykopcie dół o niewidocznym dnie
uczyńcie wszystko bym musiał stanąć i oślepnąć
uczyńcie wszystko bym mógł zapomnieć
zatrzymajcie mnie na drodze do śmierci

Gdziekolwiek pójdę

Gdziekolwiek stąd pójdę to pójdę o północy
Z ciałem rozwartym na przepływ cierpienia
Z duszą która tylko doświadczała bólu

Gdziekolwiek potem stanę to stanę oniemiały
Z sercem rozwartym na przepływ współczucia
Z gardłem które tylko doświadczało krwi

Gdziekolwiek dalej jeszcze pójdę o północy
Pójdę do śmierci nie do źródeł złotych
Uchodząc z siebie uchodząc z chaosu.

z tomu „Gdziekolwiek pójdę”, 1974

* * *

Lecz nim agonia doścignie mej męki
aby zakończyć absurdalny los
jeszcze usłyszę nienawistny głos
co niczym sędzia policzy me grzechy
występki wszelkie i skrywaną dobroć
którą ze wstydem ukazałem światu
jakbym truciznę chciał pokazać bratu
którego mieć nie miałem, mieć nie będę wcale
nawet gdy na zawsze spocznę w śmierci chwale

* * *

Po co mam mówić gdy milczenie więcej
wyrazić może i bliższe jest bytu
tego co z krwi poczęty i z długiego snu
przerywanego trwogą i nadzieją świateł

Po co mam pójść gdziekolwiek gdy śmierć
wznosi mury przez które przejść
nie zdoła zwierzę ani człowiek
bo taka trwałość tych wiernych budowli

Po co mam umrzeć gdy zbyt gorzkie
życie skuło me ciało i zraniona duszę
Po co mam ginąć gdy słodycz marzenia
bywa silniejszą od woli konania.

z wierszy rozproszonych

Inne wiersze Kazimierza Ratonia w tematach: Ogród przedziwny, Ciało mojego ciała,
Wędrówką życie jest człowieka, Ból, Nadzieja, Gdy otworzysz oczy..., Oczekiwanie,
Wiersze na różne pory dnia, Śmierć, W głąb siebie... ("Szaleństwo i geniusz"),
Motyw twarzy, Kobiecy portret, Poezja kawiarń i pubów, Turpizm, Głosy i dźwięki,
szepty i krzyki
.
Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 27.01.13 o godzinie 12:36
17.06.2010, 01:07
Michał

Michał M. powoli zmierzam do
celu

Temat: "Poeci przeklęci"

Ryszardzie! Świetny pomysł na odrębny temat. Rozpoczynasz od poety, którego dziś naprawdę niewielu pamięta. "Poeci przeklęci" za wszelką cenę chcieli szokować. Ich bunt przeciw wszelkim ograniczeniom brał się z przekonania, że świat ich nie rozumie, często ich poezja jest rodzajem autoterapii. Paradoks "poetów przeklętych" polegał na tym, że kochali życie nad wszystko,
a jednocześnie je przeklinali.
pozdrawiam - MichałMichał M. edytował(a) ten post dnia 17.06.10 o godzinie 08:50
17.06.2010, 08:49
Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: "Poeci przeklęci"

Dziękuję, Michale, za aprobatę pomysłu na temat. Mam nadzieję, że zainteresuje on szersze
grono osób, które nie poprzestaną tylko na biernej lekturze, ale będą też go rozwijać.
Pozdrawiam - RyszardRyszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 17.06.10 o godzinie 15:04
17.06.2010, 15:04

konto usunięte

Temat: "Poeci przeklęci"


Obrazek
Ryszard Milczewski-Bruno (1940-1979) – urodził się na wsi koło Grudziądza. Ukończył technikum rolnicze w Grudziądzu, studiował na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Debiutował
w 1958 roku wierszem „Starość dłoni” w tygodniku „Orka”. Pisał reportaże do "Faktów"
z zamiarem wydania ich w przyszłości w postaci tomu „Waga lita ciepła”. Aby się utrzymać, podejmował różne prace zarobkowe: fermentatora w wytwórni tytoniu, agronoma, ogrodnika, instruktora poradnictwa żywieniowego w mleczarni, klasyfikator żywca
w zakładach mięsnych, pracownika cukrowni, animatora pracy kulturalno-oświatowej. Debiutem książkowym był jego tomik wierszy „Brzegiem słońca”, za który otrzymał dwie nagrody: im. Tadeusza Peipera, przyznawaną przez "Ugrupowanie literackie 66" we Wrocławiu oraz miesięcznika "Poezja" za najlepszy zbiór wierszy roku 1971. Ponadto wydał: „Poboki” (1971), „Dopokąt” (1972), „Podwójna należność” (1972 – uhonorowany również nagrodą im. Tadeusza Peipera oraz nagrodą im. Stanisława Piętaka), „Jesteś dla mnie taka umarła” (1974), „Nie ma zegarów” (1978). Był przyjacielem Edwarda Stauchury. 17 maja 1979 roku, w wieku 39 lat, popełnił samobójstwo, utopił się w jeziorze w Nowej Wsi Szlacheckiej. Zaliczany jest do ścisłej czołówki polskich „poetów przeklętych”. Po jego śmierci ukazały się: „Poezje wybrane (1981), „Gwizdy w obecność” (1982), „Jak już, to już” (1983), „Poezja, proza, listy” (1989), „Mamo przyszedłem straszyć” (2002).

Dziedzictwo

Edwardowi Stachurze

Trynko żyło moja i dziedzictwo
Tu worek królików mlecz i gorgula
Kopniak we mnie: nie róża
Śmieją się murarze ciszy w morwach
A we mnie tak mokro i muzycznie straszno
Że żyłować teraz tylko mi te wiersze
Aby się rozbudzić i w deski dostać:
W trumnę albo do ogrodu - -
Posłusznie się urodziłem bo z pępkiem
Akuszerka to przyzna choć dawno umarła
Na Twoje ręce będę składał zdania moje zbrzeżne
W Tarpnie kędy zacny Villon lży w pokrzywach
Gdy wino pęka w ustach białym jabłkiem

z tomu „Poboki”, 1971

Gdzie tu zapłakać

Jerzemu Lisowskiemu

Dni moje - widzę - policzone
Za mostem - liczydła - znak to
Przed-zaduszny? - ogromniaste wieże
Wyższe niż ciśnień - a wszerz?
Biegunami - od do - polarne - -
Zsumowane dni - podzielone noce
Gówniarz komputer - na czatach
Na wale - jego ten cholerny zgryz - -
Zły to omen dla podróżnego poety
Którego już nic bawi i nic dziwi -
Muza własna nawet - chyżowłosa
W której obliczyli kamień -
Nie piernat - a gdzie jego skowronki - -
Widzę - udar - rzeszoto nierdzewne
I dookolnie - ludzi - omotanych w blachy - -
Poeta wejdzie w ziemię - nie na słońce
Zobaczcie jaka łuna bije od liczydeł - -
Żywego listka... - i gdzie tu zapłakać - -

z tomu "Poboki", 1971

Przyszedłem straszyć

Mamo przyszedłem straszyć
W ciemno jakoś trudno się zawłóczyć
A w nowych butach stopy cierpną
W winogrady mieliście ustroić dom
A wy ubranie mi nowe krawat w paski
Oraz tę trumnę dziwną bo z judaszem
W wieku i kwiatem za głową -
A trzeba było wykończyć podłogę w kuchni:
Deski od kilku lat przepija ojciec w szynku - -
Bo u mnie morowo i dostojnie
Nie ma zegarów nikt się nie spieszy
Tylko pan Leśmian jest to go znów nie ma
Jakby na złość poszedł dusiołki płoszyć - -
Że trudno się jakoś zawłóczyć w ciemno
Więc przyszedłem mamo straszyć

z tomu "Poboki", 1971

wiersz jest też w temacie Bohema, cyganeria artystyczna


Gdzieś w nas

(piosenka)

Gdzieś w nas błyszczą gwiazdy poezji
Gdzieś w nas niosą krzyże Polonii
Gdzieś w nas kwilą buty północy
Gdzieś w nas kłują włócznie cmentarzy

Gdzieś w nas mącą kaci w strumieniach
Gdzieś w nas piszą donosy na życie
Gdzieś w nas pieją prawdy na rusztach
Gdzieś w nas płaczą baby niesyte

Gdzieś w nas stroją namioty cyrkowcy
Gdzieś w nas płoszą dzieci jaskółki
Gdzieś w nas pieją prawdy na rusztach
Gdzieś w nas płaczą baby niesyte

Gdzieś w nas stroją namioty cyrku
Gdzieś w nas płoszą dzieci jaskółki
Gdzieś w nas grają karty płomieni
Gdzieś w nas czują zwierzęta człowieka

Gdzieś w nas tańczą stróżów strachy
Gdzieś w nas jadą bogowie wolni
Gdzieś w nas piją wodzowie klęski
Gdzieś w nas śpią ludzie niezłomni.

z tomu "Podwójna należność", 1972

wiersz jest też w temacie Bohema, cyganeria artystyczna



Nocna w sierpniu rozmowa z Cendrarsem

Tak - to ta cholerna zazdrość
Mnie tylko Polska i ileś tam mil wyobraźni
Ciuła się ale na te nogi chyże i wszędobylskie
Po peryferiach: za uszy i trzonki - rozładowuję wagony
Młotków i kręconych baranów - -
I wali się ten orion na nasze głowy z najwyższej góry
Tobie na "kształt ręki" - mnie na przekleństwo Sądu
Za gówniany dystych i zaklejony plakatami świat
Liczy się jeszcze kubek żytniówki i w zaroślach kurz
Kości po konwojentach - zawiasy po organach
I to echo głuche jak huba babci z Niewieścina
Jak uciec z tej zazdrości - zdrowego tego myślenia
Kiedy król na mnie tupie a ja mu tylko samicę dopuszczam - -
Tak - w tę dal - a oczy zdarte i podeszwy pieką
I żeby choć jakiś szczyt - a to Toruń z Kopernikiem tylko
Kręci się ten świat wokół ciebie - a ty? - toś ten od domu klucz
Siedzisz przed telewizorem - oglądasz pierwszy człowieka na księżycu krok
A mnie zbrodnia - inkasent za światło i gaz
Ja mu drzwi - a on do mnie: nie bądź pan taki penderecki!
Albo przyjaciółka: kosztuje dzisiaj złotego - a wczoraj zawiadowca stacji
Józef - za zdradę - podpalił swoje serce sztormową zapałką - -
To już nie orion ale cynadra śmierdzącej maści
Psy - kiedyś wielcy tacy romantycy - miast wierszy w oczach
Roznoszą po ulicach plamisty swąd - to chyba z braku ogonów
Człowiekowi ręki podać nie warto a odwrócić się do niego plecami niebezpiecznie
I co wybrać jak nie tę dal - te nogi i chlebak
W kolejowe obcasy wejść - duże oczy - i wio w ten sendobry świat -
W Polskę!

1969

z tomu "Podwójna należność", 1972


W krótkich spodniach

W worku z juty - mój płacz - dzieciństwo
Przenoszę - łasice morele kopniaki - dokąd?
W spodniach krótkich - na życie aż za
Boso z makiem: krwią - -
Nie martw się: zmartwienie ani miara to -
Mara - ani też martwota: mówią humoryści
Na mostku stoją i pestkami plują
Kręgi na wodzie w głowie kręgi czarne
A w drzwiach już czeka pasek w ręku: na mnie
Że się rozmieniam na liście i fale i druty - -
Zaraz huragan wyrwie świat z korzeniami

1966

z tomu "Dopokąd", 1974


Inne wiersze Ryszarda Milczewskiego-Bruno w tematach: Blask (wysokich) okien, Nihilizm..., Listy poetyckie, A mnie jest szkoda słomianych strzech, Dziecko jest chodzącym cudem..., Smutek czy radość... miłość, czy nienawiść..., Jak wysłowić konia czerń...?, Poezja liczb, Motyw twarzy, Cztery żywioły, Samotność, Mury, ściany, granice, Na miejskich ulicach, Co się poetom śni...?/Poezja kolei żelaznych, Obraz Madonny
w poezji
, Mów do mnie..., Motyw dłoni i rąk, Samobójstwo w wierszach..., Cyganie i ich kultura, Miłość, Erotyka, Schyłek miłości..., Poezja kawiarń i pubów, Kołysanki, nie tylko dla dzieci, W świecie dziecięcych zabaw i zabawek, Urodziny, imieniny i inne ważne dni..., Świątki, kapliczki przydrożne...
i dalej w tym temacie.Marta K. edytował(a) ten post dnia 05.06.11 o godzinie 20:00
20.06.2010, 07:31

konto usunięte

Temat: "Poeci przeklęci"


Obrazek

Edward Stachura (1937-1979)

* * *


Co noc
kiedy schodzą do knajp kolędnicy
na wódkę śledzia i dziwki
w dalekich miastach Orionu
Arlekin paznokcie gryzie do krwi
i szczury przyzywa
na piszczałkach swych nóg

To znak że nie dosyć fioletu
zapachu mydła
chleba i łaskotania nozdrzy

A tam
kolędnicy
wchodzą w kufle złotego piwa
i zębami w uda żarłoczne

Kompozycja

Oldze

Należałem kiedyś
do ogrodów wysokich
z wejściem etruskim
i smukłym

Kobiety tam były leniwe
jak rzeki
a w palcach miały miękkość
perskich dywanów

Do wodopoju szło się prosto
albo na grzbietach lwic
a niedosyt znało tylko źródło
i naczynia u katechumenów
owoce i niebo
dojrzewały nisko
że nie trzeba było stawać na palcach
żeby ich dosięgnąć

Nocą grałem w domino z gwiazdami
o zachowanie czystości
lub o młodego lisa

Niekiedy przegrywałem wspaniałomyślnie

Anatema na śmierć

Byli tacy co rodzili się
byli tacy co umierali
byli też i tacy, którym to było mało

o feudalna właścicielko naszych dni i nocy
łasico cmentarna, zjadaczko ostatniego potu
panno tatarskich, zazdrosna wszystkich narzeczono
mącicielko wody, lubieżna kusicielko
grzybie piwniczny, jadzie mityczny, wczesna trucicielko
założycielko rodu borgia, muzo getta, wieżo z kości
arko z kości, bramo z kości, różo z kości
rdzo trawestująca, palmo niecierpliwości
w ogonie pawia ukryta ciemna maszynerio
do pół masztu opuszczona niechybna bandero
iskry i morskich latarni gasicielko, szumie głuchy
ty, co zboże pozwalasz źrałe
i oziminy wiotkiej piękną niewiadomą

kto ci dał do ręki ostrą broń, zwyczajna ty wariatko!

* * *

Włóczęgą jestem
co późną nocą
gwiazdy wykrada
i rozdaje ubogim
włóczęgą jestem
bez czapki
z długimi włosami
w których noc się bawi z gwiazdami
stary drelich mam na plecach
i spodnie wytarte na tyłku
Dobre duchy - w mych kieszeniach
no i księżyc największa złotówka
Więc gwiżdżę, gwiżdżę na bogatych
i razem ze mną wiatr gwiżdże na nich
Bo to przecież księżyc mi strącił
księżycową złotówkę - z wysokiej topoli
Ja żem tylko kieszeń nadstawił.

Ach, kiedy znów ruszą dla mnie dni

Minęło wiele miesięcy,
Ale mnie nic nie minęło;
Czas dla mnie w miejscu przystanął;
Takie jest, chłopcy, takie jest piekło.

Na odgłos kroków po schodach
Serce wciąż skacze do gardła,
Że może to jednak to ona,
Ona - to: piękna moja zagłada.

Ach, kiedy znowu ruszą dla mnie dni?
Noce i dni!
I pory roku krążyć zaczną znów
Jak obieg krwi:
Lato, jesień, zima, wiosna -
Do Boliwii droga prosta!
Wiosna, lato, jesień, zima
Nic mi się nie przypomina!

Ni żyć już można, ni umrzeć.
Wypłakane łzy doszczętnie;
Oddycham ledwie i z bólem,
Kością mi w gardle staje powietrze.

Czy tak już będzie i będzie,
Boże mój, Boże, mój Boże;
Zawsze i wszędzie w obłędzie,
Boże mój, wbiłeś we mnie wszystkie noże!

Ach, kiedy znowu ruszą dla mnie dni?
Noce i dni!
I pory roku krążyć zaczną znów
Jak obieg krwi:
Lato, jesień, zima, wiosna -
Do Boliwii droga prosta!
Wiosna, lato, jesień, zima
Nic mi się nie przypomina!

Dookoła mgła

Jak długo pisana mi jeszcze włóczęga?
Ech, gwiazdo - ogniku ty błędny mych dni
Spraw, by skończyła się wreszcie ta męka
I zapędź, do czułych zakulaj mnie drzwi!

Lecz gdzie jest ten dom, jak tam idzie się doń?
Gdzie jest ta stanica, gdzie progi te są?
Tam most jest na rzece, za rzeką jest sad;
Tam próżnia się kończy, zaczyna się świat.

Lecz gdzie rzeka ta, gdzie rzucony jest most?
Gdzie sad ten jest biały, jabłonki gdzie są?
Na drzewach owoce i strąca je wiatr,
Do kosza je zbiera ta ręka jak kwiat.

Te strony gdzieś są, gdzieś daleko za mgłą,
Więc idę i dalej przedzieram się wciąż.
Zbierają się ptaki, ruszają na szlak,
Już lecą, wprost lecą, nie błądzą jak ja.

Jak długa pisana mi jeszcze włóczęga?
Ech, gwiazdo - ogniku ty błędny mych dni.
Spraw, by skończyła się wreszcie ta męka,
I zapędź, do czułych zakulaj mnie drzwi!

wiersz ten jest też w temacie Wiersze na Święto Zmarłych

z tomu „Wiersze, poematy, piosenki, przekłady”, 1984
Anna B. edytował(a) ten post dnia 25.06.10 o godzinie 10:26
25.06.2010, 09:10
Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: "Poeci przeklęci"


Obrazek
Andrzej Babiński (1938-1984) – jeden z czołowych polskich „poetów przeklętych”, przyjaciel Edwarda Stachury i Ryszarda Milczewskiego-Bruno. Urodził się w Białymstoku, dzieciństwo, które przypadło na okres II wojny światowej, spędził na wsi na biastocczyźnie. W latach 1957-1961 studiował filozofię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Życie swoje związał z Poznaniem. Debiutował jako poeta w 1956 roku w „Gazecie Białostockiej”, ale pierwszy tom wierszy „Z całej siły” wydał dopiero w 1975 roku. Otrzymał za niego Nagrodę Peleryny w gdańskim Konkursie Czerwonej Róży w 1976 roku. W 1977 roku wydał drugi tom „Znicze”, nagrodzony w 1978 roku Medalem Galerii Nowej w Poznaniu. Ponadto został wyróżniony w Konkursie IV Dnia Poezji (Warszawa 1969), Turnieju Wiersz o Poznaniu i Wielkopolsce (1975), „Zielonej Wazy” (1976), konkursu „U źródeł nowego wieku” (1978). 14 maja 1984 roku popełnił samobójstwo, skacząc do Warty z Mostu Juliana Marchlewskiego (obecnie: Most Królowej Jadwigi) w Poznaniu. Po śmierci ukazały się jeszcze dwa tomy jego poezji: „Znicze i inne wiersze 1954-1983” (1985) i „Uwierzenie moje” (2000).
Szerzej o Andrzeju Babińskim i jego wierszach w szkicu Andrzeja Sikorskiego
"Andrzej Babiński (1938-1984)"
.

Znicz I

Jeśli jest tu co potomne, w zaprzeczeniu swym nieodwrotne
składam ramię na ramię, może wawrzyny splatam, a może śpiewam Żal.
Wylewny jak potop z dna sumienia, długom pisał na sumieniu
- na próżno. Dziś otwieram dłoń, z dłoni czytam testament.
Wyszedłbym z domu, by zupełnie zbezdomnieć
lecz zamieszkiwałem długo w upiornej twierdzy, by po mieście
kroczyć upiorem...
Tyle mam utrat, żem Ziemię pod stopami utracił...
nikt przede mną nie wydarł tylu z serc powiernictw,
by zapalić nad sobą Znicz...
nikt nie zdeptał tylu żmij, na widok których Znicz już truchlał...
nikt nie domagał się od bliźnich spokoju jak łaski,
by czcić się tym spokojem, który pozagrobowy...
Jeśli jest jaka siła, to siła z podźwignień,
że duch się wciela w Fausta. Nie wiesz czy przetrwasz, dożyjesz
do głoski... GNIEW jest, gniew na światła...
ZNICZ

Znicz II. Ratuje mnie oczu groza

Jeśli jest tu co potomne, w zaprzeczeniu swym nieodwrotne
tak puste jak gadanie nadaremne, że historia to podtekst
odkląć kamień
nie płaszcz – las z pleców zrzucam, wracam z ogniem
wracam z pożogą. W gruz rzucałem pomniki, burzyłem miasta
wyzwalałem ziemię... Łamię się, jak opłatkiem w wigilię
z tobą skrawkiem ziemi po której chodzę... łamię się
jak opłatkiem, a że jest we mnie groza
(ratowała mnie oczu groza) to dlatego że niczego się nie wypieram
i z niczego nie wycofam. Wyrzekłem się tyle, że ze słów swych
nie wolno mi się wycofać... I niechże tu wszyscy zamrą
na mój widok... odejdę na odległość ZNICZA Jakbym już
żywa pochodnia był, spiskowiec czy zamachowiec Nieprawda
za wiele mam wrodzonego obycia...
Kraj jest mały Od domu do poczty w miłych uliczkach
Własne kroki ludzi dobrze ułożonych
Na krzyk jednego wróbla w sercu się krzewi
Żyć nie można bez wróbla by być powszednim dalej za świergotem to przekleństwa...

Znicz III. Sumienie stanie pionem

Jeśli jest tu co potomne, w zaprzeczeniu swym nieodwrotne
znajdę scenę i ścianę, że sumienie stanie pionem
nie zmylę się w słowie, lecz zamrę w przestrachu
gdy zginę w szepcie Wykradłem jeden wymiar temu światu
wymiar sprawiedliwości i ten mi starczy

Po co tu błagałem o zrozumienie i miłosierdzie?
trzebaż mi było od razu być zaklinaczem i wklinaczem
... po co zapragnąłem odnaleźć swą wielką przestrzeń?
gdy utraciłem miłego adresata znajdę jakąś pamiątkę serca, wątpliwe będzie
czy zwróci mi ją szubrawiec

Lecz odmieszkałem te ściany zdradne Obaliłem je krzyżem
odszedłem Odszedłem chatynka stała na jednej nodze Głusza śnieżna dokoła
i byłby znów obłęd, gdyby nie było ziemi pod stopą
Lecz była ziemia
I wszędzie to za plecami słyszałem:

był tu jeden przybłęda co... absolutnie czuł

Znicz IV

Jeśli jest tu co potomne, w zaprzeczeniu swym nieodwrotne
w toaście kieliszkiem się trącam o kieliszek
i jak góra pozostanę samotny...
Z całej nadziei w mrokach zamków... z całej nadziei z promykiem
odejdę na czole – po inną nadzieję. I jak zdrajca będę krążył
na cenzurowanym
O schodek niżej w mrokach ze Zniczem lecz zamurowany
umniejszę się o imię Za mną jest promyk światłocienia, który legł
na dnie zwątpienia. Nie ma najwyższej górnej ręki, która mój dar
strąci i rozsypie
Nie ma nieba – jest omyty krwią kruszec, że wróg mnie musi uznać
aż takie przezwyciężenie i wywalczenie...

wiersze "Znicze I-IV" są też w temacie Pochodnie, świece, znicze -
- symbolika ognia i poetyckie odniesienia


Babińskiego zabić!

Czy ptak co ćwierka na drzewie ma datę i erę?
Nie. Jest z podziemia. Ciemność, że Ziemi nie ma
Stromy mur. Zwęża się w krzyku ptasim uliczka
I pustka trumienna i niżej tej ptak krzykiem upadł...

Z boku głos mnie doszedł. Ktoś krokiem się zbliżał
"Babińskiego zabić" - wołał, gitarą chciał mnie zatłuc
Stanąłem mu naprzeciw, lecz tak jak się schodzi z krzyża
I już poza świat ten. W dole Ziemia, przyjmij zakład – szubieniczna!

Ale po latach, gdy wypływa mój trup i ja... wracam do – życia...

z tomu "Znicze i inne wiersze (1954 – 1983)", 1985

Inne wiersze Andrzeja Babińskiego w tematach:
Treny, epitafia i inne wiersze o tematyce żałobnej, Poeci poetom, Fontanna - co poetów
i kochanków skłania do zadumy
, Jeziora i stawy, oraz sztuczne zbiorniki wodne, Pochwała siły, Tęsknota, Poezja kawiarń i pubów, Testament w poezji
Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 03.12.10 o godzinie 16:28
29.06.2010, 17:41

konto usunięte

Temat: "Poeci przeklęci"


Obrazek
Rafał Wojaczek (1945-1971) – najbardziej chyba znany i najczęściej przywoływany polski
„poeta przeklęty”. Od wczesnych lat miał problemy ze społeczną akceptacją i adaptacją. Skłócony ze środowiskiem, w tym również najbliższą rodziną,prowadził ekscentryczny tryb życia, uzależniony od alkoholu, był bohaterem licznych skandali obyczajowych. Dość wcześnie popadł w depresję, która przerodziła w chorobę psychiczną. Kilkakrotnie hospitalizowany, próbował ułożyć sobie życie z pielęgniarką Hanną, poznaną w szpitalu psychiatrycznym, bez powodzenia. Kilkakrotnie podejmował próby samobójcze, z których jedna – z 10 na 11 maja 1972 roku - okazała się skuteczna. Pochowany został we Wrocławiu - gdzie zmarł – na Cmentarzu św. Wawrzyńca. Obecnie w tym samym grobie spoczywa też jego młodszy brat Andrzej (1947-2000) - znany aktor teatralny i filmowy. Wojaczek opublikował za życia tylko dwa tomy wierszy: "Sezon" (1969) i "Inna Bajka" (1970). Pośmiertnie zostały wydane: "Nieskończona krucjata" (1972), "Którego nie było" (1972), „Utwory zebrane” (1976), „Dla M” (1977), „Poezje wybrane” (1983), „List do nieznanego poety” (1985), "Była wiosna, było lato" (1993), „Reszta krwi” (1999), „Wiersze” (1999), „Chodzę i pytam” (2002), „Wiersze zebrane” (2005). W 1999 roku powstał film „Wojaczek” w reżyserii Lecha Majewskiego, w roli tytułowej wystąpił Krzysztof Siwczyk.

Sezon

Jest poręcz
ale nie ma schodów
Jest ja
ale mnie nie ma
Jest zimno
ale nie ma ciepłych skór zwierząt
niedźwiedzich futer lisich kit

Od czasu kiedy jest mokro
jest bardzo mokro
ja kocha mokro
na placu, bez parasola

Jest ciemno
jest ciemno jak najciemniej
mnie nie ma

Nie ma spać
Nie ma oddychać
Żyć nie ma

Tylko drzewa się ruszają
niepospolite ruszenie drzew

rodzą czarnego kota
który przebiega wszystkie drogi

Martwy sezon

Zjechałem tu nie w porę
Sezon jeszcze nie otwarty
a już miejscowi mówią
że tu się nic nie zacznie

Wczoraj
widziałem wyniesiono w kubełku
pana profesora taki był mały
Tak, tu się ludzie kurczą
oszczędność na jedzeniu
i deskach na trumnę

Pan profesor
Pan profesor to była cała epoka
Ciągnął za sobą nogę
To był ślad
po ostatniej kochance pana profesora
miała na imię Andrzej
Tak, tu już nic się nie zacznie

Tak, zjechałem tu nie w porę
kto żyw
ten umiera pospiesznie
jedną wolną już salę
zamieniono na składzik
pewnie już niedługo
założą tu klamki

Tak, to już jest koniec
Myją korytarz
Pastują podłogi

1965

z tomu „Sezon”, 1969


Wzgórze albo bohater narodowy

Polska to jest wielka rzecz
Jest wzgórze krwi kobiecej, pod którym schowa swą śmierć,
kilka wspomnień, dwie klęski - jak pies sobie chowa kości -
i, minąwszy opłotki,
stanie twarzą do Polski.

I zacznie z dłoni - chmury siać światło ciężkie jak pięść
pulsu w kamieniołomie pod skronią - a wielką stopą
- jakby tren panny młodej –
przydepce do Europy.

Więcej odpuszczające niż przecież łaskawa śmierć
we śnie - jego milczenie bezwiednie będzie niedzielą:
dla zabitych nadzieją
i dla żywych ucieczką.

A później mu się znudzi i wtedy uśmiechnie się
- uśmiech opadnie śniegiem.

1967

Zawsze dojrzali

Musimy być o świcie do ostatniej krwi
W pełnych szufladach serca rozliczeni z nocą;

Gdy ostatnia moneta, Księżyc, już się stoczy
Pod stół nieba i, saldo, Słońce wschodzi z żył;

Gdy w gniazdo uplecione z magnetycznych sfer
Kula Ziemi ze źrenic nam wytoczy się;

Gdy natychmiast nas w wargi opuchnięte bierze
Mdła rozpacz, żeśmy winni stworzywszy ten świat;

Kiedy rozpacz kobiecie powierzamy - aż
W żyznej głodem macicy krzepnie w sytą perłę;

O zmierzchu, kiedy suma winnej śmierci krwi
Już nie obciąża Ziemi, gdy na inną, gwiazdę

Pierwszą - lepszą przelana; my musimy zawsze
Być dojrzali do nowego bohaterstwa.

z tomu „Inna bajka”, 1970

Piosenka o poecie

Ponieważ bity jest ciągle jak dziecko,
Poeta, sztuki nie znający wcale,
Pięść poematu zaciska i bije.

Bije kobietę, bowiem się podmywa,
Wyciska wągry oraz się maluje.
Bije swą żonę za to, że kobieta.

I za to samo bije swoją matkę.
I ojca bije za to, że z nią jest.
Władzę opluwa prędkimi stychami.

I tłucze szyby rymem i kopniakiem
Akcentu główkę embriona w macicy
Przetrąca tak, że matka syna pozna

Po idiotyzmie, z którym się urodzi.
Poeta także inne rzeczy robi,
Ale już wtedy przestaje nim być.

1968

W podwójnej osobie

Nie śpię
lecz On też nie śpi
Słucham
lecz On też słucha
Czekam
lecz On też czeka

Ja cierpliwy
lecz i On cierpliwy
Oddycham
lecz On też oddycha
Widzę Go
ale i On mnie widzi

Nie boję się
lecz On też niestrachliwy
Zapalam papierosa
On także skręta ćmi
Jem jabłko
On tez coś sobie gryzie

Milczę
On także milczy
Piszę
i On też na kolanie
Onanizuje się
On czyni równie sprawnie

Gdy robię miny
jakże się wykrzywia
Ruszam uchem
ach jak On umie ruszać
Klnę szeptem
lecz On nawet jakby umiejętniej

Więc śmieje się
lecz On bardziej drwiąco
Otwieram okno
On otwiera drugie
Boli mnie brzuch
On zanieczyszcza powietrze

Nudzę się
On ziewa
Czytam
zagląda mi w stronice
Myślę
On telepatycznie

Wyciągam bełta zza łóżka
wypija mi
Śpiewam
w duecie z Nim
Rzygam
On wcześniej ode mnie w Rydze

Wkładam koszulę
On zapina spinki
Wciągam spodnie
On przeciąga pasek
Zakładam buty
On wiąże sznurowadła

Gdy wychodzę
On też wychodzi
Gdy przychodzę
Już na mnie czeka
Przepraszam: czy pan też
umiera

1969

Z tomu „Nie skończona krucjata”, 1972

Wiersz jest też w temacie Sobowtóry w życiu i fikcji literackiej


Senna ballada na temat, co kobiety wiedzą o wierszach

Zrywałam Ci owoce które były piersi
I deptałam na Ziemi która była kadź
Lecz nie pieniła mi się wokół gołych łydek
Madera ni nie czułam
Pod stopą kadzi dna

Choć było słowo "piersi " co się ciągle śniło
Przez sen ów który potem wyniósł mnie nad kadź
Gdy na Ziemię wzleciałam wcale nie widziałam
Owoców czyli pewnie
Zebrałeś sobie sam

Lecz w uszach nie do zdarcia - tak się uszy śniły -
Słyszałam wolne głosy co mi zaraz w kadź
Włosami z gołej skóry rosły jakbyś cumy
Długość - wysokość tonu
Wpierw wypróbować chciał

* * *

Sutki stwardniały, schnie na nich sól
Odległych, nagle obudzonych muzyk.
Polifonicznym duchem sfery wzruszył
Bóg.

Śmierć pompuje od białego dna
Krwi, która żywszym pchnięta raptem prądem
Czerwonym snem mi paruje spod powiek,
Kat.

Ale tamten, co gdzieś w środku mgły
Snu niewidzialny wciąż do ucha szeptem
Mówi mi moje imię, wiem: to jesteś
Ty.

* * *

Kochankowie moi umarli poeci
Gryzą ziemię u mych stóp.
Chłodem wciskają się pod kołdrę.
Krążą rojem rozdrażnionych much
Nad kubłem gdzie cisnęłam tampon miesięczny.
Wieszam majtki na sznurze wisi Jesienin.
Biorę phanodorm tabletkę kradnie Trakl.
Kiedy otwieram oczy wyfruwa ptak
Anielska dusza Keatsa ponad wodę snu.
Ich śmierć przecinkiem, wciska się w tok zdania
I nieustannie sylaby mi liczy.
Zasypiam z ich imieniem na ustach i z nimi
W ustach, przy boku, w kroczu i ciepłej macicy.
I nawet teraz któryś pisze mi te słowa:
„Bądź pochwalona pochwa Twa, Madonna”.

z tomu „Którego nie było”, 1972

Inne wiersze Rafała Wojaczka w tematach:
Ciało mojego ciała, s. 1, s. 2, s. 3/Na miejskich ulicach, Pochodnie, świece, znicze..., Nagość, s. 1, s. 2, Samobójstwo w wierszach..., s.1, s. 3/ Wiersze na każdy dzień tygodnia, Krew, Nihilizm..., Erotyka, s. 1, s. 3, Czas, zegary..., Poezja codzienności,
W zamieci słowa..., s. 1, s. 6, Modlitwa, s. 1, s. 7, s. 9, Blask (wysokich) okien, s. 1, s. 2, Kobiecy portret, Motyw twarzy, s. 1, s. 2, Ciemność, Lęk, O pisaniu i różnych pismach, Portret (super) męski, Mów do mnie..., Dotknij mnie..., Gwiazdy, planety, kosmos
w poezji...
, Światło, s. 1, s. 3, Głosy i dźwięki, szepty i krzyki/Motyw wieży, Włosy/
W głąb siebie...("Szaleństwo i geniusz"), s. 3, s. 4, Mury, ściany, granice, Żydzi, judaizm i kultura żydowska w poezji, Sobowtóry w życiu i fikcji literackiej, Śmierć, W mroku
szuflad
, Archetypy i symbole w poezji, Blaski i cienie małżeństwa, Rozstania, Kołysanki, nie tylko dla dzieci, Zaśpiewam ci pieśń, Autoportret w lustrze wiersza
Krzysztof Adamczyk edytował(a) ten post dnia 12.02.13 o godzinie 19:57
5.07.2010, 21:18
Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: "Poeci przeklęci"


Obrazek

Ryszard Milczewski-Bruno*

Droga


Zdechł pies
Nie ostudził dnia
Śmierć swą
Na słońcu opala

Drogę do wsi
Rozdziera muzyka
Zapitych gardeł

W rowie
Jak kawał drewna
Leży człowiek
Z nożem pod łopatką

Jemioła
Jak magiczne oko
Mruga

Na czerwonym nożu
Rozmodlił się kruk

Skąd we mnie pies

Skąd we mnie pies
spłoszony, lasem słonym
przybiegłem, brzegiem słońca
stróżem, kochaniem Twoim

Do nóg się łaszę szyi
czerwonym zmierzchem. Twoje
dłonie - noce przyjeziorne –
pełne skomleń jeszcze

Tu siekacz błyskawicą, pazur
przebudzeniem Twoim, o gwiazdo
która zachodzisz łzą w sierść ostrą –
wyszczekałem jesień

z tomu „Brzegiem słońca”, 1967

* * *

O, bezzębna – przekorna modlitwo
Kawą mi służysz likworem
(Które piją inteligenci w dniu wypłaty)
i ciastkiem o rumianym jabłku - -
porteru granat w gardle mi pękł
nim tu triumfalnie zaszedł
by groblę ust twoich oblizać
by w oczy twoich dołach spocząć
o, sepleniąca – niewierząca bo zazdrosna
stół w śledzia ustrój jarzębiak luty
niech obrus zejdzie do rozbrzęczałych stóp
i onucą świata się stanie zagmatwaną
jak życia naszego cztery rogi - -
a jakieś pieścidełko – ramiona wypowiedz wklęsło
i mimo że dług – kochać każ

* * *

Co by tu jeszcze z tego domu wziąć?
Okaleczały stół gdzie sól i chleba kęs nie-
Dokończonej posilności – przeżegnany przekleństwem
Zdrożnym albo szafę gdzie ramiona opadłe
A głowy na półkach już osiwiałe doszczętnie:
Nie od strości ale psiego zabobonu jakim rex
We wszystkich postaciach i urojeniach
A może kryształ: dar kochanka – w którym wszystkie
Złości odbite w przeręblach barw koszczą się i cudzołożą
Na badyla pąs i cmentarza grot obosieczny - -
Gdzie nikt tkliwy – tylko wierzyciel
I nikt czeka – tylko plecy niewierne
W podróż się milczkiem na szyny ułożyć

Głową gdzie koła i gdzie koła nogami
W dal - -

z tomu „Poboki”, 1971

* * *

Rozdwojona jaźń – od morza – skąd?
Tak, że ja tu: dno a ty tam: hel?
A oni w grajdołach absynt na dzięglu
Z kaszubką jak tęcza – pod odpływ
Jakby już arka nam w myślach deskami - -
Rozdwojona jaźń – w zatoce – jaka?
Ciebie tam a mnie tu – płastugi – zasmażą
W mące a piasku na patelni nie słońcu
Aż kundel obosieczny kopnięty w co
Uwierzy że licho nie śpi ani czort
Więc nim ta jaźń - -
Skórę ci zedrę tam a sobie tu –
Osolę krzyżem na oset i bursztyn
Oczy w dylągi zaklnę – ptaki przekorne
Że w juratach – krzyk a na wodach – skry - -

* * *

Ciebie – nie jestem blisko
Do daleka jeszcze brak – Ciebie...
Wrócę – będę żyły brzytwą pisał
Siądziesz na wiadrze
I zaczniesz śmiać...
Lęk zrobi duże oczy – przeskoczysz okno
I Biały wyjrzę – i zawyję jak mściwuj...
I Ciebie nie – nie będzie blisko
Za daleko zawsze – Ciebie:
Rwo ty – we mnie naj...
Smutna - -

1970

* * *

Sted – tak przy piwie się mieć
Do tańca prosić: nawet prosiem
Zezować i szczekać: od budy po rów
Na garb upadać i się prostować: w mgłach
Skąd nerwy pojedynczo a mogłyby parami - -
Starowin na klin obwijać palcami
Że mielizna aż w oczach: o, stąd się zdziera ból
A gdy kopnięci w dno: za pokrywkę grać
Albo udar obnosić jak dynię - -
Mrąc: piwonie – oczy nasze sterane zobaczyć

Sted – to już piach nasz ostatni
A pierwszy w zaświaty tropizm szaleństwa

z tomu „Podwójna należność”, 1972

Poeta

Kij – gdy go wyjął – jeden miał koniec
(O, oj – neologizm: mówili – oj, oj –skąddokąd)
A gdy w ogień włożył – zł na chwat
(Oj, oj – do góry nogami: mówili – oj, oj – butami)
I stało się wielkie w małym, szczęście w nieszczęściu
(Strona 7 – patrz: mówili – 5 wers od dołu)
Poeta jak koser – z tyłu zaszedł ich
Oj, oj – powiedział – przedłużając kij w nogę
I trachtrach posmarował podplecy im
To jest nowy wiersz – chybnął wargą – lont
Otwórzcie spis treści – dyska trefl - -

1964

Poeta w organach

Poeta w organach – w organach organy - -
Dokąd go wywloką – rehmistrze, halaburdy
Katomierze...
Strzyg trujące strzyki – sławowite zdrowie
W burej burce – pustej – jak odstukany wibrafon
Swarożyca ino zachodnie toczydło - -
Chlebnikow jakby – w worku – wibrujący w poście
Nie rozkrwawion jeszcze - -
(Na człowieka cięgotura spiskowania –
Wielka – jako świat...
W zgryz mordu się przyobleka - -
Monidła nie zamawiać – najady nie wysuszać
Siekierę ale za wezgłowie pilnie mieć - -)
Ograny – w grochodrzew się przemieni –
W gorejący...
A zewłok jego – za wiersz pójdzie – sztandar-owy –
I po-obłądzi - -

Organy – organy – ograny...

W razie gdyby...- otwórzcie mi w dupie parasol!

z tomu „Dopokąd”, 1974

Grzebacz

Małgosi i Piotrkowi Műldnerom-Nieckowskim

Z nogą lewą – w stawie – o skoku pstrąga – kulawym
Z żebrem lewym – wbitym ostro – pod rtęć serca
Z lewą dłonią – maciorą – słonym kartoflem
Z barkiem lewym – wyrzuconym z łokcia – do skrzydła
Z lewym zębem – głodnym jak pieca wykrot
Z głową lewą – poprzez uszy wiatru
- prawą - -

oko oku – warga wardze – nieustannie...
poeta – ale jakoś – nie taki - -

Z dyskusji o młodej literaturze

...już nawet szczać trudno – co wypryszczesz
Prawdziwie – neologizm: powiedzą - -
Poprzez płoty i drapaki – Sroki:
Wyskrobały wszystkie złoto z grobów
I do dużego miasta odleciały do kopalni - -
A noże – rozwody pamięci biorą
Tną konwencjonalnie wyobraźnię całą
I tradycję Pól – dlaczego zaraz w pień?
A z tym szczaniem to tak – pomachasz po wsiech
I zaraz w okolicy Łuków Brwiowych – żary
Sinego stoku – onomatopeja - -
I miast bohatera naszych czasów – Deski:
Młody gówniarz i stary policjant –
Biją dialektycznego konia!

z tomu „Nie ma zegarów”, 1978

* * *

Ten przypływ znaczy: koniec
Nie udało mi się zostać milczkiem
Kamienie po mnie i obsrany oset
Żadnego słowa na odczepne

A był gdzieś kiedyś piorun
Na dnie dorsz na widelcu - -
Nie becz: krwi nie utoczy łza
Daj kapsel topielcom

z wierszy odszukanych, pierwodruk w: Ryszard Milczewski-Bruno,
Poezja, proza i listy, Czytelnik, Warszawa 1989


*notka o autorze, inne jego wiersze i linki do pozostałych wierszy
na forum, wyżej w tym temacie
Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 17.07.10 o godzinie 06:51
16.07.2010, 06:47

konto usunięte

Temat: "Poeci przeklęci"


Obrazek
James „Jim” Douglas Morrison (1943-1971) – poeta, autor tekstów piosenek, wokalista,
lider grupy rockowej “The Doors”, postać kultowa we współczesnej muzyce rozrywkowej, ze względu na swój styl życia zaliczany też do amerykańskich „poetów przeklętych”. Urodził się na Florydzie w rodzinie irlandzko-angielskiej. Jego ojcem był George Stephen Morrison – admirał floty amerykańskiej na Pacyfiku w czasie II wojny światowej. Młody James bardzo wcześnie zerwał kontakty z rodziną. W czasie studiów zainteresował się poezją Williama Blake’a i filozofią Fryderyka Nietschego. W tym czasie zaczął też zażywać narkotyki i założył wraz z Robbym Kriegerem, Johnem Densmorem i Rayem Manzarkiem grupę rockową „The Doors”. Nazwę zespołu nadał pod wpływem eseju Aldousa Huxleya „The Doors of Perception” (1954). Koledzy z zespołu nazywali go "Jimbo", jednak on sam określał siebie imieniem "Król Jaszczur" lub „Mr. Mojo Risin”. Fani ochrzcili go natomiast mianem „Pan Charyzmy”. Nadużywanie alkoholu i narkotyków było powodem częstych konfliktów Jima Morrisona z otoczeniem, w tym również z innymi członkami grupy „The Doors”. Artysta zmarł 3 lipca 1971 roku w Paryżu w dość tajemniczych i nie wyjaśnionych do dziś okolicznościach. Najbardziej prawdopodobną hipotezą jest przedawkowanie heroiny. Został pochowany na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu obok Honoré de Balzaca, Moliera, Oscara Wilde'a, Fryderyka Chopina i Édith Piaf.

Otwieranie kufra

Chwila wewnętrznej wolności
gdy umysł otwiera się i
ukazuje się niezmierzony wszechświat
duszy pozostaje błąkać się
w oszołomieniu i zmieszaniu szukając
to tu to tam nauczycieli i przyjaciół

Chwila wolności
gdy więzień
mruży oczy w słońcu
niczym kret
ze swej nory
pierwsza podróż dziecka
z dala od domu
Ta chwila wolności

LAmerica
Chłodne metody naszej władczyni
LAmerica
Ulotny świat
LAmerica
Szybkie zjednoczenie dusz i porozumienie
LAmerica
szmaragdy w szkle
LAmerica
reflektory o zmierzchu
LAmerica
kamieniste ulice o bladym świcie
LAmerica
obleczona wygnaniem
LAmerica
szybkie bicie dumnego serca
LAmerica
oczy jak dwudziestolatki
LAmerica
ulotne marzenie
LAmerica
serce z kamienia
LAmerica
żołnierski los
LAmerica
chmury i walki
LAmerica
jak jastrząb
już od początku potępiona
LAmerica
„To właśnie taką ją poznałem
LAmerica
samotną i zimną
LAmerica
zawziętą, jak
LAmerica
od samego początku”

Potem koniec.
W drogę.
Poprzez dzikie pustkowie.
Omijaj granicę.

wchodzi na scenę:

Okrwawione buty. Śmiercionośna burza
Mika. Bóg w niebie
Gdzie ona jest?
Czy widzieliście ją państwo?
Czy ktoś widział tę dziewczynę?
zdjęcie (wyświetlone)
Ona jest moją siostrą.
Panie i panowie:
proszę uważnie śledzić te słowa i wydarzenia
to wasza ostatnia szansa, nasza ostatnia nadzieja.
W tym łonie czy grobie jesteśmy wolni od
zgiełku ulic.
Szaleństwo czarnej gorączki
nie przeniknie przez te drzwi
Moi przyjaciele i ja pochodzimy z
odległego Arden gdzie tańce i
nowa muzyka
zwolennicy przyłączają się wszędzie
do naszej procesji.
opowieści o królach, bogach, wojownikach
i kochankach dyndających jak
klejnoty dla waszej taniej uciechy

Ja to ja!
Czy możecie to zrozumieć.
Moje ciało jest prawdziwe.
Moje ręce – jakże wprawne ich ruchy
Zrównoważone niczym zwinnych demonów
Moje włosy tak zmierzwione i poskręcane w bólu
Skóra mej twarzy – proszę uszczypnąć policzki
Mój płonący język – miecz
tryska wysłowionymi ognistymi muchami
Istnieję naprawdę.
Jestem człowiekiem.
Ale nie jestem zwykłym mężczyzną
Nie nie nie

Co tutaj robisz?
Czego chcesz?
Muzyki?
Możemy zagrać muzykę.
Ale ty chcesz więcej.
Pragniesz czegoś, kogoś nowego.
Mam rację?
Oczywiście, że mam.
Wiem, czego chcesz
Pragniesz ekstazy
Pożądania i snów.
Rzeczy niezupełnie takich jakimi się wydają
Prowadzę cię tedy, on ciągnie w drugą stronę
Nie śpiewam dla wyimaginowanej dziewczyny
Mówię do ciebie, mojego ja.
Stwórzmy świat od nowa.
Pałac poczęcia płonie.

Spójrz. Patrz jak płonie.
Ogrzej się przy rozgrzanych do białości węglach.

Zbyt młody jesteś by być starym
Nie trzeba ci tego mówić
Chcesz widzieć rzeczy takimi, jakimi są.
Dokładnie wiesz, co robię
Wszystko.

Jestem przewodnikiem po labiryncie

Monarcha proteuszowych wież
na tym zimnym kamiennym patio
nad żelazną mgłą
zatopiony w swych własnych śmieciach
oddycha swym własnym oddechem.

Oda. Nowojorskie dziewczęta

Każda ma swą własną magię
Nie ma śmierci
więc wszystko jedno
Szpan
błysk i przebaczenie
wysokie buty na guziki
czysty układ
niedbałe wychowanie
tryumf miłości
wieczna nadzieja i spełnienie

Amerykańska noc

gdyż skóra narasta
Cud ulic
wonie, smog i
pyłek egzystencji

Błyszcząca czerń
była tak całkowicie naga
zupełnie wyluzowana

Rozejrzeliśmy się wokół
przy światłach włączonych teraz
by zobaczyć naszych współpodróżnych

Jestem poruszony
niezmiernie
twymi oczyma

Jestem uderzony
piórem
twej łagodnej
riposty

Dźwięk szkła
wypowiada szybko
pogardę

I skrywa
co twe oczy pragną
wytłumaczyć

Wyglądała tak smutno we śnie
Niczym przyjazna dłoń
tuż poza zasięgiem ręki
Świeca wyrzucona na
plażę
Gdy zachodzi słońce
Odwrócona bomba wodorowa

Wszystko co ludzkie
znika
z jej twarzy
Wkrótce zatonie
w spokojnym
roślinnym
mokradle

Zostań!

Moja dzika miłości!

Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy gdy
telefon dzwoni i dzwoni. To żadna przyjemność
czuć się jak idiota – gdy
najukochańsza odeszła. Nowy cios siekierą w głowę:
Posiadanie. Kuję mój własny miecz
damasceński. Nic nie począłem z czasem.
Smarkacz na scenie zabawiający się
w rewolucję. Gdy na zewnątrz
świat czeka i roi się od groźnych band
morderców i prawdziwych szaleńców. Wyglądam
przez okno, jakby po to, by powiedzieć: Jestem odważny
Kochasz mnie? Choćby przez dzisiejszą noc.
Jednorazowy występ gościnny. Pies wyje i skomle pod
szklanymi przesuwanymi drzwiami (dlaczego nie mogę
być w środku?). Kot miauczy. Silnik samochodu
wyje i wkopuje się w ziarniste podłoże – sucha
przenikliwa skarga węgla. Odkładam
książkę i zaczynam mą własną książkę.
Miłość do grubej dziewczyny.
Kiedy ONA będzie tutaj?

W mroku
W zaciemnionym pokoju
Gdzie żyliśmy i zmarli
śmieli się i płakali
duma z naszego związku
powstała tego lata
Cóż za podróż
Trzymać twą rękę
i powiedzieć gliniarzom
że nie masz 16 lat
nie uciekłaś z domu
Pijak zostawił trochę w
starej niebieskiej pustynnej
butelce
Bydlęce wrzaski
Stereotyp szczurów
ścigających po drzewach
w poszukiwaniu tłuszczu
Wtajemniczone dzieci najeżdżają na pola
i śpią w mokrej trawie
dotąd aż wybiegną psy
Jadę na Południe!

Sygnały

Kiedy radiowa ciemna noc istniała
i sprawowała kontrolę, i kołysaliśmy się w jej sieci
trawieni przez unieruchomienie i głaskani strachem
Długo byliśmy wyciągani z
głębokiego snu, budzeni
o świcie przez zaniepokojonych strażników
prowadzeni przez mokrą rosę
dżungli do nagłego wierzchołka, spoglądając na
morze...

Rozległa promienna plaża i chłodny
księżyc niczym klejnot. Nagie pary
ścigają się u jego cichego boku i
śmiejemy się niczym głupiutkie dzieci
zadowoleni
we włochatych bawełnianych mózgach
niemowlęctwa.

Muzyka i głosy otaczają nas.

Wybierz, zawodzą
pradawni
Czas znów ustąpił
Wybierz teraz, zawodzą
Pod księżycem
Przy starodawnym jeziorze

Wejdź ponownie do słodkiego lasu
Wejdź do gorącego snu, chodź z nami
Wszystko rozpadło się
i tańce

(Muzyka gór
skrzypce)

Noc rozjaśniona światłem księżyca
Górska wioska
Szaleniec w lesie
w gęstwinie drzew

Pod księżycem
Pod gwiazdami
Wirują i tańczą
Młodzi ludzie

Prowadzeni do jeziora
przez Króla i Królową

O, chcę być tam
Chcę byśmy byli tam
przy jeziorze
pod księżycem
wspaniali i niezwykli
sączyli jego gorący
likier

SSSSSSSSSSSSSSSSSSSSS

Mroźna chwila nad jeziorem
Skradziono nóż
Śmierć węża

Znam niemożliwe morze
kiedy szczekają psy

Jestem ptakiem śmierci
Złośliwym nocnym ptakiem

Ptaki drapieżne, ptaki drapieżne
latają wysoko, latają wysoko
łagodnie szybują

Ptaki drapieżne, ptaki drapieżne
latają wysoko, latają wysoko
Czy przyjdzie mi umrzeć?

Ptaki drapieżne, ptaki drapieżne
latają wysoko, latają wysoko
Zabierzcie mnie z sobą

Indianie krwawią rozrzuceni na
autostradzie świtu.
Duchy zapełniają
kruchą skorupę umysłu małego dziecka

Podwodospad, podwodospad
Dziewczyny wracają z letnich zabaw
skradnijmy oko które wszystkich nas widzi

Dni na drodze

strach przed śmiercią w samolocie

A noc była tym czym noc
powinna być
Dziewczyna, butelka i błogosławiony sen

Zaorałem
me ziarno przez serce
narodu.
Wstrzyknąłem zarodek do psychicznych żył.

Teraz wchodzę do poezji
biznesu i staję się
na chwilę „Księciem Przemysłu”

Naturalnym liderem, poetą,
szamanem z
duszą klowna.

Co robię
na tej arenie
gdzie walczą byki
Każda znana postać
stara się być przywódcą

Widzowie w grobie
oglądający bunt

Strach przed oczyma
Morderstwo

Picie to dobre przebranie.

Piję aby móc rozmawiać
z dupkami
nie wyłączając mnie samego.

Zgroza interesów

Problem pieniędzy
winy
Czy zasługuję na to?

Spotkanie
pozbyć się menedżerów i agentów

Po 4 latach pozostał mi
umysł jak miękki płot

żal straconych nocy
i straconych lat
wszystko zmarnowałem
amerykańska muzyka

Koniec, czułe pożegnanie
i plany na przyszłość
- Nie aktor
Pisarz – twórca filmów

Które z moich ja
będzie zapamiętane

Żegnaj Ameryko
Kochałem cię

Pieniądze z domu
powodzenia
Nie pakuj się w kłopoty

z tomu „Poems 1966-1971”, 1971

przełożył Artur Brodowicz


Inne wiersze Jamesa „Jima” Morrisona w tematach: Miasto, Nierząd i prostytucja,
Blask (wysokich) okien, Motyw twarzy, Dlaczego zabijamy? Wiersze „zaangażowane”, Przemoc w majestacie prawa, Magia kina
.Krzysztof Adamczyk edytował(a) ten post dnia 03.07.11 o godzinie 17:46
24.07.2010, 12:19
Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: "Poeci przeklęci"


Obrazek
Dylan Thomas (1914-1953)*

Ta siła, która przez zielony lont prze kwiaty

Ta siła, która przez zielony lont prze kwiaty,
Prze mój zielony wiek; ta, co rozrywa korzeń,
Jest niszczycielką moją.
I tracę głos, gdy mam mówić skręconej róży,
Że młodość moją gnie ta sama febra mrozu.

Ta siła, która prze wodę na wskroś przez skały,
Tłoczy moją krew; ta, co wysusza rzeki,
Krew moją zmienia w wosk.
I tracę głos, gdy mam powiedzieć moim żyłom,
Jak piły z górskich wód usta, którymi mówię.

Ta ręka, która w wir wprawia wodę w kałuży,
Podnosi lotny kurz; ta, która wiąże wiatr,
Ciągnie mój czarny żagiel.
I tracę głos, gdy mam mówić powieszonemu,
Że z mego ciała kat uczynił swoje wapno.

Przylgnął wargami czas do tryskających źródeł;
Miłość nabrzmiewa, lecz opadająca krew
Uspokoi jej ból.
I tracę głos, gdy mam wiatrowi opowiadać,
Jak wielki zegar gwiazd wybił godzinę nieba.

I tracę głos, gdy mam mówić zmarłej kochance,
Jak pełznie w pościel znów ten sam skręcony robak.

z tomu „Eighteen Poems”, 1934

wersja oryginalna pt. „The force that through the green
fuse drives the flower” w temacie Poezja anglojęzyczna


Dzisiaj, ten insekt

Dzisiaj, ten insekt i ten świat, którym oddycham,
Gdy w wyświechtaną przestrzeń mkną moje symbole,
Ten czas miejskich widowisk, połowa drogiego,
Durnego czasu, w jakim trącam łokciem wyrok;
Na ufność i udanie podzieliłem umysł,
Spuściłem gilotynę z trzaskiem, krwawa kopia
Głowy i zadka dała przyświadczenie temu
Straceniu mej Genesis i mego Edenu.

Niezawodny insekcie, utrapienie bajek.

Potwór z tej opowieści ma czepek wężowy,
Ślepą spiralą zwija się w płonący kontur,
Mirzy swą własną długość na murze ogrodu
I rozbija skorupę we wstrząsie początku;
Zanim krokodyl stanie się poczwarką, zanim
Zamrze z miłości serce łopoczące w kościach,
Wieńcząc dzieciątko skrzydłami niedzielnego osła,
Jerycho zdradzi Eden, choć nikt nie da wiary.

Bajko insektów, niezawodna obietnico.

Śmierć: śmierć Hamleta i śmierć szaleńców, zmór nocnych,
Wirujące wiatraki na drewnianych koniach,
Bestia Jana, cierpliwość Hioba, kłamstwa wizji,
Grek nad Irlandzkim Morzem, wiecznie młody głos:
„Kocham Adama, wiecznie kocham mych szaleńców,
Żaden kochanek bajek nie umiera pewniej,
Na drzewie opowieści serca wszystkich legend,
I splątane podania za zasłoną z baśni.”

z tomu „Twenty-five Poems”, 1936

wersja oryginalna pt. „To-day, this inseckt”
w temacie Poezja anglojęzyczna


O, uczyń mi maskę

O, uczyń mi maskę i mur, abym odgrodził się od szpiegów
Ostrego szkliwa twych oczu, szponów za okularami,
Porwanie i powstanie w pokojach dziecinnych mej twarzy,
Zrób knebel z rażonych niemotą drzew, bym przed nagim wrogiem
Ukrył bagnet języka w bezbronnej sylabie modlitwy,
Usta mi daj teraźniejsze i trąbkę kłamstw słodko dętą,
Oblicze kpa wyciosane w starym pancerzu i dębie,
Bym mózg lśniący osłonił i stępił egzaminatorów,
I zawieś na końcu bicza żal wdowca zbroczony łzami,
Abym mógł skryć belladonnę i suchym okiem spostrzegać
Innych, którzy zdradzają łkające łgarstwo swych strat
Wykrzywiając obnażone wargi lub śmiejąc się w kułak.

z tomu „The Map of Love”, 1939

wersja oryginalna pt. „O make me a mask”
w temacie Poezja anglojęzyczna


Gdy się przebudziłem

Gdy się przebudziłem, miasto przemówiło.
Ptaki, zegary i skłócone dzwony
Ogłuszyły zgiełkliwy tłum pod moim bokiem,
Pełzających rozpustników rozpalonych,
Marnotrawców prosto z pieca snu,
Morze, mój sąsiad, rozproszyło w sobie
Żaby, szatanów, przygodne kobiety,
Kiedy człowiek za oknem, ogrodniczym nożem
Ścinający poranek,
Od stóp do głów we własnej krwi
Unurzany, sobowtór Czasu,
O ciepłych żyłach i brodzie jak z książki,
Ostatniego już węża odcinał, jak gdyby
Różdżka to była albo delikatna gałąź
z zadraśniętym językiem w zawiniątku z liścia.

Codziennie rano ja, który jestem
Bogiem w pościeli, i dobrym, i złym,
Po przechadzce na powierzchni wody
Tworzę przez śmierć trzebioną, dyszącą urywanie,
Wielką jak mamut i wróblo maleńką
Ziemię dla wszystkich.
Gdzie ptaki szybują jak liście, a łodzie jak kaczki suną,
Słyszałem, budząc się dziś rano,
Poprzez miejski zgiełk i tumult,
Jak w pionowe powietrze wznoszący się głos,
choć nie głos kogoś z moich proroczych potomków,
Krzyczał, ze moje morskie miasto pada w gruzy.
Nie ma Czasu, szeptały zegary, nie ma Boga, huczały dzwony,
Zaciągnąłem na wyspy białe prześcieradło
a na moich powiekach monety śpiewały jak muszle.

z tomu „Deaths and Entrances”, 1946

wersja oryginalna pt. „When I Woke”
w temacie Poezja anglojęzyczna


W udzie białego olbrzyma

Z gardeł, do których rzeki spływają, kulików głosy
Biegną kredowym wzgórzem, pod brzuchem księżyca płodnym,
Kiedy w udzie białego olbrzyma kroczę tej nocy
Wśród jałowych jak głazy kobiet, co leżą wciąż głodne

Kochania i rodzenia, choć dawno temu tu legły.

Z gardeł, do których rzeki spływają, modlitwy kobiet
Brną przez zatokę prośbą,by znów nasienie pobiegło,
Choć deszcz zmył ich imiona z zarosłych chwastami grobów,

I samotne w wygiętym w łuk akcie nocy tak długiej,
Językami kulików wzdychają za nieznanymi,
Nigdy nie poczętymi synami gładkiej maczugi

Wzgórza. Te, co kochały pod gęsim naskórkiem zimy
Lód zalotnych alejek; te, które w słońcu, co wołu
Mogłoby upiec, tkwiły na tak spiętrzonych furgonach,
Że wiązki siana lgnęły do chmur; te, które pospołu
Weseliły się leżąc w poświacie świeżo świeżo dojonej

Pod ufnie jasnym kształtem księżyca, kiedy w półmroku,
Fruwały ich spódnice; nieśmiałe przy chłopcach głośnych,
Niech mnie w wielkiej przesiece przytulą do swego prochu,

Te, co o zieleń wcześniej w żywopłot rozkoszy rosły.

Dawniej ich proch był ciałem, w które świniarczyk zuchwały
Wdzierał się śpiesznym światłem ud w ślubnych oparach chlewu,
Ciałem rozkrzyżowanym ku niebu gnojnemu; lub ciałem,
Co legło z ogrodnikiem w owocni słonecznych krzewów
szorstkich jak krowi ozór i wplątujących jeżyny
W ich maślankowe grzywy, pod złotym lata pożarem;

Lub ciałem falującym w księżycu jak jedwab płynny
Białych i kaczych jezior,co drżą od gradowych ziaren.

One – kwiat oblubienic przydrożnych w domu wśród głogów -
Słyszały, jak mróz wabią zalotne pola; słyszały,
Jak futrzana brać pędzi jasnowidzącą dnia drogą
Przez nawy ostów, póki przez pierś nie przeleci biała

Sowa, jak skoczna łania harcuje i jak po zboczu
Jeleń mknie w las po miłość, gdzie lisi płomień się pieni,
Jak ptaki i zwierzęta zgiełk zgodnym chórem podnoszą

A tępy ryjek kreta wędruje pod stropem ziemi;
One – maślane tłuste gąski z miodnymi piersiami -
Podskakiwały w łóżkach pod cielskiem króla gąsiorów,
Bite z sykiem skrzydłami; zmarły, zniknęły w tym samym
Jęczmiennym mroku, w którym tańczyły wiosenną porą
Ich chodaki, fruwały świetliki szpilek do włosów
A stogi biegły wkoło – (ale dla mlecznych swych uli
Nie mają dzieci; nagie, jałowe głazy bez głosu,
Na gruntach Matki Gęsi do swoich Jaśków się tulą) -

Kulik mnie woła, abym całował usta ich prochu.

Proch garnków i zegarów kołuje z wiatrem, gdzie pędzi
Wóz pełen siana albo rdzewieją kuchnie z paprocią
Jak krzywe ogrodnicze noże, co ptasie gałęzie
Przycięły mi dłoń, kobiety z domów, gdzie plony klękały,
Wy, co znacie płynący z martwą niedzielą głos dzwonu
I deszcz wyżymający język nad dachem spłowiałym;
Nauczcie mnie miłości, wiecznej zieleni na grobie,
Żywej, odkąd na krzyżu zgubionym wśród trawy słońce
Obmyło Ukochanego, a z Córek zdarli żałobę
Ci, co ich pożądali długo w ulicach rodzących
Lisie szczenięta albo w skruszonym lesie: to dla nich
Miłość kobiet ze wzgórza, dla zmarłych i nieśmiertelnych
Pod każdym południkiem, między czułymi drzewami

I córki mroku płoną ogniem Guy Fawkesa jesiennym.

z tomu „In Country Sleep”, 1952

wersja oryginalna pt. „In the White Giant's Thigh”
w temacie Poezja anglojęzyczna

Wszystkie wiersze w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka

*notka o autorze, inne jego wiersze w wersji oryginalnej i linki
do polskich przekładów w temacie Poezja anglojęzyczna
Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 07.10.12 o godzinie 06:58
8.01.2011, 12:41
Krystyna

Krystyna Bielarczyk Wędrówki po górach,
rubieżach poezji i
miłości

Temat: "Poeci przeklęci"


Obrazek

Wincenty „Witek” Różański (ur. 12 lipca 1938 w Mosinie, zm. 3 stycznia 2009 w Poznaniu) - ostatni polski poeta przeklęty, przyjaciel Edwarda Stachury, znajomy Andrzeja Babińskiego. Na uwagę zasługuje fakt, iż Różański utrzymywał się tylko z własnej poezji, toteż wstęp na jego wieczory autorskie bywał płatny, czasem z zastrzeżeniem, że "jeżeli nie masz na bilet, przyjdź ze swoim wierszem".
Należał do grupy literackiej „Wiatraki” (1956-59) i „Wiry” przy ZMW (1965-1974). Debiutował na łamach „Głosu Wielkopolskiego” w 1963 roku w zbiorowej kolumnie młodych poetów poznańskich wierszem Bohema.
Opublikował do tej pory: Wiersze o nauce nawigacji między kamieniami (1968; arkusz), Dziecko idące jak włócznia śpiewało (1970), A brzoza kwitnie (1973; arkusz), Przed czerwonymi słońca drzwiami (1976), Mieszkam w pogodzie (1979), Zakole (1981), Frente A La Puerta Roja Del Sol (1983; meksykański wybór jego wierszy w przekładzie na hiszpański, tłum. Barbara Stawiczak - Minoz), Światłolubne (1984), Wiersze - dzieci (1985), Nam ciszy nam wiatru potrzeba (1986), Bądź pozdrowiona chwilo... (1989; wybór wierszy), Będziemy piękniejsi (1990), Oddech i gest (1990), Córeczka poezja (1993), Wszystko nie to (1998), Została pusta karta dań tego świata (1998), Chciałem zmienić świat (1999), Ręce Marii Magdaleny (2000), Wędrujemy do Szeol (2001; wybór wierszy), Posrebrzane pola słów (2001; wydanie limitowane wydane razem z wierszami Krzysztofa Wiśniewskiego).

* * *

jakże dziś ładnie matko opowiadasz
jak szopen lub jaki artysta
rozumiem wszystko jest oczywiste
lecz wytłumacz mi proszę
kiedy spotkam człowieka gadać nie umiem

może to wszystko literacka bzdura
dała mi do ręki list
i chodzę z nim w kieszeni aż po ptaków świt

wytłumacz mi jeszcze proszę
co to za gwiazda świeci nad nami
ziemia spod nóg ucieka a gwiazda rani
albo gdy jako chłopiec chodziłem w parowy
jaki to bies zawrócił mi w głowie

niekiedy widzę że miłość jest
ale gdy przyjdzie cisza
i pójdę w ciszę
któż to opisze któż to uciszy

Przed czerwonymi słońca drzwiami, 1976

* * *

zeszły się z sobą moje słowa
schyliły głowy jak kruki
nad miasto spłynął cień
pochyliły się cienie, bruki

powiedziałem coś na dal
na falach domów obłoki
że rzucono śmierci szal
to tylko słońca loki
rozsypały się
to tylko...

Dziecko idące jak włócznia śpiewało, 1970

* * *

urodziłem się jasny jak kropla
śmierć brała w ramiona wielu
kto mnie zaciągnął w szeregi morskie
w tęsknoty ptaka w klatce

przyjdą przyjdą
i ziemia będzie rodzić
kamień porośnie różą
pozwól mi śnić nie odbieraj luster

dlaczego żyć jak zwłoki
przed czerwonymi słońca drzwiami

Przed czerwonymi słońca drzwiami, 1976

* * *

ogrodziłem moje życie kamieniami
spod zrosłych oczu widziałem jeszcze kolor
szyn dalekie echo jak padalec dopadało gruzu
wyciągnąłem więc rękę drzewa przenosząc
w okolice
gdzie nie można spokojnie myśleć
ale oddech mnie zwalał z nóg przed tobą

Dziecko idące jak włócznia śpiewało, 1970

* * *

pamięci Edwarda Stachury

a w tym pokoju spać nie mogę
inny pokój daj przyjacielu
ty za nami my przed tobą
gdzie tułasz się wierzycielu

przyjdę podpalę trawy twoje
na znak na zwycięstwo
twoje męstwo złożone w grobie
a moje oczy w tobie na klęskę

Wiersze dzieci, 1985

* * *

nie byłem tam gdzie nas nie ma
nie byłem dobrym żołnierzem
poetą trochę
wybaczcie mi ludzie
na wysokościach bóg i pegaz
wybaczcie dziewczyny że tak mało kocham

mnie już nic nie potrzeba
tylko taki obrazek
piesek szedł z sielskiej ostrobramską za mną
on wie że żywot krótki
a wszystko poniewczasie

Oddech i gest, 1990Ten post został edytowany przez Autora dnia 26.10.13 o godzinie 23:36
21.02.2012, 15:41
Grzegorz

Grzegorz Stasiak Emigrant, poeta

Temat: "Poeci przeklęci"

„Poeci przeklęci”. W zgodzie z tym, co powiedzieli już Ryszard i Michał, to od siebie dodam tylko, że bardzo to nierówny pojedynek,... bitwa artysty, poety z banałem i pretensjonalnością, szarościami reguł. To walka o siebie, by samemu nie być, stać się „banałem”. Tego nie da się pisać w (...) Zobacz więcej
30.04.2012, 23:21
Marta

Marta P. autorka "Oto
ona - oto on"

Temat: "Poeci przeklęci"


Obrazek


- Arthur Rimbaud ( 1854 - 1891), poeta francuski -
Pisal poezje wylacznie przez piec lat - od kiedy mial 15 lat az do ukonczenia 20 roku zycia. Pewnego dnia tak po prostu przestal tworzyc i absolutnie nic juz wiecej nie napisal (poza nielicznymi listami) przez 17 lat, tzn do konca swego zycia. Agnieszka Holland poswiecila mu film pt "Calkowite zacmienie" (film o Rimbaud, Verlaine i przyjazni jaka ich laczyla), ale publicznosc francuska niezbyt dobrze przyjela ten film, glownie przez Leonardo di Caprio, ktory co prawda zagral genialnie, ale w niczym nie przypominal Rimbaud.
Arthur Rimbaud wiele podrozowal, a raczej wloczyl sie po Francji, Europie, swiecie...jego przyjaciel E. Delahaye nazwal go "Czlowiekiem o podeszwach z wiatru".

Arthur Rimbaud - Pieśń najwyższej wieży

Niech zagości, niech zagości
Sezon miłości.

Czynię cierpliwości
Zawsze zapomniane.
Obawy, przykrości.
Do nieb uleciane
I głód tak niemiły
zaciemnia mi żyły

Niech zagości, niech zagości
Sezon miłości.

Tak jest też na łące
Wydanej niepamięci ,
Bujnej i kwitnącej
Ziołem I chwastem mści
Brzęczenia nieujarzmionych
much plugawych

Niech zagości, niech zagości
Sezon miłości

tłumaczenie: marta pycior

***

Arthur Rimbaud - Sezon w piekle : Noc piekielna

Przełknąłem legendarny haust trucizny. Po trzykroć niech będzie błogosławiona rada, jaka mi się przytrafiła! – Trzewia mi płoną. Gwałtowność jadu skręca me ciało, zniekształca mnie, powala mnie. Umieram z pragnienia, duszę się, nie mogę krzyczeć. To jest piekło, wieczne potępienie! Spójrzcie, jak wznosi się płomień! Płonę jak należy! Odejdź, demonie!
Czy mogę opisać wizję, wygląd piekła nie cierpi hymnów! Były to miliony czarownych istot, przyjemny koncert duchowy, siła i spokój, szlachetne ambicje, czy ja wiem?
Szlachetne ambicje!
I to jest w dalszym ciągu życie! - A jeżeli potępienie jest wieczne! Człowiek, który chce się okaleczyć, jest zupełnie potępiony, nieprawdaż? Wydaje mi się, że jestem w piekle, a więc jestem w nim. To jest wypełnianie katechizmu. Jestem niewolnikiem własnego chrztu. Rodzice, sprawiliście mi nieszczęście i uczyniliście je sobie. Biedne niewiniątko! - Piekło nie może zaatakować pogan. - To jest w dalszym ciągu życie! Później rozkosze potępienia staną się głębsze. Zbrodnię, szybko, abym wpadł w nicość, podlug prawa ludzkiego.
Zamilcz, no zamilcz!... To jest wstyd, wyrzut sumienia, tutaj: Szatan, który mówi, że ogień jest niegodziwy, że moja wścieklość jest okropnie głupia. - Dość!... Błędów, ktore mi się podpowiada, magii, podrobionych zapachów, zdziecinniałych melodii. - I pomyśleć, że znam prawdę, że widzę sprawiedliwość: mam zdrowy i konkretny osąd, jestem gotów na perfekcyjność... Pycha. - Skóra na głowie mi wysycha. Litości! Panie, boję się. Chce mi się pić, tak bardzo pić! Ach! dzieciństwo, trawa, deszcz, kamienie w jeziorze, blask księżyca, kiedy dzwonnica wybijała dwunastą... diabeł jest przy dzwonnicy, o tej porze. Maryjo! Panno Święta!... – Groza mojej głupoty.
Tam daleko, czyż to nie są dusze sprawiedliwe, które chcą dla mnie dobra?... Chodźcie ... Mam poduszkę na ustach, one mnie nie słyszą, to są zjawy. Ostatecznie, nikt nigdy nie myśli o innych. Niech nikt się nie zbliża. Czuję niebezpieczeństwo, to oczywiste.
Halucynacje są niezliczone. To jest dokładnie to, co zawsze miałem: - koniec z wiara w historię, zapomnienie zasad. Przemilczę to: wieszcze i wizjonerzy byliby zazdrośni. Jestem po tysiąckroć najbogatszy, bądźmy skąpi jak morze.
Ach, stało się! zegar życia zatrzymał sie przed chwilą. Nie ma mnie już na świecie. - Teologia jest poważna, piekło jest bez wątpienia na dole- a niebo na górze. - Ekstaza, koszmar, sen w gnieździe płomieni.
Same cwaniactwa w wiejskim wyczekiwaniu... Szatan, Ferdynand, biegnie z dzikimi nasionami... Jezus chodzi po purpurowatych kolczastych łodygach nie wyginając ich... Jezus chodził po wzburzonych nawałnicach. Latarnia nam go ukaże stojącego, białego, w ciemnych puklach, na brzegu szmaragdowej fali...
Odkrywam wszystkie tajemnice: tajemnice religijne lub naturalne, śmierć, narodziny, przyszłość, przeszłość, kosmogonię, nicość. Jestem mistrzem fantasmagorii.
Słuchajcie!...
Mam wszystkie talenty! - Nie ma tu nikogo i jest ktoś: nie chciałbym zatracac mojego skarbu. – Chce ktoś śpiewy murzyńskie, tańce hurysek*? Chce ktoś abym zniknął, abym nurkował w poszukiwaniu pierścienia? Chce ktoś? Będę wyrabiał złoto, środki lecznicze.
Polegajcie więc na mnie, wiara przynosi ulgę, prowadzi, uzdrawia. Wszyscy, przyjdźcie, - nawet małe dzieci - a pocieszę was, że odsłoni sie przed wami jego serce, cudowne serce! - Biedni ludzie, pracownicy! Nie prosze o modlitwy: z waszym zaufaniem tylko, będę szczęśliwy.
- Pomyślmy o mnie. To karze mi niewiele żałować świata. Mam szczęście, że więcej już nie cierpię. Moje życie nie bylo niczym więcej jak słodkim szaleństwem, to jest godne pożalowania.
Ba! Zróbmy wszystkie wyobrażalne miny.
Ostatecznie, jesteśmy poza światem. Żadnego więcej dźwięku. Mój takt zniknąl. Ach, mój zamku warowny, moja Saksonio, mój lesie wierzbowy. Wieczory, poranki, noce, dnie... Czyż jestem zmęczony!
Powinienem był mieć swoje piekło na złości, piekło na pychę, - i piekło pieszczot; potężny koncert.
Umieram ze znużenia. To jest grób, odchodzę do robaków, horror horrorów! Szatanie, kpiarzu, chcesz mnie rozbroić, swoimi wdziękami. Domagam się. Domagam się! ciosu wideł i kropli ognia.
Ach! podnieść się do życia! Rzucić okiem na nasze kalectwo. I ta trucizna, ten pocałunek tysiąckrotnie przeklęty! Moja słabość, okrucieństwo świata! Moj Boże, litości, ukryj mnie, nad wyraz źle się prowadzę! - Jestem ukryty i nie jestem ukryty.
To jest ogień, który wzbija się ze swoim potępieńcem.

* huryski - siedemdziesiąt dziewic oczekujących w raju na muzułmanów (przyp. tł.)

tłumaczenie: marta pycior

***

Marta Pycior edytował(a) ten post dnia 04.06.12 o godzinie 14:40
1.05.2012, 03:09
Marta

Marta P. autorka "Oto
ona - oto on"

Temat: "Poeci przeklęci"

SERGIEJ JESIENIN (1895-1925), poeta rosyjski. Wychowawany najpierw przez dziadkow, pozniej w zamknietej szkole cerkiewnej. Swoje pierwsze wiersze pisal w wieku 14 lat. Cztery lata pozniej zrozumial swoje poetyckie powolanie. Prowadzil hulaszczy tryb zycia, byl pieciokrotnie zonaty, Podrozowal po Rosji i po swiecie, mial przelicznych przyjaciol, w tym wielu poetow, ostatecznie zmarl w samotnosci w anonimowym pokoju hotelowym. Szalony geniusz.



Сергей Есенин


(1923) Мне осталась одна забава:
Пальцы в рот - и веселый свист.
Прокатилась дурная слава,
Что похабник я и скандалист.

Ах! какая смешная потеря!
Много в жизни смешных потерь.
Стыдно мне, что я в бога верил.
Горько мне, что не верю теперь.

Золотые, далекие дали!
Все сжигает житейская мреть.
И похабничал я и скандалил
Для того, чтобы ярче гореть.

Дар поэта - ласкать и карябать,
Роковая на нем печать.
Розу белую с черною жабой
Я хотел на земле повенчать.

Пусть не сладились, пусть не сбылись
Эти помыслы розовых дней.
Но коль черти в душе гнездились -
Значит, ангелы жили в ней.

Вот за это веселие мути,
Отправляясь с ней в край иной,
Я хочу при последней минуте
Попросить тех, кто будет со мной, -

Чтоб за все за грехи мои тяжкие,
За неверие в благодать
Положили меня в русской рубашке
Под иконами умирать
*

Pozostała mi jedna zabawa
Z palcami w ustach - wesoły gwizd
Skończyła się durna ma sława,
Żem cham i awanturnik

Och! Co za śmieszna szkoda!
W życiu tego jest wiele
Wstyd mi, że wierzyłem w Boga
Gorzko mi że już dzisiaj nie

O, złociste, dalekie horyzonty!
Wszystko spłonie w mroku powszedniości
Jeżeli urządzałem skandale i burdy,
To właśnie po to aby rozjaśniac ciemności

Dar poety - pieścić i kreślić
Mistyczny na na nim znak
Biała róża i czarny gad
Chciałbym ich teraz pożenić

Niechby się nie działy, niechby nie przepadły
Te pomysły różanych dni.
Ale jeśli diabły sie w mym umyśle zagnieździły
To znak że aniołowie byli już w nim

W zamian za te radosne mgły i tumany
Idąc z nimi do nieznanej mi krainy
Chcę w ostatniej godzinie
Poprosić tych, którzy zostaną przy mnie

Aby za wszystkie me grzechy ciężkie,
Wyśmiewanie błogosławieństwami
Położyli mnie w ruskiej rubaszce
Abym mógł umierać pod ikonami

tłumaczenie: Marta Pycior
*

Czarny człowiek

Przyjacielu mój, przyjacielu,
Jestem bardzo a bardzo chory!
Nie wiem, skąd się wzięło to, co boli.
Czy to świszcze tak wiatr
Nad bezludnym i pustym ugorem,
Czy, jak we wrześniu gaj,
Ogałaca mi mózg alkoholizm?
Moja głowa uszami macha
Jak ptak skrzydłami,
Na szyi nogi.
Ona tkwić już sił nie ma dłużej.
Czarny człowiek,
Czarny, czarny,
Czarny człowiek
Siadł na łóżku i patrzy na mnie,
Czarny człowiek
Całą noc spać nie daje i nuży.
Czarny człowiek
Po kartach wstrętnej księgi
Wodzi palcem i mrucząc nade mną,
Jak mnich nad umarłym,
Czyta mi żywot
Jakiegoś łobuza i włóczęgi,
Napędzając smutek do duszy
I lękiem chwytając za gardło.
Czarny człowiek,
Czarny, czarny.
"Słuchaj, słuchaj -
Mamrocze tuż przy mnie -
W księdze jest wiele
Najpiękniejszych myśli i planów.
Człowiek ten
Wiódł swe życie w krainie
Najohydniejszych
Zabijaków i szarlatanów.
W grudniu w tym kraju
Śnegi czyste diabelnie,
Na wesołych kołowrotkach
Przędą tam zamiecie.
Człowiek ten
To awanturnik, ale dzielny,
Marki najwyższej,
Jakiej nie znajdziecie.
Był przystojny,
Był przy tym poetą,
Choć z niezbyt wielką,
Ale chwytną siłą,
I jakąś kobietę,
Przeszło czterdziestoletnią,
Zwał niegrzeczną dziewczynką
I swoją miłą.
Szczęście - mówił -
To zręczność umysłu i ręki,
Wszystkie niezręczne dusze
Jako nieszczęsne są znane.
To nic,
Że tak wiele męki
Sprawiają gesty
Złamane i zakłamane.
W czas nawałnic i burz,
Gdy życie zastygnie i uśnie,
Przy cięzkich stratach
Lub gdy smutek do serca zapuka,
Udawać prostotę i uśmiech -
To najwyższa na świecie sztuka."
"Czarny człowieku!
Tak nie waż się mówić! To nie to!
Przecież nie jesteś nurkiem
W cudzych głębinach na zwiadach.
Co mnie obchodzi życie
Skandalicznego poety!
Proszę Cię, innym
Czytaj i opowiadaj."
Czarny człowiek
Wzroku ze mnie nie zwodzi.
I oczy się pokrywają
Rzygowiną modrą i mokrą,
Jakby mi chciał powiedzieć
Że jestem hultaj i złodziej,
Który kogoś tak bezwstydnie
I bezczelnie okradł.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Przyjacielu mój, przyjacielu,
Jestem bardzo a bardzo chory,
Nie wiem, skąd się wzięło to, co boli.
Czy to świszcze tak wiatr
Nad bezludnym i pustym ugorem,
Czy, jak we wrześniu gaj,
Ogałaca mi mózg alkoholizm?
Mroźna noc.
Na dworze cisza i spokój.
Siedzę sam przy okienku,
Na przyjaciół ni gości nie czekam.
Sypkim wapnem pokryta
Cała równina naokół
I drzewa, jak kawalerzyści,
Zjechały się w sadzie z daleka.
Płacze gdzieś
Nocny ptak złowieszczy,
Jeźdźcy drewniani
Sieją stuk kopyt podkutych.
I oto ten czarny
Siada przy mnie w fotelu raz jeszcze,
Uchylając cylindra,
Z niedbale rozpiętym surdutem.
"Słuchaj, słuchaj! -
W twarz mi patrząc mówi chrapliwie
I coraz bliżej, i bliżej
Pochyla się nade mną -
Nie widziałem, żeby taki jak ty
Niegodziwiec
Tak niepotrzebnie i głupio
Cierpiał na bezsenność.
Ach, może się mylę!
Przecież księżyc dziś świeci na niebie.
Czegóż więcej potrzeba
Światkowi w upojnej drzemce?
Może z grubymi udami
Skrycie "ona" przyjdzie do Ciebie,
A Ty będziesz jej recytował
Swoje zdechłe, męczące wiersze?
Ach lubię poetów!
Zabawne to towarzystwo.
Znajduję w nich zawsze
Historię sercu znajomą -
Jak pryszczatej studentce
Potworne chłopisko
Długowłose prawi o światach
I ocieka śliną zmysłową.
Nie wiem, nie pamiętam,
W pewnej wiosce,
Może pod Kaługą,
Może pod Riazaniem,
Żył chłopczyk
W rodzinie chłopskiej, prostej,
Jasnowłosy,
Z niebieskimi oczami.
I oto podrósł,
I został poetą,
Choć z niezbyt wielką,
Ale chwytną siłą,
I jakąś kobietę,
Przeszło czterdziestoletnią,
Zwał niegrzeczną dziewczynką
I swoją miłą."
"Czarny człowieku!
Wstrętny z Ciebie gość!
Tą sławą dawno, dawno
Jużeś się otoczył."
Jestem zły, rozjuszony
I z całą wściekłością
Biję go laską w pysk,
Między oczy...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
... Miesiąc umarł,
Świt niebieszczeje nad drogą.
Ach, nocy, coś narobiła,
Nocy, bodajś przepadła!
Stoję w cylindrze na głowie,
Nie ma przy mnie nikogo.
Jestem sam...
I stłuczone zwierciadło...

1925 tl. Władysław Broniewski
*

Pożegnalny wiersz Jesienina,(przed samobojstwem) napisany wlasna krwia:
(mial wtedy 30 lat)

Wersja oryginalna
До свиданья, друг мой, до свиданья.
Милый мой, ты у меня в груди.
Предназначенное расставанье
Обещает встречу впереди.

До свиданья, друг мой, без руки, без слова,
Не грусти и не печаль бровей,-
В этой жизни умирать не ново,
Но и жить, конечно, не новей.


До свиданья, друг мой, до свиданья.
Милый мой, ты у меня в груди.
Предназначенное расставанье
Обещает встречу впереди.

До свиданья, друг мой, без руки, без слова,
Не грусти и не печаль бровей,-
В этой жизни умирать не ново,
Но и жить, конечно, не новей.

Tłumaczenie Tadeusza Mongirda
Żegnaj, przyjacielu, do widzenia,
Drogi mój, od krwi serdecznej bliższy.
Ta rozłąka w ciemnych przeznaczeniach
Obietnicą połączenia błyszczy.

Żegnaj bez uścisku dłoni i bez słowa.
Nie martw się, cień smutku z czoła przegoń.
W życiu ludzkim – śmierć to rzecz nie nowa,
A i życie samo – nic nowego
*
*
Napisal wtedy takze:
"Po cóż

powiększać
liczbę samobójstw?
Lepiej
zwiększ
produkcję atramentu!"Marta M Pycior edytował(a) ten post dnia 07.10.12 o godzinie 12:47
13.05.2012, 17:07
Marta

Marta P. autorka "Oto
ona - oto on"

Temat: "Poeci przeklęci"

Leon Deubel (1879 - 1913) - poeta francuski zaliczany do grona "Poetow przekletych". Dosc szybko opuscil rodzinny dom, kiedy to po rozwodzie rodzicow oddany zostal na wychowanie wujowi. Biedny, niezaadoptowany do zycia w spoleczenstwie nie potrafil utrzymac pracy, . W swojej poezji inspirowal sie Verlainem, pisal glownie sonety, ktore w wiekszosci nie zachowaly sie. Deubel mial 34 lat, kiedy wiosna 1913 roku zniszczyl wszystkie manuskrypty przed samobojczym rzuceniem sie w wir rzeki Marne.


Obrazek


Nieszczęście - Leon Deubel

Panie! jestem bez chleba bez domu, bez marzeń.
Przez moją nagość ludzie mnie odrzucili,
Nie poznali mnie braciszkowie twoi
Ponieważ jestem blady i ponieważ płaczę.

Kocham ich pomimo wszystko, bo tak stoi w piśmie.
Dowiedziałem się od nich, że życie jest goryczą,
Ponieważ nie ma kobiety, która zechciałaby być mi matką,
I nie ma serca, które usłyszy moje wołanie.

Czuję, wokoło, że hałasy wyciszyły się,
Że ludzie są zmęczeni od wiecznego ucztowania.
Prawdą jest, że są głusi na nawoływania.
Panie! Wybacz mi - jeżeli nie pokochali mnie !

Panie! trwałem bez snu ale oto księżyc
Wznosi się po jasnym niebie jak po górskiej drodze.
Jego pocałunek jest zesłaniem Ducha Świętego na mnie
Kiedy odprowadzałem moją boleść na krańca szczyt

Ale spragnionym chleba i pocałunków! Panie!
Ogromna potrzeba miłości dręczy mnie i prześladuje,
A na mojej ławce z nieociosanych kamieni nastają po sobie
Te duchy z miasta Celles, które miały przynieść uspokojenie.

W ciemną nieskończoność emigruje szybująca godzina,
Uspokoiło się niebo, kroki stąpają w ciszy,
Wczesny świt ukazuje pnie drzew w lesie baśniowym,
A Życie, jeszcze teraz ogromne, się rozpoczyna!

(1900, plac Carrousel, 3 godzina w nocy)

*

tłumaczenie: marta pyciorMarta P. edytował(a) ten post dnia 01.06.12 o godzinie 18:07
31.05.2012, 23:53
Marta

Marta P. autorka "Oto
ona - oto on"

Temat: "Poeci przeklęci"

Tristan Corbiere (1845-1875) poeta francuski zaliczany do grona poetow przekletych. Byl wyjatkowo ekscentryczny, ironiczny tak wobec siebie jak i wobec swojej tworczosci. Jedyny tomik poezji wydany za jego wlasne pieniądze Corbiere nazwal “Milosc udawana” , co najlepiej odzwierciedla intencje autora. Uwielbial brzydote, sarkazm, paradoks i absurd. Choroba gruzlicy, na ktora zapadl w wieku mlodzienczym wykanczala go. Gdy po ukonczeniu szkoly mając 19 lat, po krotkiej wloczedze po Francji osiadl w Bretanii, mieszkancy miasta powszechnie nazywali go “Astkoff” - “Widmo smierci” (w jezyku bretonskim). Zmarl bardzo mlodo, nie mial jeszcze skonczonych 30 lat, w samotnosci, bardzo chory, nieszczesliwy, nie uznany przez wspolczesnych za poete. W osiem lat po smierci Verlaine zlozyl hold Corbiere’owi poswiecając mu caly rozdzial w swojej pracy “Poeci przekleci” (1883)


Obrazek


Chcialabym przedstawic wiersz Tristana Corbiere: sonet odwrocony - zbudowany nie wg zasady powszechnie stosowanej 2 tetrastychy i 2 tercyny , ale odwrotnie dwie tercyny rozpoczynaja wiersz. Mozna tu takze zauwazyc rym tzw francuski w tercynie ccdeed a w tetrastychach Corbiere zastosowal rym poczworny abba, cbbc

Tristan Corbière - Ropucha (z tomiku: "Miłośc udawana”)

Jakiś śpiew w nocy, tak duszno ...
- Księżyc męczy metalicznie jasno
Dziury w ciemnych zielonościach.

... Jakiś śpiew; niczym echo, żywe
Pochowany, tutaj, pod masywem ...
- Należy zmilczeć: Chodź, to jest tu, w podcieniach ...

- Ropucha! - Skąd ten strach?
Stań obok mnie, we mnie masz rycerza wiernego!
Poeta bezskrzydły, sztywny - spójrz na niego.
Słowik błotnisty... - Makabra! Ach! -

... Ona śpiewa. - Makabra!! – dlaczego makabra?
Nie widzisz jego oka świetlistego...
Nie, ona chowa się, zimna, do stosu kamiennego.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Dobranoc - ta ropucha to właśnie ja.

Dzisiejszym wieczorem, 20 lipca.

tłumaczenie: marta pycior

Tytulowa "Ropucha" w jezyku francuskim jest rodzaju meskiego i pomimo posiadania licznych znaczen tutaj ma wyrazne znaczenie pejoratywne. We Francji takim slowem nazywa sie brzydkich malych mezczyzn - odpowiednikiem bylby "konus", jednak ze wzgledu na sytuacje, w ktorej znajduje sie ropucha zdecydowalam sie nie szukac zamiennika, bowiem tytulowa ropucha "spiewa"schowana pod kamieniem - (przyp.tł.)

*****
A oto inny wiersz, ktory to odzwierciedla wielką milosc Corbiere do Oceanu, na ktory wyplywal ze swojej Bretanii gdy tylko zdrowie mu na to pozwalalo.

Tristan Corbière - List z Meksyku

Veracruz, 10 luty.

"Powierzyliście mi swego syna. Już nie żyje.
Był nam więcej niż kompanem, pełen dobroci.
Załoga... nie ma jej już wcale. Być może powróci
Kilkoro z nas. Takie ci to życie.

Nic piękniejszego dla mężczyzny, jak majtka fach;
Wszyscy na lądzie rzecz jasna – zazdroszczą.
Nie widzą żadnych ułomności. A jednak: Widzicie jak
Nauka jest tu niebezpieczną bardzo pracą.

Płaczę zaznaczając to, ja, filibustier stary.
Mógłbym sobie skórę zedrzeć bez żadnego zachodu
Aby ją wam wysłać ... bo nie poczuwam się do kary:
W nieszczęściach nie znajdziesz powodu.

Febra jest pewna tutaj, jak śnieg w zimie,
Na cmentarzu każdy z nas ma swój przydział.
Jeden żołnierz w Afryce – Paryżanin jednakże -
Ogrodem aklimatyzacyjnym gorączke zwał.
.
Pocieszcie się. Człek tutaj jak mucha zdycha
...Znalazłem w jego torbie pamiątki:
Portret dziewczyny i parę kapci z Maroka
Z napisem – „Prezent dla mojej siostrzyczki”

Powiedzcie jego mamie: że mówił zawsze swoj pacierz.
Ojcu:, że lepiej byłoby gdyby zginął na wojnie.
Dwaj aniołowie czuwali w godzinie jego ostatniej:
Jeden majtek. Jeden dzielny żołnierz."

Tulon, 24 maja

tłumaczenie: marta pyciorMarta M Pycior edytował(a) ten post dnia 01.08.12 o godzinie 17:47
2.06.2012, 16:24

konto usunięte

Temat: "Poeci przeklęci"


Obrazek
Andrzej Bursa (1932-1957) – poeta, prozaik, dramaturg i dziennikarz. Urodził się
w Krakowie. Przez miesiąc studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim,
po czym przeniósł się na studia filologiczne ze specjalnością języka i literatury bułgarskiej.
W latach 1954-1957 pracował jako reporter „Dziennika Polskiego” w Krakowie. W tym czasie zaczął też uprawiać twórczość literacką, przerwaną przedwczesną śmiercią. Andrzej Bursa zmarł nagle w 1957 roku w wieku 25 lat. Po jego śmierci narodził się mit jego samobójstwa, ale prawdziwą przyczyną śmierci była niewydolność aorty. Utwory Bursy, pełne przekory
i buntu wobec świata, pisane często potocznym językiem łącznie z wulgaryzmami, zyskało mu szybko rozgłos „poety przeklętego”.
Za życia wydał tylko tomik „Głos w dyskusji o młodzieży” (1954). Pośmiertnie ukazały się: „Wiersze” (1958) i „Utwory wierszem i prozą” (1969). Od 1967 roku przyznawana jest corocznie w Krakowie młodym poetom Nagroda Literacka im. Andrzeja Bursy.

Rankiem w parku

Rankiem odprawiając w parku rekolekcje z drzewami
spotykam samotnika z walizeczką na ustronnej ławce
zaglądam do walizeczki
brrr
w walizeczce poćwiartowane
niemowlę
dyskretnie skręcam w boczną aleję
idzie jakiś
tobół tobół dźwiga
pac... z toboła wypada ucięta noga kobieca
tego już za wiele
uciekam w najodleglejszy zakątek
gdzie park łączy się z wygasłym szutrowiskiem
tu mogę spotkać tylko znajomego niedojdę-buchaltera
amatora zielnika
ale cóż to koło niego kroczy?
koń?
pies?
coś mniejszego od konia
a wznioślejszego od doga
ach... to Chimera
on tu pasie w samotności swoją Chimerę
biedny staruszek

1957

Pierścień-tęsknota

Szedłem ulicą znużony od zgryzot
I młodość moja jak noc źle prześniona
Bladym promieniem na ulicznych flizach
Gasła splątana i nieodgadniona

Mym gorzkim słowom obrośniętym żalem
Już się herbata należy i nocleg
O przepadnij gdzieś w ulicznej dali
Z wozów hałasem i odorem ostrym

O Boże - znowu ranek się zaczyna
W chmur kłębowisku Jak przeżyć mam dzień ten
Wąskie okienko - a za nim dziewczyna
Na kanwie legły jej paluszki cienkie

Na szare płótno jasny lok opada
Widać jej w pracy przeszła cała noc
Od chwil bezsennych policzki jej blade
I cicho szepnął jej poety głos

- Cóż ja wiedziałem gdy poznałem miłość
Matkę i ojca zostawiłem tam
- Ja jestem z tobą miły mój ach miły
Pierścień-tęsknota złączy serca nam

Cóż ci dać mogę - jasną krew dziewczęcą
Czułością moją ozdabiać twe dni
Miłością wierną i stałością żeńską
Pierścień-tęsknotę ofiaruję ci

Katownie

Co dzień odwiedzam katownie
katownie wykrzywione grymasem secesji
katownie urządzone ze złym smakiem
katownie domy szpitalne
mieszkania przyjaciół
monumentalne budy hyclów w śródmieściu
i ubogie ogródki pokątnego cierpienia
siadam na sprzętach
przygotowanych zawczasu by mnie torturować
pozwalam zgniatać się ścianom
wstrząsać szokami
znam katownie projektowane jako przedsionki raju
jako ciche przystanie
ba nawet
świątynie uciech

1957

Pochwała władz miejskich

Nie przemawiam z pozycji człowieka przerażonego
lamenty na temat owej hiper-hochenergii
zdolnej rzekomo
zamienić nas w srebrny deszcz
napawają mnie niesmakiem
jak prowincjonalne anegdoty
pretorianie
również mnie nie wzruszają
za wiele widziałem kłódek z pancerzy

tylko egzekutorzy od gazu
elektryczności
i
psich medali
ci nędzarze
nękający nas nieuchronnie
i regularnie
nie zrażając się naszą arogancją
tylko oni
wzbudzają respekt.

1957

Inne wiersze Andrzeja Bursy w tematach:
Narzędzia – przedłużenie człowieka, Zapach w poezji, „Wystarczyła ci sutanna uboga”..., Czas, zegary..., Na miejskich ulicach, Gry: towarzyskie, sportowe, hazardowe i inne/Nudzę się, nudzę piekielnie..., Na wesoło (?), Zawody i profesje widziane okiem poety, Śmierć, Bajki, Poezja śpiewana, Nauczyciele – w szkole i w życiu/Poetycka garderoba..., Między sacrum a profanum (motywy religijne w poezji świeckiej), Skąd Tęczy okrąg..., Przemoc w majestacie prawa, Nogi, stopy i wszystko to, do czego służą, O przyjaźni w poetyckich strofach, Widzę ich w duszy teatrze..., Listy poetyckie, Blask (wysokich) okien/Poezja kolei żelaznych, Wątki szekspirowskie w poezji, Dawni Mistrzowie, Dziecko jest chodzącym cudem..., Poezja i architektura, Dlaczego piszę?,
W głąb siebie... („Szaleństwo i geniusz”)
, Jak wysłowić konia czerń...?, Portret (super) męski, s. 1, s. 2, Poezjomalowanie..., Inspiracje, nawiązania i parafrazy poetyckie, Na wesoło(?)/Wiersze na każdy dzień tygodnia, Siersciuchy, Nihilizm (papierosy i wódka, zło i brzydota), Za bramą piekieł, czyli motyw diabła w poezji, Ogród przedziwny/ Kalendarz poetycki na cały rok, s. 3,s. 24/ Jesień przychodzi za wcześnie..., Wiara,
Nadzieja, Między bogactwem a ubóstwem, Totalitaryzm, W nigdzie nic..., czyli o pustce w poezji, Życie po życiu
Anna B. edytował(a) ten post dnia 09.10.12 o godzinie 21:39
8.10.2012, 16:39

Następna dyskusja:

Poeci poetom




Przeglądaj dyskusje w tej grupie

Setki wypowiedzi

Zobacz o czym się teraz dyskutuje

Pytania i odpowiedzi

Znajdź odpowiedź na swoje pytanie

Wyślij zaproszenie do