konto usunięte

Temat: Elegia

Elegia – utwór liryczny, który charakteryzuje podniosły, poważny, refleksyjny lub smutny ton wypowiedzi, dotyczy spraw egzystencjalnych (sens życia, przemijanie, śmierć), osobistych (miłość, przyjaźń) lub patriotycznych. Wywodzi się ze starożytności, za mistrza tego gatunku uważa się w literaturze rzymskiej Owidiusza. W czasach nowożytnych elegie pisali m. in. John Milton, Johan Wolfgang Goethe, Aleksander Puszkin, Rainer Maria Rilke, a w Polsce: Jan Kochanowski, Franciszek Karpiński, Józef Czechowicz, Krzysztof Kamil Baczyński, Władysław Broniewski, Mieczysław Jastrun, Jarosław Iwaszkiewicz, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert.

Krzysztof Kamil Baczyński

Elegia II


Cień Twój na drzwiach przykuty białym światłem lampy
kołysze się cichutko w takt łez, co szeleszczą,
i płynie łukiem długim w ciszy nieskończoność.
Cienie, Twe ręce jasne od świetności pieszcząc,
mówią o tym, co przeszło i co czeka jeszcze...
Nie szukaj słów w milczeniu moim duszośpiewnym,
nie przebieraj palcami dni zmarłych korali
rozsypanych w pamięci w kolorowe słońca...
nie patrz...
blask słów jak pióra barwiste się spalił,
jak skrzydła błękitnawych ptaków wyobraźni.
Słowa dawne Przepadły w nieskończoną przepaść,
słowa nowe dymami się plączą po ziemi...
nie patrz...
żeby w noc ciemną kamieniami nie paść,
słuchaj, słowa szeleszczą:
nie patrz... nie mów... nie myśl...

VII. 38

Elegia IV

Ach, mówiłbym ci o nocach zbitych gradem jak ptaki,
mówiłbym słowa błędne o drzew tragicznych twarzach,
o latarniach jak świece, gaszonych krepą wiatru...
ach, mógłbym... mógłbym dzień jak oczy spokoju przerażać...
Patrz... noc uderza w martwe akordy cieni,
droga odchodzi w gorzkich łkaniach latarń. -
Jak trudno szczęście w karty papieru zamienić.
Jak trudno w oczach dalekich szukać odbić świata.
Patrz... oczy-smutni pielgrzymi odchodzą drogą -
spłakaną wiatrem, ciężkim, czarnym samobójcą,
można nie szukać gwiazd,
można nie płakać w ogrójcach,
noc można zgasić jednym ruchem dłoni.

II. 39 r.

Inną elegie Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w dalszej części tematu
oraz w temacie Motyw ojca - K. A.
Krzysztof Adamczyk edytował(a) ten post dnia 03.03.11 o godzinie 12:37
3.10.2008, 00:51

konto usunięte

Temat: Elegia

Rainer Maria Rilke

Elegie duinejskie

X


Żebym kiedyś u granic strasznego przejrzenia
radość i chwałę zaśpiewał przyzwalającym aniołom.
Żeby z mocno-kowanych młotków serca
żaden nie zawiódł na miękkich, niepewnych albo
rwących strunach. Żeby moja twarz trumieniejąca
rozpromieniła mnie; żeby niepozornym płacz
zakwitł. O, jak będziecie mi wtenczas miłe,
noce pełne strapienia. Żem was na klęczkach nie przyjął,
niepocieszone siostry, żem waszym włosom rozpuszczonym
nie poddał się cały. My, trwoniciele cierpień.
Jakże je przewidujemy, na smutne trwanie,
czy nie zakończą się może. Ale są przecież naszym
zimującym listowiem, naszym ciemnym barwinkiem;
są jedną z pór utajonego roku - nie tylko
porą - są miejscem, osadą, leżem, ziemią, siedzibą.

Lecz, biada, jakże są obce ulice Miasta Cierpienia,
gdzie w ciszy fałszywej, zrobionej z wrzawy zagłuszającej,
odlany z próżni kształt jaskrawo
uderza w oczy; gwar pozłacany, pęknięty pomnik.
O, jak doszczętnie stratowałby anioł ten ich Rynek Pociech,
odgraniczony kościołem, ich własnym gotowo-kupinym:
czystym, zamkniętym i rozczarowanym jak rząd pocztowy w niedzielę.
Ale na placu wiruje i wre po brzegi jarmark.
Huśtawki swobody! Nurkowie, kuglarze zacietrzewienia!
I wystrojonego szczęścia strzelnica z figurami,
gdzie tarcze blaszane dygocąc brzęczą,
gdy strzelec sprawniejszy trafi. Od oklasku do trafu
dalej zatacza się, odurzony; gdyż kramy wabią wszelkimi
niespodziankami, bębnią i ryczą. Lecz dla dorosłych zwłaszcza
jest coś do zobaczenia, jak się pieniądz rozmnaża, anatomicznie,
nie dla uciechy tylko: narząd rodny pieniądza,
wszystko, całość i przebieg - to poucza i czyni
płodnym...
...O, ale zaraz za tym,
za ostatnim parkanem, oblepionym plakatem: "Los śmierci",
tego gorzkiego piwa, co się słodkie wydaje pijącym,
gdy na zakąskę żują wciąż nowe rozrywki..:
tuż za parkanem, na tyłach, coś w końcu istnieje naprawdę,
dzieci bawią się i kochankowie stronią z powagą - w lichej
trawie i psy uganiają się na swobodzie.
Młodzieńca ciągnie dalej; może kocha
młodą Skargę... Za nią wychodzi na łąki. A ona mówi:
- Daleko. My tam mieszkamy...
Gdzie? I młodzieniec
idzie za nią. Jej postać go wzrusza, Ramiona, szyja - może
jej ród jest święty. Lecz ją zostawia, odchodzi,
odwraca się, daje znak... Ale cóż? Ona jest Skargą.

Tylko młodzi umarli w pierwszym stadium
obojętności bez czasu, odwykania,
idą za nią miłośnie. Na dziewczęta
czeka i zaprzyjaźnia się z nimi. W zaufaniu
pozwala się im oglądać. W perłach cierpienia i w delikatnych
zasłonach cierpliwości. - Z chłopcami stąpa
milcząco.

Lecz tam, gdzie mieszkają, w dolinie, jedna ze starszych Skarg
bierze młodzieńca w opiekę, zagadnięta: - Niegdyś
byłyśmy rodem wspaniałym, my, Skargi. Ojcowie
pracowali w kopalniach, tam w wielkich górach; u ludzi
znajdziesz niekiedy złom oszlifowanego prabólu
lub gniew skamieniały w szlakę ze starego wulkanu.
Tak, to pochodzi stamtąd. Byłyśmy niegdyś bogate. -

I prowadzi do lekko przez krajobraz Skarg,
pokazuje mu słupy świątyń albo ruiny
owych zamków, skąd niegdyś książęta Krainy Trenów
mądrze władali. I pokazuje mu drzewa płaczu
wysokie i łąki rzewnie kwitnącego żalu
(żyjący znają je tylko jako łagodne listowie)
i pokazuje zwierzęta żałoby, Pasące się - czasem
spłoszy się ptak i przetnie spojrzenie ich płaskim lotem,
dalej, hieroglif jego osamotnionego krzyku. -
A wieczorem prowadzi go na groby pradziadów
z rodu Skarg, miedzy Sybille i wieszczów.
Lecz kiedy zbliża się noc; idą ciszej, i zaraz
księżycem wschodzi wysoko nad światem
stróżującym monument grobowy. Bliski krewny tamtego Nilu
wzniosłego Sfinksa: - zatajonej komnaty
Oblicze.
I zdumiewa ich głowa królewska, która na wieki
milcząc, twarz ludzką złożyła
na gwieździstych wagach.

Nie obejmie tego spojrzeniem we wczesnej śmierci
znikających. Lecz jej wzrok
spoza podwójnej korony wypłoszy sowę. I potrąciwszy
powolnym muśnięciem skrzydeł wzdłuż policzka
ową najdojrzalszą okrągłość,
miękko wrysowuje w nowy słuch umarłych
nad podwójnie otwartą kartą
nieopisany kontur.

A wyżej gwiazdy. Nowe. Gwiazdy Krain Cierpienia.
Powoli wymienia je Skarga: - Tu,
spojrzyj: Jeździec, Pastorał, i obfity gwiazdozbiór
zwany Wieńcem Owoców. A dalej w stronę bieguna:
Kołyska, droga, Płonąca Księga, Lalka, Okno -

Lecz na południowym niebie, wyraźnie i jak we wnętrzu
błogosławionej dłoni jasno błyszczące M,
które oznacza Matki...-
Lecz zmarły musi odejść, i milcząc prowadzi go starsza
Skarga aż nad krawędź wąwozu,
gdzie w blasku księżyca błyszczy
źródło radości. Z głęboką czcią
nazywa je, mówi: - U ludzi
jest ono spławną rzeką. -

Stoją u stóp górskiego pasma.
I oto nagle obejmuje go, płacząc.

On wchodzi samotnie na góry prastarego cierpienia.
I jego krok nie oddzwoni ni razu z głuchego losu.

*

Lecz może ci bezgranicznie umarli zbudziliby w nas przypowieść,
spójrz, pokazaliby może bazie jeszcze bezlistnej
leszczyny, zwisające, albo
myśleli deszcz, który spada na ciemną ziemię przedwiośnia.

A my, co o wznoszącym się szczęściu myślimy,
poczulibyśmy wzruszenie,
przerażające nas niemal,
gdy to, co jest szczęściem, pada.

przełożył Stefan Napierski


W temacie A może w języku Goethego? można przeczytać "Elegię I"
R. M. Rilkego z cyklu "Elegie duinejskie". - K. A.
Krzysztof Adamczyk edytował(a) ten post dnia 03.03.11 o godzinie 12:38
3.10.2008, 01:48

konto usunięte

Temat: Elegia

Josif Brodski

Elegia


Najmilsza moja, wciąż ta sama knajpa,
ciągle te same kicze lśnią na ścianach,
te same ceny. A czy lepsze wino?
Nie sądzę; ani lepsze, ani gorsze.
Nie ma postępu, i dobrze, że nie ma.

Pilot z pocztowej linii, jak upadły
anioł, sam goli wódę. No i jeszcze
skrzypce, zupełnie jak za dawnych czasów
drażnią wrażliwą wyobraźnię. W oknie
majaczą białe, jak panieństwo dachy, dachy,
a dzwony biją i huczą. Już ciemno.

Czemu kłamałaś? A mój słuch dlaczego
kłamstwa od prawdy nie może odróżnić
i oczekuje słów zupełnie nowych,
obcych dla ciebie - głuchych i nieznanych,
lecz które mogą być wypowiedziane
tak jak uprzednio, tylko twoim głosem.

1968

przeł. Katarzyna Krzyżewska
Marta K. edytował(a) ten post dnia 05.02.10 o godzinie 08:15
3.10.2008, 10:15

konto usunięte

Temat: Elegia

Józef Czechowicz

elegia niemocy


stąpają posłowie nocy
w ciężkich szatach z buczackich makat
szafirowy żwir spod karocy
zaskakał

idę orszakiem jesiennym
butwieją poetom śpiewy
ciemno
prycha koń we skrzydłach ogniobrewy

w dolinie tej za liściem liść
jak pieczęcie spadają na rude traw niebo
iść dokąd iść
z wierszem jak dym niepotrzebnym

posługiwały mi burze
widziałem dno
cień mnie swym głosem urzekł
apokalipsą zbudził
czy to
jest sprawa ludzi
opowiadać komu
nucę
powinien bym błyskać i grzmieć

tak oto snują się słowa listopadowe
szemrzące sennym listowiem
o czas
o ręce puste
nie mieć białego gromu
a chmurę mieć

z tomu "ballada z tamtej strony", 1932Krzysztof Adamczyk edytował(a) ten post dnia 06.09.10 o godzinie 12:36
3.10.2008, 12:06

konto usunięte

Temat: Elegia

Józef Czechowicz

ELEGIA UŚPIENIA


godziny gorzkie bez godów
czarny druk na pożółkłych stronicach
jakby ze stromych schodów
spływała w mroku żywica

zwija się zaułek zawiły
zagubiony we własnych załomach
tętnią mu rynsztoków żyły
rytmami dwoma

niebo sine niebo szare
domy szare domy sine
beznamiętnym obszarem
to niebo to miasto rodzinne

tylko myśli się miłość żywą
w myśli na bruku się klęka
naprawdę złotą niwą
faluje tylko piosenka

sen życie ujął
osłoda sen ciężki a nieważki
piękne zjawy sennie kołują
w krwawych ciemnościach czaszki

dni malowane zmierzchem
śniąc także jak zły list potargam

wtedy
kwiaty na gwiazdach wierzchem
rajskie ptaki obsiadają parkan
rzeką świateł ścieka śnieg zbrudzony
tęcz jest tyle tęcze lecą ulicą
jedna niesie konew
z żywicą
z żywicą
znów po ogniowych ogrodach
znowu ciemne korony
i w takt ociężałych kroków
spływa po czarnych schodach
żywica i miasto mroku
3.10.2008, 12:54

konto usunięte

Temat: Elegia

Krzysztof Kamil Baczyński

ELEGIE ZIMOWE

I.


Umarli bogowie. Kościoły
zieją jak puste trumny.
Śnieg -- stratowane anioły.
Gdzie wracam -- nierozumny?
Dyszy kadzidło. Dokąd
prowadzą ulice puste?
Nie zrówna echo krokom,
zgorzałe myśli -- ustom.
Oto usłyszę z portyków
długie treny procesji --
czarne kolumny mnichów --
sen, co się nigdy nie śnił.
Twarze z trocia i wosku,
świece łkające od gwiazd..
Z jakich czasów te kukły,
do jakich prowadzą miast?
Starcy o oczach z ołowiu,
dziewczęta o włosach z ognia!
wiatr wiotko wami powiał,
gdzie stoję jak pochodnia.
Gdzie stoję jak pochodnia
przybity za włosy do komet
wiejecie cieniście. Jak gromy
zastygłe w glinianych stągwiach.
Starcy mistycznych zdarzeń
zamarli w posągi gromnic,
kobiety w innym wymiarze
zamarłe w płaski pomnik --
skąd przychodzicie, dokąd
wiejecie przeze mnie śmiercią?
Jest ślepo. Śnieg nagrobki
zarasta kocią sierścią.

II.

A Więc odpływa pejzaż. Drzew przykute psy
łyskają kłami liści i kładą szorstkie głowy
na niebo z białych kamieni. Od dobrych i od złych
odchodzę wilk. Nie wzywa zielone echo dąbrowy.
Już ty nie przyjdziesz. Maszty, okręty głuchych polan
płyną do mórz południowych. A mnie do gwiazd północnych.
Słychać zgniecione trawy jak bąki u twych kolan.
Brzęczą mi drogi, szybują do konstelacji obcych.
Szybują konstelacje, mistyczne zodiaki. Przystaję -
wędrówka moja uchodzi o kiju wspomnień ślepa.
Pod maską nieba - jak bożka z zapachu innych krain,
nad sępy wrogich obłoków, nad moją samotność, nad przepaść.

III.

Białe charty na śniegu kładą smutne pyski
węsząc zgubioną gwiazdę. W zmierzchu idą cienie
zbiegłe od swoich ludzi. Kroki złe i śliskie -
- stawiam kolumny świątyń zburzonych. Przestrzenie
łagodnie odbarwione szybują czy stoją,
kiedy krokami wieki odmierzam w pokoju.
Wróćcie mi dni dziecięce jak trąbę archanioła -
zbuduję wam okręt, który przewiezie na żywy brzeg!
Oto czekacie, pomniki - zdrewniali święci w kościołach.
Słyszycie, wołam przeszłości, zaklęty w smutek i śnieg.
Nie szukać tropów pieśni, głuchego czasu nie wołać,
gdy tylko gacek echa noc omotuje głęboką.
Spływają widma ptaków. Nie ma już wracać dokąd.

IV.

Żegnaj księżniczko jawy. W akwarelowe miasta
pędzi koń mój drewniany płosząc ptaki krzewów,
gdy ty w kamienny pejzaż jak biały posąg wrastasz,
gdzie moją dawną maską płacze nad tobą niebo.
Miasta dzwonków miedzianych! W pokojach waszych ulic
gwiazdy płyną, gospody, a w szyldzie czerwony kogut,
tam w winny sześcian kubka jak w ciszę się zatulić,
cień nieprawdziwych ludzi jak totem zawiesić nad trwogą.
Trzeszczy zbroja, czerwono mury odbija jak rzeka
i płynie ze mną wśród wróbli, wśród czarnych lotów kruków.
Z kołyski siodła wieczorem wysiądę i poczekam
na zamek, który wzdłuż ulic nadejdzie w kolczugach łuków.
Zamkowe sale jak echo - sklepienia martwych chórów
obsiądą mnie, jak pomnik gołębi obsiada trzepot.
Znużony, zastygnę u sklepień; w strzelnicy rudego muru
twój portret sprzed lat zobaczę wprawiony w zimne niebo.
Twe oczy białe od marzeń zawloką mnie nad studnię,
gdzie skuty w drewniane dłonie płomień wody mdławy.
w tym wspomnieniu prawdziwym skoczę... a żółte południe
słońce uwiesi u szyi. Żegnaj, księżniczko jawy.

V. O łani

Po rdzawych śladach echa nie wytropię
łani z rubinowych łez.
Kiedy przejdziesz za chmury, tam graniczy kopiec,
gdzie tylko pręgą smutku jest myśliwski pies.
Po zżółkłych kroplach liści nie wywołam
płonących fregat gwiazd -
tam jak odarty z jaźni przez wiatr i tam wola
martwa jak dzban gliniany - wspomnień głaz.
w niebie ze szpilek śniegu - nie odszukam -
tam gwiazdy białe jak chłód.
Żadne zwierzęta mityczne nie szemrzą w czarnych bukach,
żaden dąb nie wyśpiewa tych nut.
Z nieba czarnej tablicy gwiazdy kredowe zetrzyjcie -
- pejzaż i tak zgaszony jak wieczorna wieś,
bo nad żadne jezioro urojeń nie przyjdzie
łania ubiegła w trwogę, w zagasłych komet ogień,
łania z rubinowych łez.

styczeń 1940 r.
3.10.2008, 14:08
Cezary

Cezary Lipka Poeta, publicysta

Temat: Elegia

Może się mylę, ale nastrój elegijny zawiera mój utwór bez tytułu pochodzący ze zbioru ,,Gloria victis'' (wiersze z lat 1983-87):

***

Nie uniosę dłoni dla miłości twojej
Nie podniosę powiek nie przybliżę ust
Owiany chłodem złożę ciało w cień
Na chwilę - nieskończoność

Czy miałaś kiedyś uczucie niezwykłe
Trumna skrzypi wzniośle puka grudka czarna
Zapach gromnic otula łza się toczy zwinnie
Tak tak to cudowne - teraz nic nie boli
Wtedy to było bicie w sądne dzwony
Puszczanie zwierząt w mury Coloseum
Przybyło zasług idea zakrzepła
Pośród szkarłatnych równych nad równymi

Nie usłucham głosu naiwności twojej
Nie zawitam zdumiony wśród kwiatów powodzi
Zniknę i tylko słowo przypominać będzie
Nikczemność (...) Zobacz więcej
3.10.2008, 15:53
Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: Elegia

Jan Brzechwa

Elegia pożegnalna


W dalekim lesie ciało dogorywa,
Wiatr zachmurzony wśród gałęzi śni,
Stoisz nade mną cała nieprawdziwa
I liczysz moje dni.

Brzozy młodnieją i białą bibułką,
Bibułką białą łuszczą swoje pnie,
Serce zamarło w trwodze przed kukułką,
Co już skazała mnie.

Ty i kukułka - dwa złowieszcze głosy,
Które witają, gdy pożegnać chcą,
A wkoło wrzosy, zeszłoroczne wrzosy
Całe pokryte rdzą.

Banalny pejzaż smuci twarz pobladłą,
Sączy się z nieba lazurowy czad.
Na mchu pożółkłym białe prześcieradło
Zakreśla cały świat.

Stoisz i milczysz wątłą swą żałobą,
Ale już dla mnie zdasz się garścią mgły,
Garścią obłoków, które razem z tobą
Płakać aż tutaj szły.

Zostaw samego mnie. I bądź szczęśliwa.
Słońce zachodzi, więc już idź, już idź!
Śmierć to jedyna liryka prawdziwa,
Dla której warto żyć.
3.10.2008, 17:22

konto usunięte

Temat: Elegia

Krzysztof Kamil Baczyński

Elegia o lecie


O, dziecinne oczy chabrów,
dojrzałość nasturcji.
Dzień jest jak okręt odpływający do Indii,
odpływający do Turcji.
Aleje prześnione o cieniach szerokich
baobabów lip.
Balkon sąsiedni fuga Bacha
pejzaż prowadzi pod kościół
i słychać koła nieba - planet skrzyp.
Cóż zostało?
Oto grób jest gliniana warstwa wspomnienia,
nieżywy kwiat o dziecięcych policzkach,
mój wiersz ostatni, który spaliłem,
została z niego mała, czarna różyczka.

początek 1940 r.

Elegia dziecięca

Na fortecy z białego piasku
bije zegar z kukułką trwogi.
Gdzie mnie wiedziesz, smutku, do laski
przykutego jak do pustej drogi?
Tyle lat to niebo obraca
jak zegara dziecinnego tarcza,
coraz dalej muszę powracać,
kiedy ziemi na drodze nie starcza.
Biorę ptaki zamarzłe do ręki
jak gałązki nieodrosłych wspomnień.
Wybuduję z rzewnych klocków piosenki -
- infantylny piaskowy pomnik.

1. Zima

I. Świerkowo rosną jabłka
pod ciszą dziecięcych poduszek.
Oto patrząc na śnieg szklany na ławkach
można w własną uwierzyć duszę.

II. Na rzece rąbią lód -
- kwadraty śliskie jak węgorz.
Oniemiali czekają na cud
przeżegnani drzew czarnych ręką.
A widmo wyrosłe pod strop
przybija nędzą, nadzieję.
Zima. Jakby zamarzły chłop
szukał panny gromnicznej w zawiei.

2. Wiosna

Pomnik rzeki prostuje twarz,
z której jasny wychodzi wodnik.
Ryczą statki. To drzewa jak maszt -
- podpalone zielenią pochodnie.
Odtajały ptaki na niebie,
ułożone w czarne konstelacje.
Na przedmieściach ruszają stacje
wraz z pociągiem o wędrownym chlebie.

3. Lato

Świętowid klaskał od polan.
Konik wodny w płaski klaskał kamień.
Uchyliłaś sukni zmierzchu od kolan -
Teraz smutek mój w motyla zamień.
O południu pod słońce - domki
stoją w ogniu białego pożaru.
W pylny pejzaż jak obcy Tonkin
przylatują srebrne lutnie komarów.
Oto ptaków pogańskie bożki.
Twarz złocona wyrzeźbiona w dębie.
Ulatują starożytne mity
przemienione w mosiężne gołębie.

4. Jesień

Puch brunatny porasta w obłokach,
złoty zodiak płynie z wysoka.
Obracają niedźwiedzie głowy
po powietrza przejrzały owoc.
Idzie zwierząt znużony masyw
jak wyprawy w pastelowe lasy.
Dokąd ptaki jak liście dążą?
Składam oczy księżniczce z brązu.
Świecznik dębu długo płowiał, aż ziścił
hymn grobowy do boga liści.
Przeszedł obłok, śpiew komarzej fletni.
Wyrzucono kwiat paproci na śmietnik.

Epilog

O, zodiaki zwierząt prawdziwych,
kołujecie w mych snach jak echo.
Otom posąg pogański wśród śmiechu
powalony w przydrożne pokrzywy.

4 II 41 r.Krzysztof Adamczyk edytował(a) ten post dnia 03.03.11 o godzinie 12:39
4.10.2008, 00:53

konto usunięte

Temat: Elegia

Mieczysław Jastrun

Elegia rzeczy przyszłych


Gdybym po lat tysiącu zbudzony powrócił do życia,
Obcość i nowość zaskoczyłyby mnie tak boleśnie,
Że zatęskniłbym do swej lampy barbarzyńskiej
Tęsknotą, którą dziś czuję patrząc ma rzeźbę wyłonioną z morza.

Ten świat byłby tak obcy, że zadrżałbym od jego istnienia,
Od potęgi faktu, którego zrozumienie przeszłoby moje siły
I poraziło jak elektryczne krzesło.

Ta mowa twarda jakich nabierze odcieni po wiekach?
Jakie załamią się w bruzdach jej nowe znaczenia i formy?
Grudka ziemi, skowronek, gdy się w powietrze wzbija,
Blask bierze z niego –
Tak może będzie z tą mową, której ja powierzyłem całego siebie.

Jak wyrażę zdumienie na widok rzeczy nieznanych?
Przeczuwam je podobieństwem, gdyż wszystko jest podobieństwem.
Tak nieraz czułem się obcy
W ulicy i wśród ogrodów w zmierzchu przedwiośnia,
Wydłużonym i nadcielesnym jak postacie z obrazów El Greca,
Albo przechodząc przez ciemne podwórze, gdzie mur wilgocią zaciekał
I ciężkie naręcza bluszczu zwisały pełne żałoby.

Nie, nie mógłbym pozostać tutaj. Gdybyż przynajmniej
Znak jakiś dawnego życia! Uśmiechu
Rzuconego mi przez przechodzącą nie podejmę wargami.
Niech wróci do róży, której nie dotknę.
Niech jej powieki nade mną zamkną się tak obojętnie
Jak przestrzeń, co była mi kiedyś znajoma w dotyku i ruchu.

Ja, który byłem niesyty życia, który roiłem
O nieosiągalnych planetach i ukryty w swym locie nieszczelnym
Widziałem, jak Uran zstępował na Ziemię, jak niewidzialna artyleria
Rozbijała spoistość materii, ja, który chciałem posiąść
Kilka żywotów, rozrzuconych w kilku miejscach czasu,
Cóż był robił w tej obcej krainie, dla której nie będzie tajemnic?

A jednak mogę już dzisiaj usłyszeć cząstkę tych rzeczy
W muzyce, kiedy się wznosi stromo i spada nagle
Ciężką ulewą wód słonych.

Opuszcza mnie siła i miłość, przenika mnie chłód,
Jak wśród gwiazdozbiorów słucham własnego wyznania –
Tu pozostańmy, mój cieniu, nie żądajmy gwiazd innych i bytów,
Odległych tak, że przestrzeń i czas znaczą tyle, co znaki równania.

Wracam do swojej lampy barbarzyńskiej,
Do słów, które kiedyś utracą znaczenie osobne
I będą jak stylus rzymski
Wydobyty z lawy pogrobnej.
6.10.2008, 09:29

konto usunięte

Temat: Elegia

Krzysztof Kamil Baczyński

Elegia


(Zima 41 r.)

Mokre gałęzie świerków
przywalą pierś woskową.
Przechodzili, przechodzili, nieśli
za oknami piosenki wojskowe.
Zegar wgarnął wspomnienie
i górą czasu skamieniał.
Przechodzili za oknem, płakali;
po grudzie dzwoniły cienie.
A teraz jakże ująć
strzaskane snów kryształki?
Noc w oczach stygnie - chmurą.
Piorun - w twój gromnik z zapałki.
Jeśli testament - to z liści,
a pomnik jeśli - z płomienia.
Szli w dymu smukłej pieśni,
gałęzie mokre nieśli.

15 XI 41 r.
7.10.2008, 11:24

konto usunięte

Temat: Elegia

Anna Achmatowa

ELEGIE PÓłNOCY

Trzecia


Wszystko pamięci twej na pastwę…

Puszkin

Mnie jak rzece
Surowa epoka zmieniła bieg.
Zamieniono mi życie. Innym nurtem
Obok innego życia popłynęło
I oto nawet nie znam swoich brzegów.
O, ileż to widowisk opuściłam,
Beze mnie podnosiła się kurtyna
I opadała. Iluż mych przyjaciół
Nigdy, ni razu w życiu nie spotkałam,
I ileż to zarysów obcych miast
Z mych oczu mogłoby wycisnąć łzy,
A ja znam na tym świecie jedno miasto
I we śnie po omacku je odnajdę.
I iluż to nie napisałam wierszy,
Chór ich tajemny wokół mnie się błąka
I może jeszcze przyjdzie taka chwila,
Gdy mnie zadusi…
Wszystkie początki znam i zakończenia,
Życie po końcu życia i coś jeszcze,
Czego wspominać teraz nie należy.
I jakaś obca kobieta zajęła
Jedynie mnie przysługujące miejsce,
Nosi moje najbardziej własne imię,
Mnie zostawiając przezwisko, z którego
Zrobiłam chyba wszystko, co możliwe.
Niestety, nie we własnym legnę grobie.

. . . . . . . . . . . . . . .

Lecz jeślibym spojrzała skądś z zewnątrz
Na me dzisiejsze, teraźniejsze życie,
To chyba wreszcie poznałabym zawiść...

Leningrad, 1944

przełożył Seweryn Pollak
Krzysztof Adamczyk edytował(a) ten post dnia 03.03.11 o godzinie 12:40
7.10.2008, 11:54

konto usunięte

Temat: Elegia

Czesław Miłosz

Elegia dla N. N.


Powiedz czy to dla ciebie za daleko.
Mogłabyś biec tuż nad mała falą Bałtyckiego Morza
I za polem Danii, za bukowym lasem,
Skręcić na ocean, a tam już niedługo
Labrador, biały o tej porze roku.
A jeżeli ciebie, co marzyłaś o wyspie samotnej,
Starszą miasta i migot światełek na szosach,
Miałaś drogę samym środkiem leśnej głuszy,
Nad sinizną odtajałych wód ze śladem łosia i karibu,
Aż do Sierras, opuszczonych kopal złota.
Zaprowadziłaby ciebie rzeka Sacramento
Między pagórki porosłe kolczastą dębiną.
I jeszcze gaj eukaliptusów i trafiłabyś do mnie.

To prawda, kiedy kwitnie manzanita
A zatoka jest niebieska w wiosenne poranki
Myślę niechętnie o domu między jeziorami
I o niewodach ciągnionych pod litewskim niebem.
Budka kąpielowa gdzie składałaś suknię
Zmieniła się na zawsze w abstrakcyjny kryształ.
Jest tam ciemność miodowa koło werandy
I śmieszne małe sowy i zapach rzemieni.
Jak można było wtedy żyć, sam nie wiem.
Style i stroje wibrują, niewyraźne,
Niesamoistne, zmierzające do finału.

Cóż z tego, że tęsknimy do rzeczy samych w sobie.
Wiedza mijającego czasu osmaliła konie przed kuźnią
I kolumienki na rynku miasteczka
I schodki i perukę mamy Fliegetlaub.

Uczyliśmy się, sama wiesz, tak wiele.
Jak zostaje kolejno odjęte
Co odjęte być nie mogło, ludzie, okolice,
A serce nie umiera, kiedy, zadawałoby się, powinno,
Uśmiechamy się, jest herbata i chleb na stole.
I tylko wyrzut sumienia, ze nie kochaliśmy jak należy
Biednego popiołu w Sachsenhausen
Miłością absolutną nad miarę człowieka.

Przyzwyczaiłaś się do nowych, mokrych, zim,
Do domu gdzie krew niemieckiego właściciela
Zmyto ze ściany i nie wrócił nigdy.
Ja też wziąłem tylko co można, i miasta i kraje.
Nie wstępuje się dwa razy w to samo jezioro
Po dnie wysłanym olchowymi liśćmi
Łamiąc jedną wąską pręgę słońca.

Wini twoje i moje? Nieduże winy.
Sekrety twoje i moje? Drobne sekrety.
Kiedy podwiązują chustką szczękę, w palce wkładają krzyżyk
I gdzieś tam szczeka pies i błyszczy gwiazda.

Nie, to nie dlatego że daleko
Nie odwiedziłaś mnie tamtego dnia czy nocy.
Z roku na rok w nas dojrzewa aż ogarnie
Tak jak ty ją zrozumiałem: obojętność.
8.10.2008, 09:43

konto usunięte

Temat: Elegia

Urszula Kozioł

ELEGIE
(fragm.)

pamięci Zbyszka

1.

Pogrążasz się w morzu niepamięci
bracie mój

Z tutejszego brzegu
rzucam ci słowo
linę
słowo
koło

rzucam ci słowo-wyspę
zrysowaną solą naszego płaczu

rzucam ci słowo
krę
lodowatą kruchą

do niej przywierasz
ty i rozdygotana pamięć o tobie –
rozbitek.

3.

Trawy i kłosy które umiłował
podnoszą nieobecność tę
do obecności.

Byle nieważne zwyczajne
zmienia sens i szuka innego dla siebie imienia.

W prądach powietrza na wiosennym polu
nie istniejąca postać droga
utraconego brata
przezroczyste płynie ze mną ramię w ramię.

Dzikie hiacynty chmur
przywlokły zza widnokręgu zgrzebne strzępy naszego dzieciństwa
i płatami
ze słońca posypał się tynk
w jego wiek męski wiek klęski –

tłukę czołem o głuche światło nieba

wszystko jest
nieme
wszystko jest
ślepe
wszystko jest
nic
dajcie mi płakać płakać
dajcie mi brata płakać mojego
płacz siostry niech krąży nad nim
nieumilkłym ptakiem.

4.

...ile musiał nam ująć życia
żeby wyprzedzić nas w śmierci.

7.

Z tej jednej
choćby z tej jednej tylko łzy
co wybieliła źrenicę naszej matki

stoczę ci
z pochyłości naszego wieku aż po następne wzniesienie
dudniącą bryłę

w nie zakrzepłe skrzydło twojego bólu
i milczeniem trawiony krzyk
niech idących mimo
osadzi jak krzyk jastrzębia
który napiętymi do granic skrzydłami
podtrzymuje kopułę nieba
by nie całe runęło
w ten podstępnie powszedniejący nam
bełkot.

9.

W łódce z papieru w chwiejnej łódce słowa
spuszczam na wiry pustek twoją postać i imię

w podwójnej ciemności twojego słońca
w podwójnym świetle twojej nocy
kołysz się jeszcze kołysz
żeglujący przed nami cieniu

zdawaj się jeszcze
być.

październik 72 – wrzesień 73Anna B. edytował(a) ten post dnia 09.10.08 o godzinie 15:03
9.10.2008, 14:59

konto usunięte

Temat: Elegia

Tadeusz Nowak

Elegia


Niech się napełnią moim płaczem rzeki,
a każdy listek będzie listkiem żalu,
kiedy ci kładą na martwe powieki
wzięte z obiegu dwa krążki metalu.

Za oknem stoją marmurowe drzewa,
a twoje ciało jest także z marmuru
i nawet ptak cię nie wzruszy, choć śpiewa,
jakby był z nieba strącony do chóru.

Z jedliny wieńce przynieśli sąsiedzi,
a mnie się zdaje, że to noce smutku
zeszły się nagle w niemy dzień odwiedzin
przy naszym progu i w naszym ogródku.

Jakże się wszystko litościwie składa,
lubiłeś zapach jedliny i oto
cień jej odcięty od lasu upada
przy twoim progu obszyty pozłotą.

A tobie przecież nic już nie potrzeba,
leżysz pomiędzy nocą, snem i ciszą.
Dzwony pagórków odchodzą do nieba,
pośmiertne pieśni w zbożu się kołyszą.

Przy twojej trumnie stoją towarzysze
w surdutach z nocy, wyciosani z drewna,
a ziemia ich się pod stopą kołysze,
nad ziemią topól, nad nią gwiazda rzewna.

Wy mi nie kładźcie smutnych rąk na czole,
męża mi wróćcie, jeśli ktoś go może
wywołać z martwych. Niech z nami przy stole
siądzie, niech idzie w przepiórkowe zboże

dzieciom pokazać baśń, co w kłosie śpi,
i księżyc z owsa wypłoszyć jak dzika.
Wyszedł, a za nim zatrzaśnięte drzwi
pies ogłupiały łapami odmyka.

A starczy krzyknąć, aby noc się stała
tak ptasio cicha i kościelnie biała,
że nawet zmarli wyjdą z niemej zorzy,
aby drzwi domów na oścież otworzyć.

Dokąd idziecie? Gdzie go prowadzicie?
On śpi, on tylko tak przechylił głowę,
jakby tłumaczył dziecku sen o świcie
na szelest lasu i na źródeł mowę.
10.10.2008, 21:34

konto usunięte

Temat: Elegia

Krzysztof Kamil Baczyński

Elegia...


Obłoki lotne, żagle uniesień, drzew przyjaciele
na nieboskłonach.
Głowa się chyli w ręce chropawe, głowa bolesna,
łakną ramiona.
Ten ptak pod wami przepływający jest moim sercem,
ciemny, wysoki.
Jakże mam uciec do lasów złotych przed niepokojem,
ptaki - obłoki?
Jakże mam wrócić pełen żałości, niedokończony
w lot wasz i płynność?
Dłonie przebite, krzyż za mną idzie,
śmierci powinność.
Tak się ta glina nieurobiona piętrzy, kamieni,
miasta goreją.
Jestemże grobem własnym na ziemi,
własną nadzieją?
Ciche obłoki! znów mnie mijacie, światła płynące,
cienie dalekie.
Wiarą was nazwę. Wy mnie nazwiecie próchnem żałości,
trumną, człowiekiem.

wrzesień 1942 r.
13.10.2008, 12:54

konto usunięte

Temat: Elegia

Zbigniew Herbert

Elegia na odejście pióra atramentu lampy


1

Zaprawdę wielka i trudna do wybaczenia jest moja niewierność
bo nawet nie pamiętam dnia ani godziny
kiedy was opuściłem przyjaciele dzieciństwa

naprzód zwracam się kornie do ciebie
pióro z drewnianą obsadką
pokryte farbą lub chrupkim lakierem

w żydowskim sklepiku
— skrzypiące schodki dzwonek u drzwi oszklonych —
wybierałem ciebie
w kolorze lenistwa
i już wkrótce nosiłeś
na swym ciele
zadumę moich zębów
ślady szkolnej zgryzoty

srebrna stalówko
wypustko krytycznego rozumu
posłanko kojącej wiedzy
— że ziemia jest kulista
— że proste równoległe
w pudełku sklepikarza
byłaś jak czekająca na mnie ryba
w ławicy innych ryb
— dziwiłem się że tyle jest
przedmiotów bezpańskich
i zupełnie niemych —
potem
na zawsze moją
kładłem cię nabożnie w usta
i długo czułem na języku
smak
szczawiu
i księżyca

atramencie
wielmożny panie inkauście
o świetnych antenatach
urodzony wysoko
jak niebo wieczoru
schnący długo
rozważny
i cierpliwy bardzo
przemienialiśmy ciebie
w morze Sargassowe
topiąc w mądrych głębinach
bibułę włosy zaklęcia i muchy
aby zagłuszyć zapach
łagodnego wulkanu
apel przepaści

kto was dzisiaj pamięta
umiłowani druhowie
odeszliście cicho
za ostatnia kataraktę czasu
kto was wspomina z wdzięcznością
w erze szybkich długopisów
aroganckich przedmiotów
bez wdzięku
imienia
przeszłości

jeżeli o was mówię
to chciałbym tak mówić

jakbym wieszał ex voto
na strzaskanym ołtarzu

2

Światło mego dzieciństwa
lampo błogosławiona

w sklepach starzyzny
spotykam czasem
twoje zhańbione ciało

a byłaś dawniej
jasną alegorią

duchem uparcie walczącym
z demonami gnozy
cała wydana oczom

jawna
przejrzyście prosta

na dnie zbiornika
nafta — eliksir pralasów
śliski wąż knota
z płomienistą głową
smukłe panieńskie szkiełko
i srebrna tarcza z blachy
jak Selene w pełni

twoje humory księżniczki
pięknej i okrutnej

histerie primadonny
nie dość oklaskiwanej

oto
pogodna aria
miodowe światło lata
ponad wylotem szkiełka
jasny warkocz pogody

i nagle
ciemne basy
nalot wron i kruków
złorzeczenia i klątwy
proroctwo zagłady
furia kopciu

jak wielki dramaturg znałaś przybój namiętności
i bagna melancholii czarne wieże pychy
łuny pożarów tęczę rozpętane morze
mogłaś bez trudu powołać z nicości
krajobrazy zdziczałe miasto powtórzone w wodzie
na twoje skinienie zjawiali się posłusznie
szalony książę wyspa i balkon w Weronie

oddany byłem tobie
świetlista inicjacjo
instrumencie poznania
pod młotami nocy

a moja druga
płaska głowa odbita na suficie
patrzyła pełna grozy
jak z loży aniołów
na teatr świata
skłębiony
zły
okrutny

myślałem wtedy
że trzeba przed potopem
ocalić
rzecz
jedną
małą
ciepłą
wierną

tak aby ona trwała dalej
a my w niej jak w muszli

3

Nigdy nie wierzyłem w ducha dziejów

wydumanego potwora o morderczym spojrzeniu
bestię dialektyczną na smyczy oprawców

ani w was — czterej jeźdźcy apokalipsy
umowie postępu cwałujący przez ziemskie i niebieskie stepy

niszcząc po drodze wszystko co godne szacunku dawne i bezbronne

trawiłem lata by poznać prostackie tryby historii
monotonną procesję i nierówną walkę
zbirów na czele ogłupiałych tłumów
przeciw garstce prawych i rozumnych

zostało mi niewiele
bardzo mało

przedmioty
i współczucie

lekkomyślnie opuszczamy ogrody dzieciństwa ogrody rzeczy
roniąc w ucieczce manuskrypty lampki oliwne godność pióra
taka jest nasza złudna podróż na krawędzi nicości

wybacz moją niewdzięczność pióro z archaiczną stalówką

i ty kałamarzu — tyle jeszcze było w tobie dobrych myśli

wybacz lampo naftowa — dogasasz we wspomnieniach jak opuszczony obóz

zapłaciłem za zdradę
lecz wtedy nie wiedziałem
że odchodzicie na zawsze

i że będzie
ciemno
13.10.2008, 13:27

konto usunięte

Temat: Elegia

Stanisław Barańczak

1. 11. 79: Elegia pierwsza, przedzimowa


Zima nas nie zaskoczy. Nas zmarzniętych, zmartwionych zawczasu,
dmuchających na zimny październik, żeby prędzej już sparzył nas mróz.
Kto w wiecznym śnie tutaj wyrósł, kto w wieczny śnieg tutaj wrósł,
temu lato, zawsze zbyt krótkie, nie rozepnie do końca zatrzasków

mrozu, trzaskającego jak radio jeszcze długo po wyłączeniu.
Nie zaskoczy nas zima. Szkoleni w skuleniu, w stuleniu dłoni,
w stuleciu tym i w tych stronach, w których nas nic nie osłoni
przed przeciągiem zamieszek, zadymek – śnimy trzeźwo, już wyleczeni

z marzeń o tym, że życie podaruje nam ciepłą rączką
coś trwałego. Kąpanych w przerębli a w nie w gorącym źródle,
nas zima nie zaskoczy, nie oszukają nas złudne
suflety czerwców i lipców, serwowane na niezbyt gorąco

i topniejące w ustach. Tu zawsze – mniej więcej – jest zima.
Nam, zawczasu zmartwionym, za życia zmatrwiałym, szron
skroń bieli przed terminem; a śnieg jak schludny schron
skrywa przed czasem szarość, niejasność, brud; a mróz trzyma

długo, choć trzyma nas krótko za twarz schowaną w szaliku.
Nas nie zaskoczy zima. Nas zimy przygotowały
na najcięższe krawiectwo; do upałów nam starcza opału
i ze sceptyczną miną patrzymy, jak w oczach zanika

sczerniała pryzma, jak żyzne błoto wygrywa w tej walce,
jak ziemia przebiśniegiem przebija kartę śniegu;
nam zimno się robi na myśl, że nie ma nic bardziej jasnego
od śniegu i śmierci, które i tak wrócą – twardsze i trwalsze.

Zima nas nie zaskoczy. Nas zmartwiałych, zmarniałych na zapas.
Tylko wznosić nam wzdłuż chodników piramidy; tylko nam piach
sypać pod koła miażdżące; tylko węszyć spod białych płacht
nikły zapach nicości, bezgraniczny, bezbarwny zapach.
15.10.2008, 11:12
Krystyna

Krystyna Bielarczyk Wędrówki po górach,
rubieżach poezji i
miłości

Temat: Elegia

Maria Pawlikowska Jasnorzewska

Elegia


Trzęsienie ziemi, ludzką nie objęte wolą,
Niszczyło miast kwitnących gniazda różnobarwne,
Więc nie ufano matce strząsającej z kolan
Dzieci w nagłym porywie gniewu - ciemnej matce!

Dziś niebo z ludzkiej winy stało się groźniejsze
I dziksze od natury ziemskiej. Już na zawsze!
Nic nie wstrzyma "postępu", który wprzód dymami
Mącił czystość przestworzy, a dzisiaj - człowiekiem!
Któż zahamuje rozwój, przerost tego błędu,
Jakim są ludzkie wzloty?

Ikar zginął. Skrzydła
Nie były nam pisane. Przyszły niespodzianie,
Z rąk złych mocy, z przekorną siłą, z wielką pychą,
Ogniem się posługując, szaleńczą wartkością,
Aż wreszcie, ciężkie, głośne, ćmom podobne nocnym,
Wyniosły niedojrzałą duszę ku błękitom.

W pierwszej chwili świat krzyknął: "Leci anioł-człowiek!"
Lecz wnet zrozumiał. Strwożył się i wyczekiwał...
Skrzydlate,dzieło ludzkie drapieźniało, idąc
Po Kainowej linii natchnienia. Motory
Rozkwitały, gwiaździste nieboskimi gwiazdy,
Aż śmierć, wzgardziwszy kosą, zasiadła w bombowcu.

Nigdy już, firmamencie, nie będziesz wytchnieniem
Dla myśli utrudzonej! Szatańska złośliwość
Chmurą pokryje twoje obszary raz po raz,
A nigdy raz ostatni. Chyba z końcem świata!
Dzisiaj - różańce deszczu lub koronki śniegu;
Jutro - pożarne bomby jak złociste kręgle,
Z tego samego nieba...
16.10.2008, 22:25

konto usunięte

Temat: Elegia

Mieczysław Jastrun

Wyjście z elegii


Ten mróz co powiał w moją twarz twoim pogrzebem
wymiótł z pokoju resztę porannego światła
Telefon zablokowany milczeniem
W oknach domu lodowa krata

No cóż muszę ogrzać na nowo
ten martwy dzień dać mu powietrze zazielenić
suchą przestrzeń napełnić ją strumieni mową
w kontakty nocy włączyć błyski ludzkich źrenic

Muszę zacząć jutro od Drogi gwiazd pożyczonym mlekiem
stać się stworzycielem a pozostać człowiekiem
zdjąć z serca czarną blokadę i błogosławić
pierwsze źdźbła wiosny słońca lata kłosów zamieć

Pamięci A. R.
17.10.2008, 16:16

Następna dyskusja:

[Fizjopedia.pl] "Elegia na ...




Zobacz dyskusje w grupie Ludzie wiersze piszą...

Aktualne tematy

Zobacz o czym się teraz dyskutuje

Problemy i porady

Znajdź odpowiedzi na swoje pytania

Wyślij zaproszenie do