Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

John Ashbery*

Autoportret w wypukłym lustrze


Jak u Parmigianina, prawa ręka
Większa niż głowa, wypchnięta na patrzącego
I miękko odchylona, jakby chciała osłonić
To, co zapowiada. Okno w ołowianej ramie, stare belki stropu,
Futro, marszczony muślin, pierścionek z koralem stopiony
Z gestem dającym wsparcie twarzy, która
Napływa i cofa się jak ręka,
Choć pozostaje bez ruchu. Vasari mówi: „Któregoś dnia Francesco zaczął
Malować własny portret, przeglądając się w tym celu
W wypukłym lustrze, jakich używają golarze (...)
Zlecił zatem cieśli utoczyć kulę z drewna, i
Podzieliwszy ją na dwoje, doprowadziwszy do rozmiarów lustra, jął
Z wielkim kunsztem kopiować wszystko, co ujrzał w zwierciadle”,
Zwłaszcza swoje odbicie, którego portret
Jest odbiciem kolejnym.
Zwierciadło postanowiło odbić tylko to, co ujrzał,
Co jego celom wystarczało: podobiznę
Szklistą, pokrytą balsamem, pod kątem 180 stopni.
Pora dnia, czy może gęstość światła
Które lgnie do twarzy sprawia, że twarz jest
Ciągle żywa i nienaruszona w cyklicznej fali
Swych powrotów. Dusza instaluje się sama.
Lecz jak daleko może odpłynąć przez te oczy
A mimo to bezpiecznie wrócić do swojego gniazda? Powierzchnia
Lustra jest wypukła, więc dystans wyraźnie
Rośnie; to znaczy rośnie dość, aby wykazać
Że dusza jest niewolnicą, traktowaną po ludzku, trzymaną
W stanie zawieszenia, niezdolną się wysunąć dalej
Niż do miejsca, skąd twój wzrok rozcina obraz.
Na jego widok papież Klemens i cały dwór
„Zgłupieli”, mówi Vasari, i obiecali coś zamówić,
Co nigdy nie doszło do skutku. Dusza powinna zostać tam, gdzie jest,
Choć trawi ją niepokój, gdy słyszy deszcz na szybie,
Westchnienia jesiennych liści, które młóci wiatr,
I chciałaby być wolna, wydostać się, lecz musi dalej
Pozować ze swojego miejsca. Powinna się poruszać
Możliwie jak najmniej. Tak mówi portret.
Ale w tym wzroku jest jakieś połączenie
Czułości, rozbawienia, żalu, na tyle w swojej powściągliwości
Silnych, że patrzeć długo nie można.
Tajemnica jest zbyt jawna. Jej nędza aż piecze,
Wyciska strumień łez: bo dusza nie jest duszą,
Nie ma tajemnic, jest mała i doskonale
Mieści się w swej dziupli: swoim pomieszczeniu, w chwili naszej uwagi.
Oto melodia, ale brak jej słów.
Słowa to tylko spekulacja
(Od łacińskiego speculum, lustro):
Szukają, lecz nie potrafią znaleźć znaczenia muzyki.
Widzimy tylko figury snu,
Pasażerowie kołysania, które
Ujawnia nam tę twarz pod niebem przedwieczoru, bez krzty
Sztucznego nieporządku na dowód autentyzmu.
Lecz jest to życie w kuli.
Chciałoby się wysunąć rękę
Poza kulę, ale jej kształt,
I to, co ją unosi, nie pozwala.
Na pewno właśnie dlatego, a nie przez odruch
Żeby coś ukryć, ręka przytłacza swoją wielkością
Gdy cofa się nieznacznie. Nie sposób tak jej
Skonstruować, by była płaska jak fragment muru:
Musi się włączyć do okręgu,
Wrócić do ciała, którego się wydaje
Tak nieprawdopodobną częścią, odgrodzić i ochronić twarz
Na której trudy tych okoliczności przypominają
Cień uśmiechu, iskierkę
Albo gwiazdę, już nie wiadomo, czy widzianą,
Z chwilą gdy wraca ciemność. Przewrotne światło
Z góry wyklucza myśl o oświetlaniu, bo pragnie być
Subtelne: rzecz błaha, ale zamierzona.
Francesco, twoja ręka jest wystarczająco wielka
Żeby rozsadzić sferę i nazbyt, można by
Pomyśleć, wielka, żeby zaplatać delikatne sieci
Co przemawiają tylko za jej dalszym trwaniem.
(Wielka, lecz nie prostacka, jedynie w innej skali,
Niby wieloryb drzemiący na dnie morza
Naprzeciw maleńkiego, dumnego statku
Na powierzchni). Lecz twoje oczy głoszą
Że wszystko jest powierzchnią: powierzchnią to, co widać,
A nic nie może istnieć poza tym, co widać.
W pokoju nie ma zakamarków, tylko alkowy,
I okno też niewiele znaczy, i tamten
Skrawek okna czy może lustra z prawej, nawet
Jako wskaźnik pogody, co po francusku określana jest
Słowem le temps, oznaczającym czas, i która
Podąża drogą, gdzie zmiany to jedynie
Znak całości. Całość jest trwała w ramach
Nietrwałości, to kula jak nasza, spoczywająca
Na piedestale z próżni, piłeczka pingpongowa
Podtrzymywana przez swój strumień wody.
I tak jak nie ma słów, żeby oznaczyć powierzchnię, a raczej
Słów, co powiedziałyby, czym jest naprawdę, że nie jest
Czymś zewnętrznym, lecz jest widzialnym sednem, tak samo nie ma
Wyjścia z problemu patos contra doświadczenie.
Ty pozostaniesz, rozhuśtany, pogodny
W swym geście ni to obejmowania, ni przestrogi,
Ale zawierającym coś z obydwu w czystej
Afirmacji, która nie afirmuje nic.

Balon pęka, uwaga tępieje
I odwraca się. Chmury
W kałuży nabierają zębatych kształtów.
Myślę o przyjaciołach
Co przyszli mnie odwiedzić; o tym, czym było
Wczoraj. To taki szczególny kąt
Pamięci, która w ciszy pracowni
Zakłóca spokój zamyślonemu modelowi, gdy on się zastanawia
Czy wziąć ołówek do ręki.
Iluż to ludzi przychodziło i zostawało tu jakiś czas,
Wydobywało z siebie jasną albo ciemną mowę, która jest teraz częścią ciebie
Jak światło za tumanem mgły i piasku
Które są filtrem światła i wpływają na nie, aż nie zostanie żadna część
Co jest na pewno tobą. Tamte głosy o zmierzchu
Opowiedziały ci już wszystko, a jednak opowieść dalej trwa
W postaci wspomnień zdeponowanych w niekształtnych
Grudkach kryształu. Czyja wygięta dłoń, Francesco,
Panuje nad mijaniem pór i nad myślami
Które się łuszczą i odfruwają w zapierającym oddech tempie
Jak te ostatnie uparte liście zdzierane
Z mokrych gałęzi? Ja widzę w tym jedynie chaos
Twojego okrągłego lustra, które organizuje wszystko
Wokół gwiazdy twoich oczu, które są puste,
Nic nie wiedzą, śnią, ale niczego nie odsłaniają.
Czuję, że karuzela rusza z wolna
I nabiera tempa: biurko, papiery, książki,
Zdjęcia przyjaciół, okno i drzewa
Zlewają się w jedną bezbarwną wstęgę, która otacza
Mnie ze wszystkich stron, gdzie tylko spojrzę.
I nie umiem wyjaśnić tego procesu niwelowania,
Czemu to wszystko maiłoby sprowadzać do jakiejś całkiem
Jednorodnej substancji, magmy wnętrz.
Przewodnikiem w tych sprawach jest dla mnie twoje ja,
Mocne, nieuchwytne, gotowe przyjąć wszystko z tym samym
Bladym uśmiechem, a że czas przyspiesza i po chwili
Jest już znacznie później, ja znam tylko najprostsze wyjście,
Dzielącą nas odległość. Kiedyś
Znaczenie miały świadectwa rozproszone,
Te drobne zdarzenia i przyjemności
Dnia, który bez wdzięku posuwał się do przodu,
Jak gospodyni przy swoich obowiązkach. Nie na już jak
Odtworzyć tamtych atrybutów w srebrzystej smudze
Która utrwala to, czego dokonałeś
„Z wielkim kunsztem kopiując wszystko, coś ujrzał w zwierciadle”,
Ażeby udoskonalić i wykluczyć na zawsze
To, co zewnętrzne. W kręgu twoich zamiarów ostało się kilka
Krokwi, co podtrzymują oczarowanie ja przez ja:
Promienie oczu, muślin, koral. Wszystko jedno,
Bo one są takie, jakie się jawią dzisiaj,
Zanim nasz cień się rozrósł
Poza granicę pola w stronę jutra.

Jutro jest łatwe, lecz dziś nieoznaczone,
Opustoszałe, jak każdy krajobraz
Nie kwapi się wyjawić reguł perspektywy,
A jeśli już, to tylko malarzowi, z jego głęboką
Nieufnością, narzędziem kiepskim
Choć niezbędnym. Ono oczywiście wie o tym
Że pewne rzeczy dadzą się zrobić, ale nie wie
Które. Pewnego dnia będziemy się starali
Zrobić ile się tylko da
I może nawet wyjdzie nam to i owo,
Ale to się bezie miało nijak
Do naszej dzisiejszej obietnicy, naszego
Krajobrazu, który czmycha, by całkiem zniknąć nam
Za horyzontem. Dziś błyszczy wystarczająca część powierzchni
By obietnice, których się domyślamy, dały się utrzymać razem
Na jednym jej kawałku, umożliwiając nam
Niepewny odwrót, dzięki czemu tamte
Jeszcze bardziej intensywne możliwości zachowują ważność
Bez testowania. W rzeczywistości skóra
Tej komory pęcherzykowej jest twarda jak
Gadzie jaja; wszystko zostaje tam „zaprogramowane”
W stosownym czasie: wchodzi w nią coraz więcej
A suma nie ulega zmianie, i tak jak
Człowiek przyzwyczaja się do dźwięku, co
Nie pozwalał mu zasnąć, a teraz już pozwala,
Tak też i pokój, niczym klepsydra, zawiera w sobie ów przepływ
Który nie zmienia jednak klimatu ani właściwości
(Z wyjątkiem tego posępnego i prawie niedostrzegalnego
Rozjaśnienia, w soczewce ogniskującej się na śmierci – do tego
Jeszcze wrócimy). To, co powinno być pustka po śnie,
Jest stale wypełniane, w miarę jak ze źródła snów
Wytacza się ich zawartość, przez co ten jeden sen
Może pęcznieć, rozkwitać jak stulistna róża,
Kpiąc sobie z kodeksu oszczędności, a nam zostaje
Obudzić się i próbować życia w czymś,
Co się zmieniło w slams. Sydney Freedberg w swoim
Parmigianinie mówi o tym tak: „Realizm tego portretu
nie rodzi już prawdy obiektywnej, ale swoiste bizzaria(...)
A jednak ta deformacja nie wywołuje
Uczucia dysharmonii (...) Formy zachowują
Potężną dawkę idealnego piękna”, a to dlatego
Że żywią się naszymi snami, które nie mają wpływu na nic aż
Zauważymy, jaka została po nich dziura. Wtedy ich doniosłość
Staje się jasna, a może i znaczenie. Miały nakarmić
Sen, który zawiera je wszystkie, jako że w końcu
Ulegają odwróceniu w tym gromadzącym wszystko lustrze.
Wydawały się dziwne, bo przecież nie mogliśmy ich zobaczyć.
Lecz pojmujemy to dopiero z chwilą, gdy się zapadną
Jak fala, co rozbija się o skałę i porzuca
Swój kształt w geście, który jest wyrazem tego kształtu.
Formy zachowują wiele z idealnego piękna
Gdy potajemnie żerują na naszym wyobrażeniu deformacji.
Czemu się martwić takim stanem rzeczy, skoro
Sny, które wchłaniamy, są naszym przedłużeniem?
Pojawia się tu coś, co przypomina życie, jak gdyby przejście
Ze stanu snu w kodyfikację snu.

Kiedy zaczynam zapominać o nim,
On znów podsuwa mi własny stereotyp.
Ale ten stereotyp jakiś nieznajomy: twarz
Pływająca na kotwicy, już wolna od zagrożeń, która niedługo
Stawi czoło innym, „bardziej anioł niż człowiek” (Vasari).
Być może anioł przypomina wszystko
Co przez nas zapomniane, to znaczy zapomniane
Rzeczy, które nie wydają się znajome, kiedy
Trafiamy na nie po raz drugi, bez reszty zagubieni,
A kiedyś były nasze. W tym właśnie byłby sens
Naruszenia prywatności tego człowieka, co
„Zabawiał się alchemią, ale jego zamiarem
Nie było badanie subtelności sztuki
W duchu bezstronnie naukowym: chciał za jej pośrednictwem
Dać patrzącemu poczucie nowości i zdumienia”
(Freedberg). Późniejsze portrety, takie jak „Szlachcic
Z Uffizi, „Młody prałat” z Borghese i
„Antea” z Neapolu, wypływają z napięć
Manierystycznych, ale tu, jak wskazuje Freedberg,
Zaskoczenie, napięcie, tkwią raczej
W pomyśle niż w realizacji.
Widzimy tu jeszcze harmonię
Renesansu, choć lustro ją zniekształca.
Nowością jest niezwykła troska w odtwarzaniu
Kaprysów tej krągłej odbijającej powierzchni
(To w ogóle pierwszy portret w lustrze),
Tak aby człowiek dal się na chwilę nabrać
Nim uświadomi sobie, że to nie jego
Odbicie. I będzie mógł się czuć jak jeden
Z bohaterów Hoffmanna, których odbicia
Pozbawiono, tyle że całe moje ja
Okazuje się wyparte przez tę radykalną
Inność malarza w jego
Radykalnie innym pokoju. Zaskoczyliśmy go
Przy pracy, chociaż nie, to on zaskoczył nas
W trakcie pracy. Obraz jest prawie skończony,
Zaskoczenie prawie ustało, tak jak gdyby nagle
Zdumiewa nas leżący za oknem śnieg, co nawet teraz
Nie przestał padać, wciąż iskrzy się i bieli.
To wydarzyło się, kiedy byłeś w domu, spałeś,
Bo też nie było powodu, żebyś miał
Z tej okazji nie spać, tyle że dzień
Dobiega końca, i dzisiaj nie będzie ci łatwo
Zasnąć, w każdym razie do późna.

Cień miasta wstrzykuje własną porcję
Gorączkowości: Rzym, gdzie Francesco
Pracował w czasie najazdu; jego wynalazki
Zdumiały żołnierzy, którzy wyważyli drzwi;
Postanowili darować mu życie, ale on wkrótce po tym wyjechał;
Wiedeń, gdzie obraz znajduje się dziś, gdzie
Latem 1959 roku widziałem go z Pierre’em; Nowy Jork
W którym jestem teraz, który jest logarytmem
Innych miast. Nasz krajobraz
Aż dudni od układów, ruchów wahadłowych;
Interes kręci się dzięki spojrzeniu, gestowi,
Pogłosce. To jest drugie życie miasta,
Co kryje się za lustrem tej
Nieokreślonej, lecz precyzyjnie naszkicowanej pracowni. Chciałoby
Odessać z niej całe życie, spłaszczyć
Oznakowaną przestrzeń do dekretów, streścić do wyspy.
Tę operację chwilowo powstrzymano
Ale nadchodzi coś nowego, w powietrzu
Czuć nową rafinadę. Wytrzymasz to,
Francesco? Wystarczy ci sił?
Ten wiatr niesie coś, czego sam nie zna, sam siebie
Napędza, ślepy, nie ma pojęcia
O sobie. To bezruch, który odsącza
Całą aktywność, tajemną bądź publiczną, wystarczy raz go uznać:
Pogłoski na temat słowa, którego nie da się zrozumieć,
Ale da się odczuć, zimny powiew, zaraza
Co przenosi się wzdłuż przylądków i półwyspów
Twojego unerwienia, i dalej ku archipelagom
Aż do oblanej wodą, ogorzałej tajemnicy otwartego morza.
To strona negatywna. Pozytywna
Pozwala ci zauważyć życie i te naciski
Co tylko wydawały się zanikać, bo teraz,
W obliczu pytań zadawanych w tym nowym trybie, widać
Że wypadają z mody szybciej. Jeżeli mają stać klasyką
Powinny zdecydować, po czyjej stoją stronie.
Ich powściągliwość podkopała
Krajobraz miasta, i teraz jego dwuznaczności
Wydają się rozmyślne i wymęczone, ot, starcze gierki,
Nam przydałby się dzisiaj ów mało prawdopodobny
Śmiałek dobijający się do wrót osłupiałego
Zamku. Twój argument, Francesco,
Zaczął już wcześniej tracić świeżość, skoro nie było widać
Żadnej, czy może żadnych odpowiedzi. Jeśli się teraz sypnie
Całkiem, będzie to tylko znaczyć, że jego czas nadszedł
Już jakiś czas temu, ale teraz popatrz i posłuchaj:
Może tak być, że w jakiś niesłychanych zakamarkach
Magazynuje się jeszcze jakieś życie, i że to ono
Jest tą zmianą, a nie my; że my w istocie będziemy nim
Jeżeli tylko zdołamy do niego wrócić, ożywić coś
Z jego kształtu, skierować twarze ku tej zachodzącej kuli
I mimo wszystko wyjść jakoś na swoje:
Nerwy w normie, oddech w normie. A skoro tę metaforę
Zbudowano po to, by mogła nas ogarnąć, to i my jesteśmy jej częścią
I możemy z niej żyć, co zresztą już robimy,
Jedynie odsłaniając umysł na rzecz pytań
Które, jak teraz widać, nie będą zadawane na chybił trafił,
Lecz wedle porządku, który nie kryje w sobie
Groźby dla nikogo – taka jest zwykła kolej rzeczy,
Podobna dniom, co narastają koncentrycznie
Wokół jednego życia – i w sumie tak jest prawidłowo.

Podmuch jak przy odwracaniu kartki
Przywraca twoją twarz: ta chwila
Odrywa taki wielki kęs z tej mgły
Przyjemnej intuicji, która ją poprzedza.
To zakotwiczenie jest „jak sama śmierć”,
Jak powiedział Berg o pewnej frazie z Dziewiątej Mahlera;
Lub też jak w Cymbelinie mówi Imogena: „Boleść konania
Od tej jest większa”, albowiem
Choć jest tylko taktyczną wprawką, ma w sobie
Siłę gromadzącego się od dawna przekonania.
Słaba pamięć to za mało, żeby go się pozbyć
A chęć – za mało, żeby je przywrócić, dopóki pozostaje ono
Białym osadem własnego snu
W klimacie westchnień, rozrzuconych po naszym świecie,
Tkaniną na ptasiej klatce. Z pewnością jednak
To, co piękne, jest piękne tylko w odniesieniu do konkretnego
Życia, doświadczanego albo nie, ułożonego w pewien kształt
Skąpany w nostalgii za zbiorową przeszłością.
Dziś światło gaśnie z entuzjazmem,
O którym wiadomo mi skądinąd i wiadomo czemu
Kiedyś miał znaczenie, i ze inni przed laty
Też to czuli. Ciągle dopytuję
To lustro, które już nie jest moje,
Skąd wziąć tyle zamaszystej pustki, ile tym razem
Jest mi pisane. A wazon zawsze pozostaje pełny,
Ponieważ miejsca jest tylko tyle,
I zmieści się wszystko. Ta próbka,
Którą widać, nie powinna być dla nas
Jedynie próbką, ale całością, na ile
Można ją sobie wyobrazić poza czasem – nie gestem,
Ale pełnią, w postaci oczyszczonej i przyswajalnej.
A czego przedsionkiem jest ten wszechświat,
Który kluczy, wpada i wypada,
Nie chce nas otoczyć, a i tak pozostaje jedyną
Rzeczą, jaką widać? Kiedyś miłość
Przeważała szalę, lecz teraz pozostaje w cieniu, niewidoczna,
Choć na swój dziwny sposób obecna, gdzieś nieopodal.
Wiemy jednak, że nie da się jej chwycić
Między dwie przylegające do siebie chwile, że jej meandry
Wiodą donikąd, jeśli nie liczyć kolejnych dopływów,
Te zaś wlewają się w niejasne
Przeczucie czegoś, co nigdy nie da się poznać,
Chociaż zapewne każdy z nas
Wie, co to jest, i potrafi
Przekazać to innym. Ale ten wyraz twarzy,
Który niejeden nosi w charakterze znaku, sprawia, że chciałoby się
Iść do przodu, zlekceważyć tę pozorną
Naiwność samego zamiaru, i nie dbać o to
Że nikt nie słucha, albowiem światło
Zapaliło się na dobre w jego oczach
I pali się, nietknięte, jak trwała anomalia,
Bezsenne i milczące. Sama powierzchnia
Nie zdradza szczególnego powodu, żeby akurat miłość
Miała to światło skupiać, ani żeby
Miasto, wpadające ze swymi urodziwymi przedmieściami
W przestrzeń zawsze mniej przejrzystą, mniej określoną,
Miało uchodzić za podporę własnego postępu,
Sztalugę, na której rozegrał się dramat
Ku własnej satysfakcji i do samego końca
Naszego snu, choć nigdyśmy nie sądzili
Że tak się skończy, w zużytym świetle dnia, z wymalowaną
Obietnicą, co prześwituje jak rękojmia, jak więź.
Ta nijaka, zgoła niezdefiniowalna pora dnia jest
Tajemnicą miejsca, w którym to się odbywa,
I nie sposób już wrócić do rozmaitości
Wzajemnie sprzecznych twierdzeń, które zgromadzono, poślizgów pamięci
U najważniejszych świadków. Wiemy tylko tyle,
Że przyszliśmy odrobinę za wcześnie, że
Dzisiejszy dzień ma tę swoją szczególną, lapidarną
Dzisiejszość, którą wiernie odtwarza
Słońce, rzucające cienie gałązek na beztroski
Chodnik. Taki nie mógł być żaden wcześniejszy dzień.
Kiedyś myślałem, że wszystkie są podobne,
Że teraźniejszość każdemu jawi się tak samo,
Ale ta dezorientacja zanika w miarę
Jak człowiek ta „poetycka” słomkowożółta przestrzeń
Długiego korytarza, co wiedzie z powrotem do obrazu,
Ta ciemność naprzeciwko – czy to
Jakaś ułuda „sztuki”, której lepiej nie uważać
Za „rzeczywistą”, a ty bardziej szczególną? Przecież i ona ma swoje leże
W teraźniejszości, z której bez końca uciekamy
By znów w nią popaść, tak samo jak młyńskie koło dni
Kręci się w jednostajnym, nieomal błogim rytmie.
Myślę, że stara się powiedzieć, ze dziś jest właśnie dziś
I że musimy się wydostać, podobnie jak publiczność
Pędzi przez muzeum, by
Zdążyć przed zamknięciem. Nie da się tam żyć.
Szare szkliwo przeszłości podcina cała praktyczną wiedzę:
Tajniki nakładania farby i wykańczania, których trzeba się było uczyć
Całe życie, a które potem redukują się
Do czarno-białych ilustracji w książce, gdzie barwne reprodukcje
Należą do rzadkości. Inaczej mówiąc, cały
Czas się redukuje do dowolnego czasu. Nikt
Nie napomyka o tej zmianie; to mogłoby
Ściągnąć na nas uwagę,
A wówczas groziłby nam ten koszmar, że nie wyjdziemy
Dopóki nie obejrzymy wszystkich zbiorów
(Z wyjątkiem rzeźb w piwnicy:
są tam, gdzie ich miejsce).
Nasz czas zostaje przysłonięty, zdegradowany
Przez portret i jego wolę trwania. Wskazuje on
Na naszą własną, która mieliśmy nadzieję ukryć.
Nie trzeba nam obrazów ani
Twórczości dojrzałych wierszokletów, kiedy
Eksplozja jest taka dokładna, tak dopracowana.
Czy warto w ogóle potwierdzać
Istnienie tego wszystkiego? Czy to
Istnieje? Z pewnością nie ma już
Jak się oddawać rozrywkom pełnym
Dostojeństwa. Dzisiejszy dzień nie posiada marginesów, zdarzenie
Przylega do swych krawędzi, jest z tego samego materiału,
Nie do odróżnienia. Co innego „gra”;
Ona istnieje, w społeczeństwie zorganizowanym
Celowo jako obraz samego siebie.
Innego sposobu nie ma, a tamte kutafony,
Gotowe wszystko poplątać z własnymi lustrzanymi grami,
W których mnożą się w oczach stawki i możliwości, albo
Przynajmniej poplątać kwestie za pomocą jakiejś doniosłej
Aury, co chętnie przeżarłaby strukturę
Wszystkiego, spowita w mgiełkę tłumionego szyderstwa –
Oni są bez znaczenia. Wypadli z gry,
Która nie zaistnieje, dopóki z niej nie wypadną.
Taki świat wydaje się bardzo nieprzyjazny,
Ale skoro zasada każdej pojedynczej rzeczy,
Jak często wskazywali filozofowie, jest
Nieprzyjazna wobec wszystkich innych rzeczy, istnieje
Na ich koszt, to przynajmniej
Ta jedna rzecz, ta niema, jednolita teraźniejszość
Ma uzasadnienie logiczne, co
W tym wypadku nie jest takie złe.
To znaczy – nie byłoby, lecz sposób, w jaki się to mówi,
Również odgrywa pewna rolę, przez co efekt końcowy
Staje się własną karykaturą. Zawsze tak
Jest, jak w tej grze, w której
Wypowiedziane szeptem zdanie krąży po pokoju
By w końcu zmienić się w zupełnie inne.
To właśnie ta zasada sprawia, że dzieło sztuki tak bardzo się różni
Od tego, co zaplanował artysta. On sam często odkrywa
Że pominął właśnie to, co pierwotnie
Chciał powiedzieć. Uwiedzony przez kwiaty,
Przez mocniejsze przyjemności, wini sam siebie (choć
W głębi duszy jest zadowolony), wyobrażając sobie
Że miał tu coś do powiedzenia i wykorzystał
Opcję, o której istnieniu prawie nic nie wiedział,
Nieświadom, że konieczność omija takie postanowienia
I sama sobie tworzy coś
Nowego, że innej możliwości nie ma,
Że w historii tworzenia obowiązują
Nieubłagane prawa. I że w ten sposób
Powstają różne rzeczy, ale nigdy te
Które staraliśmy się osiągnąć i których powstanie
Tak desperacko pragnęliśmy oglądać. Parmigianino
Musiał zdawać sobie z tego sprawę, kiedy się zmagał z tym
Niedającym żyć zadaniem. Człowiek musi wpisać
To całkiem prawdopodobne osiągnięcie celu
W gładkie, a może wręcz beznamiętne (lecz jakże
Zagadkowe) wykończenie. Czy można traktować serio
Cokolwiek oprócz tej inności
Która jest częścią najpowszedniejszych
Działań, i zmienia wszystko
Lekko a dogłębnie, i z rąk wyrywa nam materię
Tworzenia, wszelkiego tworzenia, nie tylko
Artystycznego, by ulokować ją na jakimś monstrualnym szczycie
Nieopodal, zbyt bliskim. By go zlekceważyć, zbyt odległym
By człowiek mógł się wtrącić? Ta inność, to
„Niebycie nami” jest wszystkim, co da się obejrzeć
W lustrze, choć nikt nie umie powiedzieć
Jak do tego doszło. Do portu
Wpłynął okręt pod nieznaną banderą.
Pozwalasz, by sprawy nie związane z tematem
Rozbijały ci dzień, zamazywały soczewkę
Kryształowej kuli. Jej scena odpływa
Jak opar rozproszony na wietrze. Bogate
Skojarzenia, co dotąd przychodziły
Z taką łatwością, już się nie pojawiają, lub rzadko. Ich
Barwy są mniej wyraziste, sprane
W jesiennych deszczach i wichrach, spaczone, zabłocone -
Dostajesz je z powrotem, bo straciły wartość.
Tacy z nas jednak niewolnicy nawyku, ze ich
Implikacje otaczają nas en permanence, plącząc
Zagadnienia. Traktować serio jedynie seks
To może jakaś metoda, ale piasek syczy.
I wkrótce rozpocznie swój wielki ześlizg
W to, co się wydarzyło. Dziś ta przeszłość
Jest tutaj: odbita twarz
Malarza, w której zatrzymujemy się, odbierając
Sny i inspiracje na jakiejś nieprzydzielonej nam
Częstotliwości, ale kolory przybrały odcień metaliczny,
Krzywizny i krawędzie nie są już tak bogate. Każdy człowiek
Ma swoja wielką teorię wszechświata
Ale ona nie mówi wszystkiego
A ostatecznie liczy się to
Co poza nim – dla niego, a zwłaszcza dla nas
Którym nikt nie pomógł
W każdorazowym odczytywaniu własnego przydziału, i którzy musimy
Opierać się na danych z drugiej ręki. A jednak wiem
Że cudze gusta tu nie pomogą
I w sumie można je pominąć.
Kiedyś wydawał się taki doskonały – połysk na gładkiej
Piegowatej skórze, wargi zwilżone, jakby miały się otworzyć
I wydać z siebie mowę, i ten znajomy widok
Ubioru i mebli, które się zapomina.
Tak mógł wyglądać nasz raj: egzotyczny
Azyl w obrębie wyczerpanego świata, ale tego
Nie było w kartach, ponieważ nie o to
Szło. Małpowanie naturalności może być
Pierwszym krokiem ku spokojowi ducha
Ale to tylko pierwszy krok, a często pozostaje
Zastygłym gestem powitania, wyrytym
W powietrzu, które materializuje się w tle,
Konwencją. A my naprawdę
Na takie rzeczy nie mamy czasu, chyba że nam posłużą
Na podpałkę. Im prędzej spłoną,
Tym lepiej dla ról, które mamy odegrać.
Dlatego zaklinam cię, cofnij tę rękę, Francesco,
Nie wysuwaj jej jako tarczy ani w geście pozdrowienia,
Jako tarczy pozdrowienia –
W magazynku jest miejsce na jeden pocisk:
Patrzymy przez teleskop od tej drugiej
Strony, a ty oddalasz się szybciej
Niż światło, by się do końca spłaszczyć
W krajobrazie pokoju, co jest jak zaproszenie
Którego nigdy nie wysłano, ów syndrom o nazwie „to wszystko
Było snem”, choć słowo „wszystko” pokazuje
Skrótem, że nie było. Istniało
Naprawdę, choć nie bez kłopotu, a męka
Tego snu na jawie nie zdoła zagłuszyć
Wciąż widocznego na wietrze wykresu
Co został dla mnie wybrany, mnie przeznaczony i zmaterializował się
W maskującej poświacie mojego pokoju.
Miasto już widzieliśmy; jest jak kuliste
Lustrzane oko owada. Wszystko się dzieje
Na jego balkonie i odtwarza w środku,
Ale sama akcja to zimny, syropowaty przepływ
Jakiegoś pochodu. Robi nam się zbyt ciasno
Gdy przesiewamy kwietniowe słońce, szukając wskazówek
W białym bezruchu jego luźnych
Parametrów. Ręka nie trzyma kredy,
A każda część całości odpada
I nie wie, że wiedziała, najwyżej
Tu i ówdzie, w zimnych niszach
Pamiętania, szeptach spoza czasu.

z tomu „Self-Portrait in a Convex Mirror”, 1975

tłum. Piotr Sommer

*notka o autorze, inne jego wiersze w wersji oryginalnej i linki
do polskich przekładów w temacie Poezja anglojęzyczna



Obrazek


Parmigianino „Autoportret w wypukłym lustrze”, ok. 1524Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 28.05.12 o godzinie 21:02
8.03.2009, 23:44
Jolanta

Jolanta Chrostowska-Sufa Redakcja, korekta,
adiustacja, zlecone
teksty autorskie,
...

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Leopold Staff

Ja - wyśniony


Wyolbrzymiałem w bezmiar! Moc pierś mi przenika!
Stopy wsparłem o ziemię, co wobec mnie małą,
Drobną się zdaje kulą. Ogromne me ciało
Równowagę wciąż chwyta gibkim ruchem żbika.

Stoję wielki, olbrzymi, nagi, cyklopowy,
Jak posąg na cokole... W krąg mnie światy gonią...
Zagarniam złote gwiazdy, jak motyle, dłonią...
Jak wino, szał się we mnie pieni dionizowy!

Sprawia mi radość przeciw wytyczonym drogom
Ciskać światy na przekór starczym, dawnym bogom!

Zuchwały śmiech mój szumi jak potok spieniony!
Stopy me toną w kwiatach ziemi. Na skroń bladą
Gwiazdy calunki tajni zwierzonych mi kładą...
Jestem wielki - bóg pjanym weselem szalony!
11.03.2009, 18:23
Jolanta

Jolanta Chrostowska-Sufa Redakcja, korekta,
adiustacja, zlecone
teksty autorskie,
...

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Miron Białoszewski

Wywód jestem'u


jestem sobie
jestem głupi
co mam robić
a co mam robić
jak nie wiedzieć
a co ja wiem
co ja jestem
wiem że jestem
taki jak jestem
może niegłupi
ale to może tylko dlatego że wiem
że każdy dla siebie jest najważniejszy
bo jak się na siebie nie godzi
to i tak taki jest się jaki jest

Autoportret odczuwalny

Patrzą na mnie,
więc pewnie mam twarz.

Ze wszystkich znajomych twarzy
najmniej pamiętam własną.

Nieraz mi ręce
żyją zupełnie osobno.
Może ich wtedy nie doliczać do siebie?
— — —
Gdzie są moje granice?
— — —
Porośnięty przecież jestem
ruchem albo półżyciem.

Zawsze jednak
pełza we mnie
pełne czy też niepełne,
ale istnienie.

Noszę sobą
jakieś swoje własne
miejsce.
Kiedy je stracę,
to znaczy, że mnie nie ma.
— — —
Nie ma mnie,
więc nie wątpię.

Autoportret radosny

Nie myślcie, że jestem nieszczęśliwy.
Cieszę się, że myślę.
Myślcie, że się cieszę.

Świadomość jest tańcem radości.
Moja świadomość tańczy
przed lampą deszczu
przed łupiną ściany
przed sklepem spożywczym z wiecami kapusty
przed ustami mówiących przyjaciół
przed własną ręką nieoczekiwaną
przed niewydrążoną rzeźbą rzeczywistości —
w przepychu najlepszej zabawy
i najwznioślejszego nabożeństwa
nieoddzielnie
moja świadomość tańczy.

A kiedy porwie się taniec,
zwyczajem każdego kłębka,
pójdę do nieba —
gdzie się nic nie czuje,
gdzie od początku byłem, zanim byłem,
gdzie już do końca będę, gdy nie będę,
tam — radość nie do opisania.
. . . . .
To wszystko.Jolanta Chrostowska-Sufa edytował(a) ten post dnia 11.03.09 o godzinie 18:32
11.03.2009, 18:28
Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Robert Creeley

Autoportret


Pragnę być
brutalnym staruchem,
napastliwym dziadygą,
tępym i brutalnym
jak ta pustka, co go otacza,

nie chcę kompromisów,
nikogo odtąd
nie potraktuje po ludzku. Będzie
po prostu złym człowiekiem,
nieugiętym w swoim brutalnym,
swoim totalnym odrzuceniu tego wszystkiego.

Próbował już różnych słodkości,
różnych grzeczności, różnych „ach,
trzymajmy się za rączki”,
i wszystko było okropne,
tępe, brutalnie bezskuteczne.

Teraz stanie
na swych własnych słabnących nogach.
Jego ramiona z każdym dniem się kurczą,
skóra się ściąga. A on
kocha, ale nienawidzi tyle samo.

tłum. z angielskiego Stanisław BarańczakTen post został edytowany przez Autora dnia 08.02.14 o godzinie 02:11
12.03.2009, 10:21
Marta

Marta Przytulska health care
assistant,
wykladowca

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

to moje takie tam....

„Poczwarka”

Poczwarka
nigdy nie myśli o sobie w kategoriach piękna
wie jednak
że czeka ją
nieuniknione.
Czeka
Aż przyjdzie odpowiedni czas
Czas
przepoczwarzania
Poczwarka
nigdy nie zachwyci swym wyglądem
Nie zatrzyma
dłuższego spojrzenia
Nie będą pisać o niej poeci.
Ona czeka……
Metamorfozy są przecież (...) Zobacz więcej
15.04.2009, 14:02
Zofia

Zofia H. Życie jest poezją,
poezja-życiem.

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Kasia Nosowska

Prawda


To ja to ja
Oto prawda o mnie

Największa w życiu zbrodnia
To na samym sobie gwałt
Czy widzisz te dwie blizny
To ślad po moich skrzydłach

To moja wina winna jestem ja
Sprzedałam siebie winna jestem ja
Fałszywą monetę w swej kieszeni mam

To ja to ja
Oto prawda o mnie

Przy mym stole zasiadają
Ci których strzec powinnam się
I ze śmiechem odgaszają
Papierosy w mym deserze

To moja wina...

"Prawda";muzyka:P.Banach, wykonuje:Kasia Nosowska z zespołem Hey

Piękna pani z czółenkiem

Wiedz Miły, że jest nas dwie...

Tu na Ziemi mamy wspólny dom.
Jest nim ciało, które pieścisz co noc.
Kiedy szepczesz: "Kocham cię" -
nasłuchuje każda z nas.

Dwie różne istoty - obie to ja.
Z jednej z nas jest dumny Bóg,
druga wciąż zasmuca Go...

Za występki obu zapłacę - ja.
Każda inny widzi cel
każda swoje sumienie ma.

Choć to dziwne ja sumienia mam dwa.

Gdy jedna ośmieli się
ugodzić cię słowem złym,
ja przyklejam plaster z najczulszych słów.

Jedna, w nieśmiałości swej,
rzęsami dotyka stóp,
druga śmiało sięga do twych ust.

Obie mają pewność, że wędrówki nadszedł kres.
Dopełnieniem obu jesteś Ty.
I choć spóźniłeś się na spotkanie - (7 lat),
wdzięczne są, że Jesteś cały i zdrów.

To przecież ja.
To przecież ciągle ja.

"Piękna pani z czółenkiem";muzyka:P.Banach, wykonuje:Kasia Nosowska z zespołem Hey
17.04.2009, 09:42
Jolanta

Jolanta Chrostowska-Sufa Redakcja, korekta,
adiustacja, zlecone
teksty autorskie,
...

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Rafał Wojaczek

Rafał W.


Ja - płód wojny
mam prymitywne sny
i samotnych rodziców

Urodziłem się aby umrzeć
jak każdy dzieciak
który nie umie sam
założyć sobie majtek

Nazywam sie Rafał Wojaczek
jestem profesjonalnym mordercą
morduję wiersze za pieniądze
dla psychoanalityków których
uśmiech łagodzi obyczaje
przerażonego zwierzęcia
i mydli mu oczy
miłością znaną też
pod nazwą śmierć
17.04.2009, 17:31
Maria Magdalena

Maria Magdalena O. właściciel firmy,
ZEJK@

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Magdalena Olszewska

Kto?

Ktoś wylał mnie w formę byle jaką, dziurawą.
Wygrzał w piecyku za krótko, oszczędnie.
Tchnął we mnie życie, naiwne, kulawe.
Dołożył gratis wartości nadrzędne.
I współczuł czasami, gdy życie kopało.
I głaskał często, zmęczone sny moje.
I gładził me zmarszczki po strachu,
wlewając ciszę w duszy pokoje.
Wyrzuty sumienia, że stworzył kalekę,
zagłuszył śpiewem aniołów nad polem.
I głupio wierzył, że mogę pokonać
ograniczenia nie tylko swoje.
Gdy księżyc swym blaskiem mnie w drogę wyprawił
bezpiecznie śnił sen o moim zbawieniu,
spokojny, że tak dobrze się bawił,
w tym jednym niedoskonałym wcieleniu.

Witam wszystkich ciepło:))Maria Magdalena O. edytował(a) ten post dnia 18.04.09 o godzinie 18:47
18.04.2009, 18:46
Zofia

Zofia H. Życie jest poezją,
poezja-życiem.

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Jacek Kaczmarski

Ja


Nie jestem piękny, a przyciągam wzrok,
Cieszy mnie wstręt w tworzących mnie spojrzeniach;
Sprytu nauczył mnie ułomny krok,
Co krok normalny w powód wstydu zmienia.
Wiem, że nawiedzam przyzwoite sny;
Bóg mnie spartaczył, jam wyrzut sumienia;
Dlatego wpełzam w dostojne zgromadzenia,
Gdzie racją bytu jest bezkarne - my!

A ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja.

W karczmie tak siadam, by mnie widzieć mógł
Każdy obżartuch najzdrowszy i pijak;
To, co mi Bóg dał zamiast zwykłych nóg
Wokół półmiska bezwstydnie owijam.
Tym, co mam w miejsce rąk, odpędzam psy
Węszące łatwy łup w chromego strawie
I traci nastrój biesiadników gawiedź,
Co śpiewa przy mnie swoje śmieszne - my!

Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja.

Mam pod Ratuszem stałe miejsce, gdzie
Swój tors niezwykły wystawiam na pokaz:
Pomnik wyjątku, drżę z rozkoszy, że
Żadnego z radnych nie przepuszczę oka.
Gdy się dębowe już zatrzasną drzwi,
By przebieg obrad skryć przed losem plebsu
Wiem, że zdołałem trochę nastrój zepsuć
Tym, co tak godnie mówią, myśląc - my!

Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja.

W farze na najświetlistszą włażę z ław,
Gdzie przed ołtarzem tęcza lśni z witraży,
By, kiedy wierni proszą - Boże zbaw! -
Móc Mu pokazać, co z mej zrobił twarzy.
Więc patrzą na mnie, chociaż kapłan grzmi
Żeśmy jedynie niepoprawnym stadem,
Bom namacalnym przecież jest przykładem,
Że jest nieprawdą ich chóralne - my!

Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja.

Nie jestem sam. Odmiennych nas jest w bród!
Wciąż otorbionych wstrętem i respektem.
Bóg dał z kalectwem pokusę nam - i głód,
By się związać w pokręconych sektę.
Partia Potworków! Rząd zatrutej krwi!
Ach, cóż za ulga - unormalnić skazy!
Nakaz szacunku, a nie gest odrazy,
Wystarczy - ja! ja! ja! - zmienić w - my!!

Nie, nie chcę wpływać i należeć!
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja! ja! ja!

28.11.1991

"Ja", muzyka i wykonanie:Jacek KaczmarskiZofia M. edytował(a) ten post dnia 19.04.09 o godzinie 16:57
19.04.2009, 16:54
Zofia

Zofia H. Życie jest poezją,
poezja-życiem.

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Radmila Lazić*

Właśnie takie wiersze piszę


Powinnam mieć nowego kochanka,
Obecnego pozbywając się
Jak przeterminowanej konserwy.
Powinnam jeździć szybką furą
Żeby moje włosy powiewały na wietrze
Niczym jakiejś Rozamundzie
Podczas konnej przejażdżki
Właśnie takie wiersze piszę.

Powinnam spać do południa,
Wylegiwać się w wygodnym łóżku
Jak pokosy zboża na "matce ziemi".

Powinnam nie przejmować się czasem;
Nie gnać, nie spieszyć się.
Spijać dzień za dniem, do końca - do dna!
Noc za nocą, jak papieros za papierosem.
A pety - pod szpilkę!
Słowa na żar. Gorączka do wiersza.
Właśnie takie wiersze piszę.

Powinnam nosić obcisłą sukienkę.
Ramiona okrywać futrem.
Stopy wsuwać w wysokie szpilki.
Stroić się i upiększać,
Jak choinka -
Żeby mnie rodzona matka nie poznała.

Powinnam być pogodna, uśmiechnięta, uwodzicielska.
Śpiewać i tańczyć do trzeciej nad ranem.
Być świadomą kobiecego wdzięku
Gdy podejdzie do mnie jakiś buhaj.
Właśnie takie wiersze piszę.

Powinnam mieć gdzieś
Żądła, kąsania bąków i pszczół.
Jak kroplę potu z czoła
Ścierać chusteczką każdą zmarszczkę, zmartwienie.

Powinnam mieć forsę
Na czynsz, podatek i co tam trzeba.
Forsa przydaje się gdy brakuje reszty.
Gdy zapodzieją się pocałunki, wyciekną słowa.
Z forsą mogę oddychać na kredyt!

Powinnam opalać ciało
Na jakiejś skale,
Z dala od doków Obłędu.
Powinnam z kraju Apatii
Do kraju Pragnienie wyemigrować.
Pragnąć wszystkiego, niczego się nie wyrzekać.
Powinnam kąpać się w pachnącej pianie
Żyletkę przyłożyć do żyły.
Właśnie takie wiersze piszę.

przekład Agnieszka Łasek

*Urodzona w 1949r. jest jedną z najbardziej znanych współczesnych poetek serbskich. Była jedną z założycielek i redaktorek czasopisma Profemina. Mieszka w Belgradzie. Najważniejsze tomiki poetyckie: To je to (1974, To jest to), Pravo stanje stvari (1978, Prawdziwy stan rzeczy), Podela uloga (1981, Podział ról), Noćni razgovori (1986, Nocne rozmowy), Istorija melanholije (1993, Historia melancholii), Priče i druge pesme (1998, Opowiadania i inne wiersze).

*Inne wiersze w wątku:"Erotyka"oraz "Miłość"Zofia M. edytował(a) ten post dnia 08.05.09 o godzinie 12:06
8.05.2009, 11:53
Zofia

Zofia H. Życie jest poezją,
poezja-życiem.

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Halina Poświatowska

***


mam ręce stopy usta i całą tę resztę
balast który przez chwilę trzyma mnie w okolicy życia
poza tym jest nieskończoność
którą potrafię tylko nazwać

moje serce jest zwierzęciem krwiożerczym
jego głodny krzyk towarzyszy mi wszędzie
w każdym miejscu i w każdym śnie
ciepłym mięsem karmię moje serce

nieskończoność przepływa przeze mnie

z tomiku "Jeszcze jedno wspomnienie",1968r.Zofia M. edytował(a) ten post dnia 11.05.09 o godzinie 09:45
11.05.2009, 09:21
Zofia

Zofia H. Życie jest poezją,
poezja-życiem.

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Halina Poświatowska

***


mój cień jest kobietą
odkryłam to na ścianie
on się uśmiechał falistością linii
i ptak bioder o zwiniętych skrzydłach
na gałęzi uśmiechu śpiewał

drzewo kwitnące
obwieszone zielonymi papugami
poprzez skrzydła
pomarańcza złota dojrzałość
słońce na kroplach połyska
w deszczu
proste i nagie drzewo
moje usta uchylone piersi

wschodzący księżyc rzęs zamigotał
i zgasł
gdy zdmuchnąłeś zapałki płomień
i oparłeś na ramionach moich dłonie
mój cień był kobietą
nim zniknął

z tomiku "Jeszcze jedno wspomnienie",1968r.Zofia M. edytował(a) ten post dnia 11.05.09 o godzinie 20:44
11.05.2009, 20:40
Jolanta

Jolanta Chrostowska-Sufa Redakcja, korekta,
adiustacja, zlecone
teksty autorskie,
...

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Piotr Prusinowski

Mój wizerunek


Stoję przed lustrem i widzę człowieka;
człowieka, którego nie poznaję.
Wyglądam tak samo jak rano,
lecz inaczej niż kiedyś.
Czuję się inaczej niż wczoraj
i jeszcze inaczej niż rok temu.
Wiem, że zmieniam się z godziny na godzinę,
nie jestem taki sam jak przed chwilą
i nie będę taki jutro,
ale jestem pewien,
że kiedy stanę tu znów, będę czuł to samo,
co czuję teraz.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Przechodzę na drugą stronę,
spostrzegam dziesiątki zwierciadeł,
a w każdym wizerunek kogoś obcego
i zarazem tak dobrze mi znanego.
Tyle twarzy, ile uczuć.
tyle odbić, ile minut.
Nie zmienię przeszłości,
ale mogę znać przyszłość,
choć zapewne nie zrobię nic,
by ją zmienić.

utwór zaczerpnięty ze strony PORTE PAROLE http://juliettqa.w.interia.pl/poezja_rozna.htmlJolanta Chrostowska-Sufa edytował(a) ten post dnia 17.05.09 o godzinie 12:42
17.05.2009, 12:42
Jadwiga

Jadwiga Z. Dyrektor
przedszkola,
nauczyciel
dyplomowany. Poetka
amat...

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Jadwiga Zgliszewska

A może mnie wcale nie ma?
może to tylko
jakieś odbicie w zwierciadle?

takim normalnym
co z lewego robi prawe –
bezprawnie!

może mnie nigdy nie było?
może się wszystko przyśniło?...

...tylko skąd ta miłość?
najprawdziwsza –
choć jej ani zobaczyć
ani dotknąć
ani usłyszeć

fizycznie –
nie waży nic
i jest bezkształtna
chemicznie –
bezwonna
i bezbarwna...

...tylko boli naprawdę!
17.05.2009, 16:10
Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Jan Kurowicki

Zepsuta bajka


1.
Rozrzucona pościel, światło sączące się przez żaluzje,
Kurz, tlące się ciepło wokół;
Na półce figurka Lenina z czerwonym krawatem,
Która dotrwała do tego poranka wraz z książkami
I bezładem pamięci tego, co jest i nie jest;
Grafiki gruźlicy Gielniaka na ścianie,
Butelki po piwie, uschła garść paproci w wazonie
I poduszka powietrza tuż pod czaszką
Miękko oplatająca mózg,
Jakby ciągle trwała obecność pustki snu.

To i tym podobne jest mną naprzeciw świata,
W którym wciąż tli się Chrystus i głód;
Reklamy, pokazujące, że wszystko jest baśnią;
Zabijani, zmartwiałe ze strachu kobiety i dzieci,
Politycy, dziennikarze, taplający się w gównie
Komunałów, narkomani i alkoholicy,
Robotnicy targujący się o cenę siły roboczej
Bez żadnej już nadziei na inny byt;
Działkowcy, dziewczęta, oczekujące na urodę,
Głupi listopad, który zaczął zimę.

Oddycham równomiernie i piszę ten wiersz;
Bawię się zapalniczką, oglądam swe ręce.
I nigdzie tu miejsca dla dobrej metafory
O tym wszystkim i o pięknym pożarze świata,
Który przyniósłby sens.

2.
Każdy dzień zaczynam od niewiedzy.
Gdy już wiem - żyje we mnie pusty sen.
Budzę się i znowu idę w niewiedzę.
I tak przeszedłem prawie całe życie,
Ale nie wiem, co przeszedłem.
Życie też nie wie, choć każdy dzień
Drapie żyletką moją pamięć.

Właśnie się zbudziłem snem zroszony i potem.
Znowu zaczął się dzień każdy.
Śmierć zdrapuje szybko zadrapania.
Ubieram się w nagość niewiedzy.
Obok - puste koszulki snu.

I to - niestety - jest normalność

3.
Patrzę wokół i myślę: skąd to się wszystko wzięło:
Rzeczy, życie, blask dnia, zmarszczki na mojej twarzy.
Mój wiek nie ma pamięci i pewności.
Poddaje się konkretom: wody, ognia, powietrza i głodu.
Aby trwać, wciąż wybiera przechadzki mimo sumienia.
Ból, śmiech i zapaści w siebie i tylko trwa.
Skądś to się wszystko wzięło, myślę, i
Pamięć wypluwa mnie w świat, jak resztki jedzenia.
Pamięć której nie ma.

4.
Zamykają się za mną drzwi epoki
I wychodzę w słońce.
Dawni, bardzo dawni ludzie
Uważali, że jest radosnym bogiem.
I coś z tego przetrwało do dziś

Zostały za mną kominy fabryk,
Wszechmoc giełdy i banków,
Przemówienia polityków,
Arcydzieła Picassa i Manna, samoloty,
Mądrość ludzkości, stwarzająca
Każdego dnia głupotę jednostek.

Zamykają się drzwi, mrużę oczy i czuję
Ból przekrzywionego krzyża.
Nie mam przeszłości ani przyszłości;
Rodziców, boga, złota,
Tylko duszę jako więzienie ciała.

Myśl o bardzo, bardzo dawnych ludziach
Czerni się pustką w jasnej metaforze,
Skrzypi głodem

5.
W imię Marksa, Engelsa, Lenina, Trockiego,
Które było Słowem. Stworzyłem się z niego,
Jak stwarza się oset w kojących łanach pozoru,
Sprzeciw wobec zgody bezradnych.
I stało się to, co się stało, a właściwie niewiele:
Kula świata nadal toczyła się w łożysku sprzeczności,
Dłoń łączyła się z dłonią, zaciskała w pięść,
Albo w węzeł na sznurze wisielczym.

I tylko nędza stała się bardziej siebie świadoma;
Poślubiła ironię w wianku z kwiatów ostu, aby
Działo się umieranie nie za swoją sprawę,
Za to w imię Słowa.

W imię Marksa, Engelsa, Lenina, Trockiego,
Którego się nie wyrzekłem i nie wyrzekam; w imię
Słowa, co jest ciałem, bytem, truchłem i obrazem,
Przesłanką i wnioskiem, wieczystym zaprzeczeniem
I afirmacją, budzę się w ten poranek i...

6.
...Nie mogę uwierzyć, że świetlana przyszłość jest
Zaledwie świetlikiem, który wyrasta na trupach;
Żyje ich rozkładem, przemianą, i nie jest gwiazdą,
A małą muszką o fosforyzującym podbrzuszu.

Nie chcę uwierzyć i zamykam oczy,
A tam migają świetlne plamy podcięte czernią.

Otwieram więc oczy i wygrywa
Czerwone na tle czerni i zieleni,
Ale tylko na chwilę, bo właśnie umiera i
Świetlik unosi się w powietrzu nocy.

Moja wola jest pustą obecnością

7.
Umówmy się więc, że jeszcze żyję,
Przynajmniej jak ten pokój, który
Zamyka mnie w świecie, jak świątynia wiarę
Że czasem rusza się coś w wyobraźni,
Jakby szarość jadła szarość.
Że czasem język międli pokarm,
Ślina zamienia się w wino, a chleb w ciało.
Że czasem przyzwoicie trzeźwy umysł
Nie wytrzymuje, jakby mogło to coś zmienić.
I bawi się białymi myszkami sacrum,
Odróżniając treść od formy,
Futerko od flaków,
Ale tylko na niby.

Umówmy się, że wiem, co było dawniej i czekam,
Bo czekanie jest w umowie o moim człowieczeństwie,
Przekomarzając się z wciąż spóźnionym ja;
I że bywa ono białą ścianą z jego czcigodności,
Pod którą stoją schodzone buty,
Ubranie, zrzucone z nagości i
Dobre intencje, które prześwitują

Umówmy się jednak, że żyję;
Przynajmniej jak ten pokój, który
Zastępuje naturę, gdzie nic nie jest na niby.
Tyle mi bowiem zostało
Między sobą i sobą.
21.05.2009, 12:05
Jolanta

Jolanta Chrostowska-Sufa Redakcja, korekta,
adiustacja, zlecone
teksty autorskie,
...

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Iwan Łuczuk

Co nieco o ja
dawnym i nowoczesnym
cudzym i własnym


Ja ptak siedmiooki,
do tego ja dozorca: siedem-osiem listków
zmiotłem,
ja trawa, ja niebo, ja ręka, ja noga,
ja guzik, ja płyta gazowa,
ja wycieczka do zamku w Olesku,
ja przymknięte oko,
ja siedzę na tarasie i
ja mlaskam przy jedzeniu.
Ja porządny, ja wyprasowałem spodnie,
ja zapomniałem, że ja miałem przyjść gdzieś tam na siódmą,
ale ja wybrudziłem sweter
i ja nigdy nie noszę zegarka.
Ja pierwszy, ja ostatni, ja nijaki.
Ja wreszcie znalazłem nieskasowany
bilet na tramwaj, bo bez niego
ja nijak nie mogłem wyjść z domu.
Trzeba zajrzeć do encyklopedii –
co to takiego ja, lecz tam pod bukwą ja ni-
czego nie ma.
Ale czort z nimi – z tymi ja
i pewnie czort ze mną.
Ja – jaja (najprędzej – od strusia).

z ukraińskiego tłum. Aneta Kamińska i Andrij Porytko
6.06.2009, 22:45
Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Jan Zych

Autoportret ze światłem


Ja, który nie umiem uwierzyć, że po śmierci
obudzę się jak rano po drugiej stronie snu,
podziwiam barokowe jabłonie i gotyckie świerki.
Gdzie się zatrzymam? Może tam. Może tu.

Śmiej się z radości. Śmiej się ze wszystkiego.
Może nawet nie będzie zaproszenia do jesieni,
kiedy runie błękitne skowronkowe drzewo
i o metr się pogłębi przywiązanie do ziemi.

Więc radość, że przez dni jak przez pokoje przechodnie mogę nieść
osłaniając dłonią malutki płomyczek łubinu
i prosić: ty jedyna bądź mi wierna jak śmierć –
tylko ona, kiedy przyjdzie, już nie mija.

1958

z tomu „Wędrująca granica”, 1961
16.06.2009, 15:45
Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

August Kleinzahler*

Autoportret


To był utracony sen, z mostami i wysokościami
i zmierzający w stronę domu, ale za długi,
o wiele za długi i zamulony, i w ogóle nie tym tonem.
I jeszcze był taki strasznie wielki dworzec,
cała masa poziomów i peronów, dźwigarów i schodów,
i pociągi przelatujące ekspresowym torem,
pękające w szwach, z oświetlonymi pasażerami,
każda twarz żywa, wyodrębniona - czy to ty? -
i rozdrażnienie, zmęczenie, niepokój o czas.
Ale czas w ogóle był nie ten; było późno,
zbyt późno, mieli właśnie zamykać dworzec.
Podziemnych nie zamykają nigdy, mówisz, nawet w snach:
są puste, pociągów tyle co nic, ale otwarte.
To nie był zwykły dworzec ani sen.

W oddali widniał Manhattan,
ogromne wieże, a przed nimi całe mile
zaniedbanych czynszówek, wiadukty, zamarznięte boiska.
Jakby patrzyło się od tej strony, gdzie północno-wschodni
wiatr skręca na południe, mijając Bronx,
zanim na dobre wpadnie do tunelu.
Tyle że to miejsce musiałoby być na Queensie.
Z początku miałem rano zdążyć na samolot,
samolot odlatujący z innego miasta.
To pewnie ten stary "pociąg do samolotu",
z którego do Kennedy'ego był jeszcze kawał drogi.
Ale przecież dawno go zlikwidowano.
I teraz byłem daleko od wszystkiego, zwłaszcza od Jersey.
Zawsze wracam do Jersey, kiedy mnie przyciśnie.

Znikły też moje dwie walizki, obie czarne,
duża i mała. I moje buty, również czarne.
I tak kluczyłem to w lewo, to w prawo, całkiem pogubiony,
żałosny jak robak, co ucieka spod lampy.
W samym środku tych trzewi, obok nieczynnego
pucybuta, zamkniętych hamburgerów, gazet, policjanta, pijaka.
Lecz coś jakby zakład fryzjerski było oświetlone
i dziwnie podzielone na trzy odrębne pokoje:
w jednym jakiś mężczyzna przymierzał manekinom
skóropodobne czaszki z gumy, w drugim fryzjer
z wielkimi szykanami obsługiwał trzy łysiny;
trzeci musiał być po prostu małą kostnicą,
lecz z tymi samymi trzema głowami od fryzjera
co teraz były jak maski pośmiertne renesansowych papieży.

I wtedy wpadłem na tego krzepkiego Murzyna
z ochrony, lub kogoś w rodzaju zawiadowcy stacji.
Był oschły, jak mnie tam zobaczył, ale w sumie miły
i wziął mnie na poszukiwanie obu toreb.
Przez okropne pokoje: z ciałami, tobołkami,
resztkami jakiejś wielkiej makabrycznej wyprzedaży.
"Dwa ostatnie pokoje na ziemi" - usłyszałem własny głos.
A toreb wciąż nie było, lecz gdy spojrzałem w dół
znów miałem na nogach buty,
tyle że nie do pary. Dziwna sprawa,
ale rad byłem niezmiernie, że je mam na sobie,
skoro wylądowałem sam na tym odludziu
a dworzec właśnie zamykano na noc,
i diabli wiedzą, co mogło czaić się w ciemności.

Jakoś się zaraz zrobił świt.
Odkryłem, że stoję po kostki w zielsku
obok zardzewiałych błotników i rozwalonego płotu.
We mgle na dalszym planie sterczał Manhattan.
I było mnóstwo ptaków, i samolotów znad Kennedy'ego.
Wtedy to w moją stronę ruszyło dwóch paskudnych wyrostków.
Zapowiadało się jak najgorzej.
Gdybym chciał nawiać, zatrzymałyby mnie chwasty.
Ale okazało się, że to sympatyczni, zdezorientowani chłopcy,
którzy nie mogą się nadziwić, że ja tak sobie stoję.
Miałem chyba na sobie flanelową koszulę w kratę,
a słońce rozpalało ciemne, wilgotne zapachy ziemi.
Wszystko to było tak niesamowicie łagodne i obce
jakbym był jakimś kapitanem Cookiem na Markizach.

tłum. Piotr Sommer

*notka o autorze, inne jego wiersze i linki
w temacie Poezja anglojęzyczna

wiersz jest też w temacie Co się poetom śni...?
Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 14.02.11 o godzinie 05:49
18.06.2009, 23:32
Ryszard

Ryszard Mierzejewski poeta i tłumacz,
wolny ptak

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Gennadij Ajgi*

Kwiaty ode mnie dla mnie


ta błoga przepaść jest mu przeznaczona
żyje w niej osaczony

był już stary ujrzał nagle w głębi płynnego snu
stół porzucony przez stolarza zapomnianą
córkę po raz pierwszy odgadniętą
zbudził się wtedy i umieścił pod lampą
zrozumiał się i stał się naprawdę
pomyślał ogród własnego ocalenia

pomyślał: to niezwykłe te światy obecne od świtu
to niepojęte słowa nie mówione prosto w oczy
to wszystko jest tylko grą teraz ważne jest jedynie
jak oka w głowie strzec samego siebie

jak gdyby coś istniało póki się czegoś broni
czemu czegoś nie burzyć gdy chroni jedynie mnie
nawet w baśni nie ma sensu ratować niepotrzebnych
nie do pojęcia jest dla mnie to schronienie

milczy wspiera się często nogami o ziemię
jest atlasem z dzieciństwa czuje ból obojczyków
wie o czymś jaskrawo roślinnym
o gęstwinie napierającej od zewnątrz i od wewnątrz
bez kolorów ochronnych

i zrywa wreszcie
kwiaty dla siebie w skrytkach swoich błądzeń
piękne jak pamięć gdy rozstrzeliwują w lochu!
wyhodowały je księżycowe chłody
w noc gimnazjalną

był arktycznie chwytliwy wisiał jak puch w powietrzu
- gdzie jest dno na którym dyktują słowo Aa
i rzeki płyną jakby spadały w dół i w puszystej chustce
na-wybrzeżu-kobieta
rzeki Aa

1963

tłum. Artur Międzyrzecki

*notka o autorze, inne jego wiersze i linki
w temacie Стихи – czyli w języku Puszkina
Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia 07.02.10 o godzinie 08:28
5.07.2009, 09:19
Zofia

Zofia H. Życie jest poezją,
poezja-życiem.

Temat: Autoportret w lustrze wiersza

Tomasz Jastrun

Więzień


Zamknięty w Polsce
Chodzę tam i z powrotem
Nie potykam się wiem
Jak omijać zabitych
Przejść suchą nogą powstanie
I nie pobrudzić się krwią

Zamknięty na czwartym piętrze
Chodzę od okna do drzwi
Wzdłuż sinych grzbietów książek
I głodnych doniczkowych kwiatów

Zamknięty w tobie
Dotykam biodra i czuję
Jak fale
Rozmywają moje brzegi

Zamknięty w swoich wierszach
Jąkam się w trzech tematach

Podbiega do mnie dziecko
Tulę je i osłaniam
Lecz jak odgrodzić
Płomieniem pożar
Szeptem
Głuchą niemą ciszę

z tomiku "Obok siebie", Warszawa 1989r.
6.07.2009, 10:22



Przeglądaj dyskusje w tej grupie

Setki wypowiedzi

Zobacz o czym się teraz dyskutuje

Pytania i odpowiedzi

Znajdź odpowiedź na swoje pytanie

Wyślij zaproszenie do